czwartek, 24 listopada 2016

Wstępniak 20 - Poezja

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2016)
O kapitanie, mój kapitanie! krzyczeli do Johna Keatinga uczniowie w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, lecz popisowy w tej roli Robin Williams, nigdy nie zdradził im finału historii z Walta Whitmana, gdzie mój kapitan leży zimny i martwy. 

Film Petera Weira jest pierwszym z nowej fali promującej anglosaską poezję, dzięki magicznym połączeniom obrazu i słowa. Poeta, zamknięty w kryształowej wieży swoich tomów, jest dziś martwy i bardziej kształtem podobny do skamieliny ambuloceta, nad którą pochylić się może w zadumie tuzin paleontologów. Angielska poezja – za pośrednictwem kina – stała się marką rozpoznawalną. Zanim Coleridge i jego Xanadu pojawili się jako motto do „Obywatela Kane’a” niewielu słyszało o tym „poecie jezior”.

Fan kina wojennego być może nie wie, lecz wielokrotnie słyszał, nie tylko cytaty z Szekspira, ale zna „Wydrążonych ludzi” T.S. Eliota, czytanych przez Marlona Brando w „Czasie Apokalipsy”. Niekiedy poetycka fraza, nadużywana, zaczyna się wycierać, już nas nie wzrusza. Słyszany zbyt często z ekranu „Poeta pragnie szaty niebios” Yeatsa – Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach/ Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy,/ Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach. – zaczyna nużyć.

W tym poetycko-filmowym kalejdoskopie wskazałbym dwa dzieła wyjątkowe. Powolny, wspaniale staroświecki – jakby w stylu Davida Leana lub Jamesa Ivory – obraz „Jaśniejsza od gwiazd” Jane Campion o życiu i przedwczesnej śmierci Johna Keatsa, poety przeklętego, który położył się cieniem na całej angielskiej liryce, od Byrona i Shelleya do Alfreda Tennysona. Zaś dzień śmierci Tennysona to osnowa najlepszego literackiego serialu grozy ostatnich lat. Gdy elektryzująca Eva Green mija katedrę w „Penny Dreadful”, odnajdujemy się w wiktoriańskim Londynie, zaś scenarzyści budują kolejne odcinki w oparciu o postmodernistyczną interpretację Marry Shelley, Oscara Wilde’a, R.L. Stevensona, patrzą wraz z Blake’m na świat w ziarenku piasku, kończąc przejmującym trenem Williama Wordswortha w scenie cmentarnej.

W Polsce podobną intensywność filmowej poetyki odnajdziemy tylko u Lecha Majewskiego tworzącego wzorcową biografię literacką w „Wojaczku”, wplatającym – w „Onirice” – poetycką frazę w tkankę ekranowego dzieła.

Można się tylko dziwić, że nie powstały filmowe życiorysy polskich romantyków – są tam przecież i kompleks Edypa, i narkomania, seksoholizm, ojciec zdrajca, śmierć w przytułku i gra na giełdzie, jest wreszcie mistyczne szaleństwo. Więc mamy róg złoty czy tę z niebios wyszywaną szatę?

czwartek, 27 października 2016

Każdy z nas jest Pigmalionem (Jan Stasieńko, „Niematerialne Galatee w wehikułach rozkoszy i bólu”)

Martyna Musiał
("Projektor" - 5/2016)
Pasją króla Cypru, Pigmaliona, była rzeźba. Stworzył figurę idealnej kobiety, tak piękną, że nie potrafił powstrzymać swoich uczuć do niej. Bogini Afrodyta zauważyła cierpienia władcy i ożywiła marmurowy posąg. Tak narodziła się Galatea.

Mit o Galatei i Pigmalionie, choć wydaje się odległy, jest zarazem bardzo aktualny. Dowodzi tego Jan Stasieńko w książce „Niematerialne Galatee w wehikułach rozkoszy i bólu”. Relacje między człowiekiem a technologią też mogą być bliskie, a nawet intymne. Niewątpliwie na ich powszechność ma wpływ rozwój nauki, choć już w przeszłości, niektóre urządzenia potrafiły wywołać w odbiorcy szczególne emocje.

Stasieńko przygląda się intymności z perspektywy posthumanistycznej. Człowiek nie jest, a w każdym razie już nie musi być w centrum dyskursu. Sygnały komunikacyjne stają się ważniejsze niż ich nośniki, w tym ludzkie ciało – człowiek równie dobrze może funkcjonować w domenie cyfrowej. Informacja zaczyna być uważana za osobną jakość, a bywa, że w pewnym sensie nawet oddzielny byt. Obiekty nieożywione są niejednokrotnie humanizowane, co nadaje im cechy podmiotów. Jednocześnie ludzki podmiot zostaje zredukowany do informacji, przez co w pewnym stopniu zostaje uprzedmiotowiony. Technologie medialne zyskują więc status równorzędny wobec człowieka. To umożliwia tworzenie emocjonalnej więzi między żywym człowiekiem a tworami cyfrowymi.

Autor bada relacje między ludzkim podmiotem, a informacją traktowaną podmiotowo, na kilku przykładach, takich jak peep show, animacja, green i blue box, teleprompter, interaktywne programy telewizyjne, bazy danych czy gry komputerowe. W przypadku każdego „aparatu medialnego” intymność zaznacza się w inny sposób. Może zachodzić zarówno na etapie budowania przekazów medialnych (jak w przypadku animatorów kreskówek), jak i ich odbioru. Bywa, że tworzy się dzięki budowaniu własnych narracji w obrębie danej technologii (tak jak w quizach telewizyjnych, w których odbiorcy są angażowani w to, co dzieje się na wizji). 

Budowanie intymności jest możliwe również z mechanizmami medialnymi, które są źródłem przyjemności, często seksualnej (np. peep show), lub aparatami przemocy (np. uśmiercanie postaci w popularnej grze „The Sims”).

Najwyraźniej jednak bliskość ta zaznacza się w przypadku obiektofilów, którzy szukają płaszczyzny emocjonalnego porozumienia między gatunkami (autor przytacza wyjątkowo ciekawy przykład Japończyka, który poślubił postać z gry komputerowej – działanie bez mocy prawnej, jednak stanowiące wyjątkowo silny symboliczny przekaz).

„Niematerialne Galatee w wehikułach rozkoszy i bólu” to rozbudowane studium posthumanistycznej intymności, które pokazuje badany problem z wielu perspektyw. Z pewnością zainteresuje wszystkich badaczy i miłośników nowoczesnych mediów audiowizualnych.

