sobota, 6 sierpnia 2016

Ursus w matrixie („Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Dlaczego tur, a nie byk? Jedna z tajemnic „Quo vadis”. Po lekturze „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka podzielam fascynację autora pozytywizmem, choć może nie w sposób tak ekstremalny. Literaturoznawca czyta Stanisławę Przybyszewską, Sławomira Mrożka, Filipa Springera, Ignacego Karpowicza, lecz przede wszystkim czyta pozytywizm. I przede wszystkim Sienkiewicza. 

Profesor Uniwersytetu Śląskiego, laureat Nagrody Literackiej Gdyni za „Ciała Sienkiewicza. Studia o symbolice płci i przemocy” (2010), miał zadanie o tyle ułatwione, że z perspektywy historycznej, czytelne, przyswajalne – dla szerszego kręgu – ocalały właściwie tylko dokonania pozytywistów. Klasycyzm stał się językowo zbyt odległy, romantyzm, hermetyczny romantyzm, wymaga czytelnika wyrobionego, modernizm przegrywa z poprzednią epoką zawiłością leksyki, nieczytelnym dla wielu współczesnych symbolem. Ryszard Koziołek czyta przede wszystkim pozytywizm, erudycyjnie i z wdziękiem, obrazowo łącząc skojarzenia z – pozornie różnych – obszarów i tekstów kultury. Zobaczmy próbkę: Proza to pisanie dobrych zdań, jak przepis Małysza na dwa dobre skoki. Kilka dobrych zdań, akapit, pauza. Czasem wystarczy jedno długie, ale na nie mało kto dziś sobie pozwala, tyranizowany oportunizmem redaktorów i korektorów, mierzących wytrzymałość odbiorcy stu czterdziestoma znakami tweeta. 

Dlaczego tur, a nie byk? Po ukończeniu „Trylogii” Sienkiewicz wyjechał do Hiszpanii. Wrażenia z corridy mógł wpisać w mitologiczny kontekst „Quo vadis”. Krwiożerczy tłum w amfiteatrze i byk, jak z mitu o Europie porwanej przez byka (scena zaspokajająca pożądanie sadysty i estety w jednej osobie – Nerona). Zamiast tego pojawia się tur, symbol dość czytelny dla współczesnych pisarza, a Koziołek stawia tezę, że Sienkiewicz byłby w tej interpretacji kryptoendekiem, jego szyfry (…) są tak kłopotliwe do rozwikłania, ponieważ udało mu się stworzyć w nas przeświadczenie, że jego słowa nie kryją żadnej tajemnicy. 

W esejach Koziołka – w rozdziale o Prusie perwersyjnie obmacującym rzeczywistość odnajdujemy porównanie polskich realistów do Morfeusza z „Matrixa”, który w swej obsesji głosi, że rzeczywistość istnieje i jest osiągalna. Efektowne, bo autor nazywa to realizmem schizofrenicznym jakby w Warszawie nie było Rosjan. No tak, ale co w takim razie zrobimy z Cypherem, który poznał rzeczywistość i chce pozostać w „Matrixie”? Koziołek matrixowej metafory użył, by pokazać nierzeczywistość, udawanie prusowskiej (i nie tylko) Polski, zamierającej, nieistniejącej, której literatura nie może dać świadectwa. Myślę jednak, że ten drobny element Cyphera i wielu zresztą jemu podobnych dopełniłby obrazu układanki. Wachowscy pozwalają Koziołkowi pozytywizm uwspółcześnić.

W tym doskonałym zbiorze esejów odnajdziemy jeszcze Kalibana – to jedna z masek Sienkiewicza – przyoblekana przez pisarza w korespondencji z żoną. Kaliban, potem skutecznie skolonizowany, poczciwy Kali. To rozdarcie autora „Bez dogmatu” między humanizmem, a europejskim przekonaniem o niesieniu misji cywilizacyjnej. Tam wciąż wybrzmiewa „piętno białego człowieka”. Dylemat niezmienny dla postkolonialnego świata, dziś jeszcze bardziej niejednoznaczny i drażliwy niż w czasach Sienkiewicza.