poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wcześniej był Kulmhof (Patrick Montague, “Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady”)

Piotr Kardyś
("Projektor" - 4/2014)
Duża część naszej świadomości historycznej dotyczącej zagłady Żydów związana jest z takimi nazwami, jak: Auschwitz-Birkenau, Treblinka, Majdanek, Sobibór czy Bełżec. Jednak książka amerykańskiego autora Patricka Montague’a przekonuje, że na początku tej listy powinien znajdować się Kulmhof/Chełmno. Dokładna kwerenda źródłowa w archiwach niemieckich, a zwłaszcza polskich, wskazuje bowiem, że działalność obozu nastawionego wyłącznie na masową eksterminację rozpoczęła się przed konferencją w Wannsee.

Koncepcja książki nawiązuje do modnego ostatnio założenia metodologicznego, w którym autorzy zestawiają ze sobą sprawców, ofiary i świadków. Zastrzeżenie budzi fakt, iż jest to zawsze metoda ryzykowna, bazuje po części na tzw. źródłach wywołanych, tj. wspomnieniach osób – świadków, które częstokroć wraz z upływem lat tracą na ostrości i szczegółowości z jednej strony, a z drugiej mogą być nadmiernie zmitologizowane i pełne zafałszowań. Nie podważa to jednak znaczenia poruszonego tematu: Czym był Kulmhof – emanacja hitlerowskiej polityki eksterminacji w Kraju Warty? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest skomplikowana.

Przez obóz przewinęło się 150 tys. więźniów, przeżyło wojnę sześciu, tylko trzech udało się przesłuchać. Owe tysiące były przywożone tylko po to, by je tam zagazować z powodu rzekomej niższości rasowej. Prymitywizm stosowanych metod – do końca utrzymano samochodowe komory gazowe, współgrał z brakiem ogrodzenia z drutu kolczastego i bocznicy kolejowej (trzeba było przejechać aż cztery kilometry by pozbyć się zwłok). Te i inne elementy opisane w książce pokazują, jak funkcjonował kombinat zagłady, przeznaczony do likwidacji „lokalnych problemów”, tzn. na skalę prowincji włączonej do Rzeszy. I chyba, co ważniejsze, także na skutek działania władz lokalnych, a nie jak w przypadku „słynnych” obozów zagłady powstałych na rozkaz centrali w Berlinie.

Autor uzasadnia, że wszystko zaczęło się od sterowanej eutanazji na osobach sparaliżowanych, hospitalizowanych przez pięć lat i chorych psychicznie. Proceder trwał od listopada 1939 r. do końca wojny. Jednak jego znaczenie było inne. Pomógł bowiem przełamać barierę psychologiczną i zdobyć doświadczenie niezbędne do wprowadzenia komór gazowych na wielką skalę. Następnie zorganizowano mobilne jednostki morderców, działających w Kraju Warty, której gubernator Arthur Greiser miał marzenie o prowincji wolnej od Żydów. Obłąkańcze idee, dobra lokalizacja Chełmna – pomiędzy skupiskami ludności żydowskiej, odosobnienie, wreszcie szybka likwidacja „problemu”. O tym wszystkim czytelnicy mogą przeczytać, ale chyba i tak nie da się zrozumieć większości relacji dotyczących zachowań w niczym nieprzypominających homo sapiens sapiens. Temu wszystkiemu towarzyszyły takie zjawiska, jak wybrzuszający się od zwłok grunt wokół Chełmna i skażenie okolicy gazem!

Lektura obowiązkowa, choćby we fragmentach, koszmarne przypomnienie i ostrzeżenie o tym, co wydarzyło się nie tak znowu dawno, i nie tak znowu daleko…
Patrick Montague, “Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady”, przeł. T. S. Gałązka, s. 415, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2014.