Jan Stasieńko, Niematerialne Galatee w wehikułach rozkoszy i bólu. Technologie mediów jako aparaty kreowania posthumanistycznej intymności, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2015, s. 368 + fotografie

Jedzie ciuchcia z daleka… (Bartosz Kozak, "Zagnańskie kolejki wąskotorowe")

Piotr Kardyś
("Projektor" - 5/2016)
Po zakończeniu likwidacji kolejki, w 1978 roku, w OTL Zagnańsk odbyła się uroczystość, podczas której wyróżniono szczególnie zasłużonych pracowników wąskotorówki.

Drugie wydanie „zagnańskich wąskotorówek” skłania do bliższego przyjrzenia się zgromadzonemu w książce Bartosza Kozaka materiałowi źródłowemu i opartej na nim narracji. Podstawę stanowią materiały archiwalne pozostałe po Ośrodku Transportu Leśnego w Zagnańsku, liczne dokumenty kartograficzne, zasoby internetowe, czasopisma, opracowania niepublikowane, wreszcie typowe dla tego typu rozważań źródła wywołane, w tym konkretnym przypadku relacje dawnych pracowników kolejek wąskotorowych.

Warto już w tym miejscu wskazać podstawowe zalety tej publikacji. Przede wszystkim fakt kompletnej prospekcji terenowej i odtworzenie dawnych tras znanych ze źródeł czy rozkładów. To już olbrzymie wyzwanie zwłaszcza, jeśli uświadomimy sobie, iż ostatni „parowozik” przestał jeździć trzydzieści osiem lat temu. Dodać jeszcze do tego należy fakt podjęcia próby kompleksowego opracowania kolejek wąskotorowych, jako zjawiska nie tylko przemysłowego, ale też socjologicznego. Przeczytamy zatem o transporcie drzewa, rudy, kamienia, ale też transporcie pracowników okolicznych zakładów i wizytach turystów, zwiedzających ostoje leśne, udających się na zbiór grzybów i jagód. Sporo też w książce informacji o roli transportu wąskotorowego w okresie I i II wojny światowej, wykorzystywanego przez okupantów – austro-węgierskiego i niemieckiego do grabieży polskich lasów, ale też o działalności partyzanckiej, zaopatrywaniu okolicznych miejscowości w przewożoną nielegalnie żywność, życiu codziennym w osiedlach pracowniczych. 

Szczególną uwagę zwraca jednak materiał ilustracyjny, wyróżniają się zdjęcia dawnych parowozów, nietypowych, przebudowanych na konkretne potrzeby wagonów, drewnianych mostów na wzór tych z „Dzikiego Zachodu”, wreszcie ledwie widocznych w leśnym krajobrazie przepustów i przyczółków mostowych oraz informacje o kolejkach konnych. 

Z pewnością wielu mieszkańców Kielc i okolic z przyjemnością sięgnie po lekturę „wąskotorówek” zwłaszcza, iż często przemieszczając się po okolicy nie zdają sobie sprawy, że wędrują lub jadą rowerem po dawnym nasypie kolejowym. Jedynym mankamentem pracy jest bardzo „nietypowy” sposób konstruowania przypisów, ale to już uroki prac historyków amatorów. Całość została uzupełniona o kalendarium 1915-1978, wykaz źródeł i literatury.

Bartosz Kozak, Zagnańskie kolejki wąskotorowe, wyd. II, Kielce 2016, ss. 189, il. 299

Sześć dni z komisarzem Bujnickim (Artur Baniewicz, "Pięć dni ze swastyką")

Dominik Borowski
("Projektor" - 5/2016)
Kryminał to gatunek literacki o określonym schemacie fabularnym. Musi być morderstwo, którego skutkiem jest prowadzone śledztwo. To tutaj autor może uwieść czytelnika, stopniowo pobudzając jego zainteresowanie i włączając go w tok prowadzonego dochodzenia. Wszystko powinno zostać zamknięte finałem, w którym ujawnia się mordercę i wyjaśnia okoliczności zbrodni. Powieść Artura Baniewicza ma skończyć się inaczej: Tak bywa w śledztwie (…) Coś wiesz, czegoś nie, nigdy nie jest jak w książce, że cała prawda wychodzi na jaw (s. 543). Czy to jest kryminał inny od wszystkich?

Myślę, że specyfika utworu, napisanego przez autora znanego dotychczas czytelnikom literatury fantasy, zaczyna się już od samego początku. Wszystko rozpoczyna się jesienią 1942 r. od zabójstwa, które na zlecenie wykonuje Paweł Bujnicki – były komisarz policji. Po lekturze pierwszej partii książki wydaje się, że on będzie tutaj poszukiwanym zabójcą. Nic jednak bardziej mylnego. Narrator wodzi czytelnika, przeskakuje z miejsca na miejsce (ogromne partie utworu rozgrywają się m.in. w regionie świętokrzyskim) po różnych wątkach. W końcu wraca do głównego bohatera i okazuje się, że Bujnicki został odnaleziony przez niemieckiego żandarma Bruna. Wgląda to na zakończenie, jednak tak naprawdę to dopiero początek… 

Paweł Bujnicki ma przeprowadzić śledztwo z podwójnym dnem. Irena Skowrońska – jego dawna znajoma, w której wciąż jest zakochany, prosi go pomoc w odnalezieniu mordercy młodego Klausa. Choć tak naprawdę kobieta chce dowiedzieć się, kto i dlaczego próbował ją zabić. Motywów może być sporo, najistotniejszy to romans z Brunem, co w realiach okupowanej Polski jest traktowane jak zdrada. Wyjaśnia się tytuł kryminału, który odnosi się do Pawła Bujnickiego, współpracującego z niemieckimi żandarmami. Śledztwo nie ma jednak oficjalnego charakteru, stąd też Paweł ma tylko pięć dni (tyle można ukrywać śmierć Klausa przed przełożonymi).

Nie będę tutaj zdradzał przebiegu śledztwa. Jest ono dynamiczne, krąg podejrzanych raz się zmniejsza, a raz powiększa. Dzięki temu coraz bardziej ciekawi nas, kto okaże się mordercą… Bujnicki sprawdza każdy trop. Czasami błądzi, innym razem idzie do przodu. Nie brakuje strzelanin. Wobec przesłuchiwanych stosuje metodę „rosyjskiej ruletki”, która zmiękcza najtwardszego. W efekcie intensywnej pracy odkrywa tożsamość zabójcy, choć nie wszystkie szczegóły zostają odkryte, niczym w prawdziwym śledztwie.

Nie sama kryminalna fabuła jest ważna w powieści Baniewicza. Prowadzone śledztwo łączy się z wątkiem miłosnym, działalnością partyzancką oraz losem Żydów w okupowanej Polsce. Czytelnik oprócz obserwacji prowadzonego śledztwa ma też możliwość oceny bohaterów i ich postępowania, przemyśleń nad kwestiami społecznymi i gdybania nad… otwartym zakończeniem. 

Choć nie przepadam za książkami historycznymi, to „Pięć dni ze swastyką” czytałem z rosnącym zainteresowaniem. Czas spędzony z Pawłem Bujnickim był niezapomnianym przeżyciem, które żal kończyć. Myślę, że książka przypadnie do gustu nie tylko miłośnikom kryminałów i historii wojennych.

Artur Baniewicz, Pięć dni ze swastyką, Znak, Kraków 2016.

Czy jesteś Shingą? (Ursula K. Le Guin „Sześć światów Hain”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2016)
Powinienem zacząć od cytatu: Dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Czytelnikom zdezorientowanym i zagubionym w uniwersum świata Ursuli K. Le Guin, znajomość sagi George’a Lucasa pozwoli odnaleźć drogę w gęstym lesie. Pokaże na ile – najprawdopodobniej – nie byłoby najgłośniejszego cyklu SF ostatniego trzydziestolecia – „Gwiezdnych wojen”, bez pisarstwa, urodzonej w 1929 r. w Berkeley, autorki „Świata Rocannona”.

Przypomnijmy kilka podstawowych cech kosmosu wykreowanego przez Lucasa – wielość planet, ras i gatunków, oparcie historii na podstawowym konflikcie dobra i zła, wykorzystanie kilku, dość kanonicznych mitów, brak chronologii. Upraszczając – klasyczny, epicki świat Ursuli Le Guin – wygląda dość podobnie, lecz w przeciwieństwie do poszczególnych odcinków „Star Wars”, każda z części jej cyklu, czytana osobno, tworzy wrażenie gry sześciościenną kostką, bez wiedzy ile oczek ukrywa pozostałych pięć, niewidocznych boków.

Zebrane w jednym tomie jako „Sześć światów Hain” („Świat Rocannona”, „Planeta wygnania”, „Miasto złudzeń”, „Lewa ręka ciemności”, „Słowo „las” znaczy „świat”, „Wydziedziczeni”) ułatwiają grę w znaczenia, do której zaprasza nas autorka „Ziemiomorza”, ułożenie puzzli kosmicznej konfederacji Ekumeny. Punktem wyjścia jest mityczny chaos (sama autorka wplata w tkankę narracyjną uwagi o relacji prawdy, mitu i legendy), w którym pogrążone są setki planet. Zasiedlone przez rasę Hain, kiedyś skonfederowane, dziś wrogie. Przez tysiąclecia Liga Wszystkich Światów jednoczy Haińczyków, przywracając im utracone dziedzictwo. Skłócone rasy i planety opanowują stopniowo tajemniczy, „ciemni” (fałszujący myślomowę) telepaci Shinga. Mentalny pojedynek Shingi z Ramarrenem-Falkiem w „Mieście złudzeń” jest zapowiedzią starcia Jedi z Sithami w „Star Wars”. Tych nawiązań i zapożyczeń ze strony Lucasa jest znacznie więcej. Tyle tylko, że dzieło Le Guin to epos wyższej próby.

Zaczniemy od odysei kosmicznego etnografa Rocannona. Jego wędrówka, ilością napotykanych niebezpieczeństw i odmiennych ras (giganci, skrzydlate hominidy) przywołuje przygody mitycznego władcy Itaki. Oświecenie – symbolizowane przez zdobycie umiejętności telepatii – pozwala mu zjednoczyć mieszkańców Fomalhaut II, nadać wiadomość „ansiblem” i zniszczyć bazę wrogów. Obok motywu walki, wokół którego osnuty jest cały cykl, w „Świecie Rocannona” dominującym jest motyw wędrówki. I powracający wciąż – jako legendarny atrybut – „ansibl”. Dopiero jednak w „Wydziedziczonych” (wydanych jako część szósta, lecz chronologicznie opowiadających, w wielu fragmentach, dzieje najwcześniejsze) dowiadujemy się o jego istocie. To urządzenie pozwalające na międzygalaktyczne podróże i komunikację, konstrukcji genialnego fizyka Szeveka. Ten tom szósty, to zarazem metaforyczne przedstawienie toposu uwięzienia. Główny bohater (Szevek) podróżując między bliźniaczymi i będącymi w stanie permanentnej wojny, planetami Urras i Anarres, poznaje ustrój korporacyjnego kapitalizmu i anarchicznej „swobody”. Każdy z nich jest tylko „więzieniem idei”, a ich mieszkańcy – bo tak to można interpretować – są niby „ślepcy” zamknięci w mitycznej jaskini Platona.

Le Guin pisząc fantastykę tworzy zarazem komentarz do współczesności. „Lewa ręka ciemności” oraz „Słowo <las> znaczy <świat>” mówią o najważniejszych problemach lat 60. i 70. – tożsamości seksualnej, ekologii i metaforycznie o wojnie wietnamskiej (ta druga książka, jak wypatrzyli uważni widzowie, obecna była nawet w „Full Metal Jacket” Kubricka). W „Słowie…” to Ziemianie kolonizują planetę łagodnych „stworzaków”, eksplorując główne jej bogactwo – drewno, a mieszkańców zamieniając w niewolników. Metody konkwistadorów i bunt poddanych przywołują nie tylko naloty na wietnamską dżunglę, ale i holocaust rdzennych Indian.

„Lewa ręka…” zbudowana jest wokół mitu o androgyne (ponownie zaczerpniętego z Platona). Mieszkańcy planety Gethen to hermafrodyty, w trakcie godów (zwanych kemmerem), stający się mężczyzną lub kobietą. Le Guin, uwielbiająca żonglerki gatunkami, wariacje narracyjne i stylizacje językowe, tematem podstawowym mitologii Ekumenu (trzech tysięcy narodów na osiemdziesięciu trzech planetach) uczyniła – bardzo współczesne problemy – strach przed tym co obce i kulturowy relatywizm.

Te duchy wciąż krążą nad miastem (Maja Wolny "Czarne liście")

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 5/2016)
Przeszłość i teraźniejszość, tragiczne losy mieszkańców Kielc po 1945 roku i dramatyczne przeżycia współczesnej mieszkanki miasta, próba rozliczenia się z historią grodu na Silnicą i historią swojej rodziny. W najnowszej książce „Czarne liście”, Maja Wolny przywołuje zapomniane postaci, związane z tragicznymi, kieleckim wydarzeniem sprzed 70 lat (pogrom Żydów) i patrzy na współczesne Kielce oczami głównej bohaterki, Weroniki Czerny.

Ta książka to wędrówka po Kielcach współczesnych i tych po II wojnie światowej. Czytając powieść miałam wrażenie, że wciąż towarzyszę Weronice Czerny w poszukiwaniu jej zaginionej córki Laury, szukam jej w Parku Miejskim im. Staszica, na ulicy Żelaznej, Grunwaldzkiej, jadę w Góry Świętokrzyskie by odnaleźć małą dziewczynkę, ale też cofam się do roku 1946 by razem z Julią Pirotte sfotografować miasto dzień po zbrodni, zobaczyć jak wyglądały Kielce w lipcu 46 roku i odnaleźć miejsca, które wyparowały z lokalnych map.

Autorka dotyka tragicznych kart w dziejach miasta. Wydarzenia, które miały miejsce 4 lipca 1946 r. przy ulicy Planty 6 na lata napiętnowały miasto. Oprócz tła historycznego mamy do czynienia przede wszystkim z wątkiem kryminalnym, śledztwem, którego celem jest odnalezienie małej Laury oraz próbą zmierzenia się z historią rodziny, dziedzictwem pewnych leków, ucieczką od nich. Główna bohaterka nie pogodziła się z mroczną tajemnicą matki i przez całe dorosłe życie najpierw ucieka jak najdalej od świętokrzyskich Bielaków, by później w swojej karierze naukowej skupić się na stosunkach polskich chłopów do Żydów, zmarłym oddać swego rodzaju hołd i odkupić winy bliskich. 

Z pewnością należą się autorce słowa uznania za poruszenie tematu trudnego i wciąż bolesnego. Widmo pogromu kieleckiego wciąż krąży nad miastem jak dybuk. „Czarne liście” to książka mocno zakorzeniona w kieleckiej topografii, lokalnych wydarzeniach, klimacie społecznym. Niewątpliwie ważne jest również wprowadzenie na karty powieści fotografki Julie Pirotte, postaci autentycznej, która zjawiła się w Kielcach dzień po pogromie by sfotografować ofiary tragedii, choć przyznam szczerze, że wciągniecie jej w obręb fabuły, jak dla mnie było trochę na wyrost. Dość płynnie udaje się autorce połączyć wątek kryminalny z wątkami historycznymi i społecznymi, jednak przywoływanie znanych, autentycznych postaci, związanych z kieleckim środowiskiem było dla mnie zbyt oczywiste i niewiele wnosiło do samej fabuły.

Po zakończeniu książki czułam pewien niedosyt, to lektura, która trzymała w napięciu (w końcu poszukiwania toczą się na dobrze znanymi mi podwórku), ale też szybko dość szybko to napięcie, gdzieś ulatuje. Atutem jest fakt, że Maja Wolny nie wskazuje jednoznacznie oprawców, to czytelnik ma sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?, kto?

Warto zatem wybrać się na ulicę Planty 6, nie tylko po to by oddać hołd ofiarom, ale też skonfrontować się z samym sobą i historią Kielc.

Co skrywa studnia? (Artur Laisen, „Studnia Zagubionych Aniołów”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 5/2016)
Miłość do fantasy może być przepastna i głęboka, jak głęboka bywa wyobraźnia i może mieć tyle powodów, ilu jest jej amatorów. Jednym z nich, co sugeruje autor „Studni Zagubionych Aniołów”, może być poetycko brzmiące (przywołane bowiem słowami pieśni samego Schillera) Sehnsucht – pragnienie, tęsknota za utraconym (?), ulotnym, nieistniejącym, ale dziwnie bliskim domem. Czy zanurzając się w powieści Artura Laisena, czujemy się jak w domu lub chociaż tęsknimy do rysującego się przed nami świata? To już kwestia indywidualna.

Jak na gatunek przystało w utworze Laisena (pseudonim autorski pisarza mieszkającego w Kielcach, który publikował opowiadania, m.in. „Księdza Marka trzy spotkania z demonem” i thriller fantasy „CK monogatari”) obserwujemy odwieczną walkę dobra ze złem. Świat Błękitu, Kryształ Tworzenia, Święta Góra Dnia i legendarni Jeźdźcy Światła na złotych rydwanach, przenoszące czytelnika do baśniowego Hamamu, to przeciwwaga do ciemnego ziarna, Przekrwionego Oka i czyhającego w ciemnościach mitycznego Demona, którego powrót zwiastować ma nadciągająca Mroczna Gwiazda. Magiczną krainę, przywołującą skojarzenia ze średniowiecznym Bliskim Wschodem, poznajemy jednak dzięki równolegle toczącej się historii rodem ze współczesnej Warszawy. Joanna, Kinga, Tomasz i Michał to bowiem główni bohaterowie utworu, którzy, chcąc nie chcąc, mają, zdaje się, największą rolę do odegrania w toczących się losach przenikających się światów. 

Wydany nakładem Genius Creations pierwszy tom „Terai” już na pierwszych kartach składa obietnicę zetknięcia się z magiczną rzeczywistością wielu wymiarów, misternie tkaną nie tylko poprzez zapowiedź epickiego rozmachu, ale też przez poetyckość formy, przeplatanej raz po raz głębszymi refleksjami. Mnogość zastosowanych zabiegów może jednak prowadzić do złudnych wyobrażeń, przeobrażając się z chwilowego zachłyśnięcia rozległością kreacji w dezorientację i rozczarowanie. Może, co nie oznacza, musi.

Choć w utworze nie brakuje błyskotliwych pomysłów, z ich realizacją jest już nieco gorzej. Wraz z każdą kolejną stroną „Studni...” obserwujemy, jak tajemnicza rzeczywistość Astronoma ze Szklanej Wieży i skutki jej oddziaływania widoczne w warszawskich realiach zamiast nabierać kształtów, rozmywają nieco fabułę i gubią przyczynowość. Czy to świadomy zabieg? Być może… autor zapowiada przecież kontynuację, gdzie wszystko może jeszcze uda się wyjaśnić. Niestety można odnieść wrażenie, że dobrze rozwijającą się, oniryczną atmosferę zastępuje momentami zwyczajny chaos i brak konsekwencji. Pewien zgrzyt widoczny jest również w konstrukcji bohaterów. Mimo, że mało znaczące opisy są nieraz rozbudowane do przesytu, charakterystyka postaci jest tylko powierzchowna. Płaskie (w większości) osobowości utrudniają tym samym „zbliżenie się” do bohaterów, z którymi obcować mamy jeszcze w co najmniej jednym tomie. 

Wśród minusów wspomnieć należy również o potknięciach tekstowych, nadmiar przecinków z trafiającymi się błędami ortograficznymi domagają się poprawek. Wydanie, bądź co bądź, wizualnie intryguje. Schludna, ascetyczna okładka to jego duży atut. Czy to jednak wystarczy, by sięgnąć po ciąg dalszy splątanych opowieści Isthariona z T'araf i czwórki warszawiaków? Z pewnością czytelnicy znajdą wiele własnych do tego powodów. 

Artur Laisen, „Studnia Zagubionych Aniołów”, s. 400, Wydawnictwo Genius Creations, Bydgoszcz 2015.

Sprawdzian wiary (Dennis Covington, "Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach")

Martyna Musiał
("Projektor" - 5/2016)
Na początku XX w., na południu Stanów Zjednoczonych, w krainie u podnóża Appalachów, powstał nowy odłam religii chrześcijańskiej. Snake handler churches – kościoły poskramiaczy węży – to prawdopodobnie jedne z najbardziej tajemniczych i osobliwych kultów Południa.

Książka Dennisa Covingtona „Zbawienie nad Sand Mountain” (wydana w „amerykańskiej” serii wydawnictwa Czarne) opowiada o Kościele Jezusa ze Znakami, niewielkim odłamie ruchu zielonoświątkowców. Wyznawcy, nazywani wężownikami, bardzo dosłownie przyjęli fragment Ewangelii według św. Marka: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić (Mk 16, 17-18). Wierzą więc w znaki zsyłane przez Ducha Świętego, głoszą proroctwa, uzdrawiają i wypędzają demony, piją strychninę, wkładają dłonie do ognia i, przede wszystkim, biorą na ręce jadowite węże.

Dlaczego to robią? Czemu właściwie mają służyć te śmiertelnie niebezpieczne rytuały? Covington początkowo planował napisać reportaż o procesie jednego z kapłanów ludzi-węży, który próbował zamordować żonę. Piętrzące się pytania nie dawały mu jednak spokoju. Musiał przekonać się, co kieruje ludźmi, którzy decydują się otrzeć o śmierć w imię wiary. Zaczął uczęszczać na nabożeństwa wężowników w obskurnych kościołach i opuszczonych stacjach benzynowych. Był świadkiem spotkań modlitewnych, podczas których wygłaszano pełne uniesienia kazania, a wyznawcy śpiewali hymny, ekstatycznie tańczyli w rytm głośnych dźwięków gitar, bębnów i tamburinów. Sprawiało to wrażenie zbiorowego transu. Wierni twierdzili, że trzeba w pełni poddać się działaniu Ducha Świętego, ponieważ można wtedy dostąpić łaski, która uchroni przed ukąszeniem. Jednakże nawet w jego przypadku, trzeba mocno wierzyć w uzdrowienie, gdyż wezwanie lekarza oznaczałoby brak zaufania do Boga.

Autor, zafascynowany niezwykłą społecznością wężowników, szybko sam zaczął się utożsamiać ze wspólnotą, stając się „bratem Dennisem”, co na szczęście nie pozbawiło go obiektywizmu – wciąż potrafił dostrzec rywalizację i obłudę członków zbiorowości. Spotkanie z „ludźmi od węży” stało się dla niego pretekstem do poszukiwania własnej tożsamości i korzeni, a także początkiem przemiany religijnej. Dzięki osobistemu podejściu i zaangażowaniu Covingtona, reportaż nabiera charakteru autobiografii, a miejscami nawet powieści. 

Przygoda reportera z wężownikami musiała się skończyć. Różnice światopoglądowe były nie do pogodzenia, wywołały bunt „brata Dennisa”, prowadzący najpierw do jego wykluczenia, ale również, w pewnym sensie, zbawienia. Doświadczenie to pozwoliło mu jednak na wejrzenie w społeczność ponurego, ubogiego Południa i w niezwykłe, niemal szalone religijne praktyki, które mają zmyć grzechy i przynieść odkupienie.

Dennis Covington, Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016, s. 200

Ř˙Ű C ########## ##” +G.+’’+W>B4Gg [mke [db€ („Polish cybernetic poetry”)

Emmanuella Robak
("Projektor" - 5/2016)
Ujmijmy pisanie/odczytywanie jako proces komunikacyjny, w którym pisarz/czytelnik komunikują się z samym sobą, a dopiero później z innymi. Zamiast w wierszu ciało – zobaczmy w nim automat. Zamiast zgadzać się na język, spróbujemy się na niego nie zgadzać. Zamiast opisywać – zmieniać – ten fragment manifestu cyberpoetów ukazuję w skrócie ideę cyberpoezji, oryginalnego sposobu wyrażania siebie, za pomocą nowych mediów.
 
Internet, dzięki nieograniczonym (w zasadzie) możliwościom stał się doskonałym narzędziem dla poetów. Cyberpoezja ma coraz większą grupę zwolenników, a sama forma tego „typu” poezji przybiera coraz to nowe oblicza. W Internecie można spotkać wiersze hipertekstowe, cybertekstowe, fraktalne czy holograficzne. Wykorzystanie nowych mediów i ich możliwości do tworzenia poezji jest interesującym sposobem na pozyskanie uwagi odbiorców, którzy szukają awangardowych i zupełnie nowych rozwiązań. Dzięki nim poezja zyskuje bardzo ważne cechy – staje się ulotna, czasowa, zmienna, chwilowa, multisensowna, a przede wszystkim eksperymentalna. To trochę taki futuryzm w nowoczesnym wydaniu. Dawniej „Nuż w bżuhu” teraz:
 

 ! ~ ~. m *
________________________**_______________
_______________________***_______
czy znów doświadczenie rozs**** wybrzeże?
(fr. Łukasz Podgórni, „błękitny streaming”)
 

W Internecie można znaleźć kilka ciekawych publikacji dotyczących zagadnienia cyberpoezji, które pokazują ten fenomen z perspektywy teoretycznej. Jedną z nich jest „Polish cybernetic poetry” pod redakcją Urszuli Pawlickiej – publikacja anglojęzyczna, przygotowana w 2013 r. przez Korporację Ha!art i dostępna (na zasadzie wolnej licencji) w najpopularniejszych formatach: PDF, mobi, epub.
 
Czytelnik dostaje tutaj interesujące i intrygujące źródło, które zawiera kompendium informacji z dziedziny cyberpoezji: dziesięć tekstów teoretycznych, z których można dowiedzieć się czym jest cyberpoezja, jaka jest historia tego gatunku w Polsce, kto był prekursorem cyberpoetyki w naszym kraju, co definiuje cyber-wiersz i jakie są jego wyznaczniki. Publikacja zawiera także dwa manifesty, w których dokładnie przedstawiono sens i ideę cyberpoezji. Na samym końcu, w formie aneksu, przedstawiono biografie autorów. Zapoznanie się z tym wydawnictwem pomaga szerzej zrozumieć czym jest cyberpoezja, bo cyberpoezja to nie tylko poezja. To swego rodzaju filozofia, ukazująca ulotność chwili. To nie tylko słowo, nie tylko znak, ale również grafika czy link w wersie, który przenosi czytelnika do innej domeny zawierającej np. zakończenie wiersza.
 
W Polsce od 2005 r. do dziś grupa literacka Perfokarta sprawnie promuje ten rodzaj poezji. Założycielami formacji byli Roman Bromboszcz i Tomasz Misiak, którzy jako pierwsi wpadli na pomysł promocji zupełnie nowego stylu poetyckiego, wykorzystującego nowe media. Pomysł ten okazał się na tyle trafny i interesujący, iż w ciągu paru lat grupa nie tylko rozwinęła swoją działalność, ale przede wszystkim przyciągnęła masę odbiorców. I być może będzie tak, że cyberpoezja zawojuje cyberprzestrzeń w takim stopniu, w jakim emotikony, ASCII, emoji, anagramy, akronimy czy nazwy numeryczne opanowały komunikację internetową. A może już tak jest.

Spotkanie Euterpe z Kalliope (Julia Szychowiak "Naraz"; Roman Honet "Rozmowa trwa dalej"; Jacek Dehnel "Seria w ciemności")

Michał Siedlecki
("Projektor" - 5/2016)
W tym roku nakładem Biura Literackiego ukazały się między innymi trzy tomy liryków z serii „22. Wiersze podróżne” znanych polskich pisarzy: „Naraz” (2016) Julii Szychowiak, „Rozmowa trwa dalej” (2016) Romana Honeta, jak również „Seria w ciemność” (2016) Jacka Dehnela. Wydane w formie kieszonkowej, skrywają w swoim wnętrzu intrygującą treść, stymulującą czytelnika do nieustannych rozważań z pogranicza literatury, filozofii, mitoznawstwa oraz historii. 

Biuro Literackie wpisuje się swoją tegoroczną serią „22. Wiersze podróżne” w bardzo dobrze prowadzoną politykę wydawniczą, promującą już od przeszło dwudziestu lat w Polsce i poza jej granicami wartościową literaturę współczesną pisarzy, wywodzących się głównie z kręgu kultury europejskiej, jak również dzieła tak zwanych „klasyków”. Perłą w koronie wrocławskiego wydawnictwa pozostaje jednak od zawsze rodzima poezja. Potwierdza to zresztą prezentowana tutaj seria, którą łączy – poza tytułowymi dwudziestoma dwoma wierszami w każdym z jej tomów – wysoki poziom utworów poetyckich podejmujących szeroko pojęty literacki motyw ludzkiej wędrówki.
 
Samotność
Zbiór „Naraz” Szychowiak trudno poddać jednoznacznej interpretacji. To bowiem tom, który warto czytać wielokrotnie, by odsłaniać jego kolejne warstwy znaczeniowe. Już w pierwszym wierszu poetki zatytułowanym „Ślad” alegoryczny motyw jaskini platońskiej służy jej przede wszystkim do ukazania problemu ludzkiej alienacji: Dzień do wieczora przechadzał się po murze,/(…) Jestem widoczna, póki sen mną kaszle, dopóki cień wsparty jest ciałem. To bardzo posępny liryk.

Następny wiersz Szychowiak „Prawie słyszę” również spowija bezgraniczny mrok: Słyszę: szczęście. Było przed chwilą,/ jak krzesło w rzece. Finalny spokój jest w nim tylko pozorny. Wyraźne niedopowiedzenia poetki zwiastują tu burzę emocji, przypominającą dramat nieszczęśliwej miłości. Z kolei w liryku „Dziecko ślizga się po szerokich plecach rzeki” to, co z pozoru beztroskie maskuje grozę, czyhającą często za oknami naszych domów. Natomiast w kolejnym wierszu artystki „Ściśle tajne” w dziecięcy świat wkrada się jawnie widmo wojny. Teksty „[Trening mięśni ducha]” oraz „[Widziałam, jak leżymy ogromni nad dachami]” dotykają zaś kwestii ludzkiej jaźni, problematyki przemijania, jak też pojęcia metafizyki. W zamykającym tom Szychowiak utworze „[Łóżko, w którym leżę, puste]” spotykamy się tymczasem ponownie ze zjawiskiem społecznego wyobcowania. 

Tom „Naraz” Szychowiak wydaje się więc wysublimowaną formą literackiej wędrówki artystki do magicznej krainy „najprostszych” słów utkanych z nici samotności oraz melancholii, dających jednak nadzieję na poetycką konsolację. To zbiór, wobec którego trudno przejść obojętnie.

Rozmowa niedokończona
W otwierającym nowy tom Honeta wierszu „Echa jednego głosu” zawiera się w pewnym sensie symboliczny klucz do zrozumienia jego kolejnych wierszy. Tytułowe echa pulsują tu, aż od wciąż powracających doświadczeń sytuacji granicznych, wpisanych w zbiorowy los współczesnego człowieka, którego upływające w monotonii kolejne tygodnie życia (…) nasycają krwiobieg spienioną kością (…). W podobnej tonacji utrzymany zresztą został kolejny liryk Honeta zatytułowany „Zawsze na północ”, w treści którego specjalnej inwokacji doczekało się nawet człowiecze cierpienie: (…) bólu, twój taniec jest rzeźbą.

Natomiast w wierszu „Z podróży pośmiertnej” poeta niczym Orfeusz wyrusza do Hadesu na spotkanie Eurydyki, choć – w przeciwieństwie do syna boga Apolla – od początku zdaje się przeczuwać, że jej śmierć jest nieuchronna. Liryk „Żeby wrzał” różni się zaś zasadniczo od poprzedniego, bo wyraża otwartą krytykę współczesnego chrześcijaństwa. W melancholijnych i na poły okultystycznych utworach „Człowiek, który wędrował przez węża” oraz „Rodzaje nocnej alchemii” dominuje za to tematyka ludzkiej przemocy, jak również przemożnego zwątpienia w sens i porządek współczesnego świata. 

Zbiór „Rozmowa trwa dalej” Honeta warto w pewnym sensie traktować jako poetycką spowiedź pisarza z jego dotychczasowego życia. Artysta niczego tutaj jednak otwarcie nie odsłania. Wydaje się wręcz, że celowo maskuje własne doświadczenia w siatce enigmatycznych słów i znaczeń, tak żeby przypominały one do złudzenia osobom postronnym fantomy bliżej nieokreślonej rzeczywistości. To liryczny dyskurs poety z samym sobą, odyseja, której kres warunkuje jedynie dogłębne poznanie samego siebie. Lektura obowiązkowa dla wszystkich.

Mrok
Tegoroczny tom Dehnela rozpoczyna wiersz pod z pozoru tylko enigmatycznym tytułem „8,5x13, ‘84”. Okazuje się bowiem już po jego pierwszej lekturze, że mamy w nim do czynienia z poetyckim opisem zdjęcia z czasów młodości poety. Artysta stara się tu w gąszczu dręczących go pytań natury egzystencjalnej ocalić od zapomnienia miniony czas własnego dzieciństwa, znaczony okresem względnej beztroski: Dokąd idziesz, chłopczyku,/ (…) Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej, zatrzymaj się, uśmiechnij. Odnajdziemy więc w owym liryku pewne literackie aluzje pisarza do „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. To intrygujący w swojej semantycznej strukturze wiersz Dehnela.

Kolejny wiersz poety zatytułowany „Szczęście” pozostaje w swojej warstwie językowej – podobnie jak większość utworów z tomu „Seria w ciemność” – przykładem misternego mariażu liryki z prozą. To tekst, w którym bezpośrednie nawiązania Dehnela do wiersza „Lacrimae rerum” autorstwa brytyjskiej pisarki Michèle Brigitte Roberts o jej umierającym ojcu, nabierają cech uniwersalnego moralitetu, traktującego o ludzkim życiu, śmierci i dozgonnej miłości dwojga kochanków. Motyw więzi emocjonalnej dwóch osób odnajdziemy też w liryku „Odwilż”. Artysta tak oto referuje w nim jej trwałość: Związek: to, co trzyma razem dwa atomy wodoru, jeden atom tlenu. Natomiast tekst „Miasta dalekie” opowiada o miłości oraz ludzkim dojrzewaniu. Wiersze „Przyjęcie”, jak też „Big Splash” podnoszą zaś kwestię kruchości wszelkiego bytu.

Poetycką książkę Dehnela można w pewnym sensie interpretować jako jego artystyczną próbę wydobycia swych wierszy z mroków codzienności, czyhających na każdym kroku przed niepodążającym utartymi szlakami twórcą. To metafizyczny proces, wiodący tylko nielicznych pisarzy do jutrzenki literackiego spełnienia. Wydaje się jednak, że Dehnel jest tu na dobrej drodze, z której, o ile drastycznie nie zawróci, może kiedyś dojść do wrót poetyckiego Olimpu.

Poetyckie peregrynacje
Zaprezentowane tu trzy tomy wierszy autorstwa Honeta, Szychowiak oraz Dehnela warto traktować jako poetycki trójgłos artystów na temat zmiennych kolei ludzkiego losu ukazanych przez pryzmat alegorycznego wątku podróży. W trakcie swoich literackich peregrynacji nawiązują w nich oni symbolicznie do dwóch antycznych tradycji uosabianych przez mityczne greckie muzy: Euterpe oraz Kalliope. To bowiem poetyckie teksty, w których liryka spotyka się subtelnie z prozą, a potencjalny czytelnik z bardzo dobrą twórczością.

Teraz i na zawsze (Zbigniew Toborek, "Pozdrowienia dla wieczności")

Dominik Borowski

("Projektor" - 5/2016)

„Pozdrowienia dla wieczności” Zbigniewa Toborka to dość pokaźny tomik wierszy, który może przypominać antologię twórczości poety. Nie jest to jednak żadne podsumowanie poetyckiej działalności ani wybór najlepszych utworów. Poeta sam zdradza: Napisałem tyle wierszy/ że powinienem być szczęśliwy/ lub przynajmniej zadowolony/ a ja czuję pustkę i złość/ i znów szukam wiersza/ tego jednego jedynego który mnie ocali/ na chwilę na wieczność.

Podmiot liryczny wciąż dąży do napisania wiersza, który go zadowoli. I właśnie wszystkie te poetyckie próby tworzą jego najnowszy tomik.
Choć w całym zbiorku znajdziemy około dwustu wierszy, można w nich odnaleźć wiele wspólnego. Zarówno w doborze problematyki, jak i w artystycznym ujęciu. Łączy je również wspólny cel, który ujawnia tytuł tomiku. „Pozdrowienia dla wieczności” można odbierać jako pozostawienie intelektualnego spadku dla przyszłych pokoleń, co od razu przypomina horacjański pomnik. Co zatem nam przekazuje?

Wiersze poety stanowią odzwierciedlenie osobistych przeżyć i refleksji, co nadaje jego lirykom autentyzmu. Podmiot nie wstydzi mówić się o swoich życiowych doświadczeniach, jak choroba czy poczucie zbliżającej się śmierci. Mimo jednak przykrych chwil, potrafi cieszyć się światem i dostrzegać nawet najmniejsze jego walory. Ważni są dla niego ludzi, z którymi może porozmawiać i cieszyć się z ich obecności, szczególne miejsce ma tutaj żona i syn. Poetycka refleksja nie ogranicza się jedynie do tego, co widzialne. W wielu wierszach przywoływany jest Bóg, który towarzyszy „ja” lirycznemu w ziemskiej wędrówce. Jego wizerunek przypomina Boga nowotestamentowego, który jest dla człowieka miłosierdziem. Boska opatrzność, bliscy ludzie i umiejętność radowania się życiem pomagają poecie oswoić się ze śmiercią: Spokojnie/ to tylko koniec życia / zbliża się wielkimi krokami (s. 134). W ten sposób mówi wyraźnie czytelnikowi, że mimo chwil słabości można przezwyciężyć najtrudniejsze chwile. 

W tomiku Toborka ważny jest język, jakim mówi do czytelników podmiot liryczny. Widać, że formułowanie własnych myśli nie sprawia mu problemu. Unika tutaj przesadnej metaforyki i nadmiernego upiększania poetyckich zdań, dzięki czemu liryczna wypowiedź staje prosta i jasna. Z jednej strony delikatny język powoduje, że uwaga odbiorcy skupia się na treści, jaką chce przekazać podmiot. Z drugiej – rozszerza grono czytelników, bo nie odstrasza niezrozumiałością. 

„Pozdrowienia dla wieczności” to poetycki zapis zmagania się z codziennym życiem i jego trudnościami, którym można się przeciwstawić. Wpisany tutaj optymizm przechodzi na czytelnika, który ma szansę uczestniczenia w lirycznej terapii. Lektura skłania też do refleksji nad tym, co ważne w życiu każdego z nas. 
Zbigniew Toborek, Pozdrowienia dla wieczności, U poety, Kielce 2016.

Wbrew konserwatywnej konfesyjności (Piotr Bogalecki „Szczęśliwe winy teolingwizmu. Polska poezja po roku 1968 w perspektywie postsekularnej”)

Michał Siedlecki
("Projektor" - 5/2016)
„Szczęśliwe winy teolingwizmu. Polska poezja po roku 1968 w perspektywie postsekularnej” (2016) autorstwa Piotra Bogaleckiego, to jedna z ciekawszych rodzimych publikacji filologicznych tego roku podejmująca wnikliwie trop poetyckich poszukiwań duchowych we współczesnej polskiej liryce. Liryce reprezentowanej przez pisarzy odrzucających jawnie wszelkie dogmaty spod znaku konserwatywnej konfesyjności czy niepopartej racjonalnym osądem epifanii.

Książka „Szczęśliwe winy teolingwizmu…” jest już drugą pracą badawczą Bogaleckiego – literaturoznawcy, a także adiunkta w Katedrze Porównawczej Uniwersytetu Śląskiego. Wcześniej opublikował on bowiem bardzo ciekawe studium zatytułowane „Niedorozmowy. Kategoria niezrozumiałości w poezji Krystyny Miłobędzkiej” (2011), które otrzymało zresztą nagrodę za najlepszą pracę doktorską w Polsce z zakresu nauk o kulturze. To też autor blisko trzydziestu artykułów naukowych oraz współredaktor czterech książek, w tym: (wraz z Aliną Mitek-Dziembą i Tadeuszem Sławkiem) „Więzi wspólnoty. Literatura – religia – komparatystyka” (2013).

Najnowsze studium Bogaleckiego składa się z „Wprowadzenia”, dwóch bardzo rozbudowanych rozdziałów oraz zamykającego wszystko „Aneksu”. Książka wzbogacona została również o: odautorskie „Podziękowania”, szczegółową „Bibliografię”, „Notę bibliograficzną”, anglojęzyczny „Abstract”, „Indeks nazwisk”, jak również „Wykaz skrótów używanych w publikacji”. Wszystkie teksty w ponad czterystustronicowej monografii Bogaleckiego były już – poza jej wstępem – wcześniej publikowane, choć – jak podaje sam badacz – zostały one jeszcze raz przez niego przejrzane, uaktualnione, a nierzadko też i rozszerzone.

Bogalecki – idąc tu śladem własnych dociekań z zakresu myśli postsekularnej oraz teolingwizmu – poddaje szczegółowej interpretacji poezję lingwistyczną takich rodzimych twórców, jak: Witold Wirpsza, Tymoteusz Karpowicz, Krystyna Miłobędzka, Stanisław Barańczak, Tadeusz Różewicz, Bohdan Zadura, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Justyna Bargielska oraz Joanna Mueller. W swoje egzegezie zwraca się on głównie – co już na samym początku swej rozprawy dobitnie podkreśla – ku: problematyce etycznej i wspólnotowej, derridowskiej dekonstrukcji, filozofii Jürgena Habermasa, a także ponowoczesnej reinterpretacji zagadnień teologicznych. U badanych przez siebie pisarzy, interesuje go między innymi: (…) znaczenie lingwistycznej świadomości i zastosowanych lingwistycznych rozwiązań dla przebiegu oraz jakości prowadzonych w ich tekstach teologiczno-religijnych poszukiwań.

Monografia „Szczęśliwe winy teolingwizmu…” wnosi – według Andrzeja Skrendo – bardzo (…) wiele świeżości do szacownej tradycji badania sacrum i religijności w literaturze polskiej. To wyśmienita książka, bez której nie sposób zrozumieć zawiłości współczesnej rodzimej poezji.

Zdradzieckie śliwki Prufrocka (Wit Pietrzak, „Ostrożnie poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2016)
Zacznijmy wierszem: Zaprawdę bowiem przyjdzie czas,/ By zastanowić się: „Czy się ośmielę?” i „Czy się ośmielę?”/ Odwrócić się, ze schodów zejść w niedzielę/ Z plackiem łysiny, na czubku mej głowy – / (Powiedzą „Jakże zmarniały mu włosy!”)/. Kilka linijek z „Pieśni miłosnej J. Alfreda Prufrocka” T.S. Eliota to kwintesencja autoironii i dialogowości – dwóch ważnych (choć nie jedynych) cech poezji anglojęzycznej.

Poeci angielskiego obszaru językowego są – w Polsce – w dość szczęśliwej sytuacji. Obok niemieckich, francuskich i rosyjskich – najczęściej tłumaczeni, wydawani, komentowani w prasie literackiej. Punkt wyjścia, podstawy do lektury „Ostrożnie poezja” Wita Pietrzaka (pracownik Zakładu Literatury i Kultury Brytyjskiej Uniwersytetu Łódzkiego) są więc całkiem przyzwoite. Nazwiska Eliota, Williama Butlera Yeatsa czy W.H. Audena kojarzy większość czytelników. Składająca się z kilkunastu artykułów – drukowanych wcześniej m.in. w „Literaturze na Świecie”, „Przeglądzie Humanistycznym” i „Fragile” – książka może stać się spokojnie krótkim przewodnikiem po wybranych obszarach XX-wiecznej liryki języka angielskiego. W części pierwszej („Drogi modernizmu”) autor konsekwentnie buduje każdy z rozdziałów, rozpoczyna od pełnej informacji o przekładach na język polski, potem nota biograficzna (o charakterze anegdotycznym i dzięki temu znacznie ciekawsza), zarys fragmentu (problemu) w twórczości autora i wreszcie komparatystyczna analiza utworu.

Część druga („Mozaika”) ma charakter bardziej migotliwy – to zderzenia wierszy, rozbłyski problemów i – jak przystało na zdystansowaną postawę angielską – przy tym, mimo wszystko, melancholijnie zabawna. Jak jedwabniki D.J. Enrighta i grzyby Dereka Mahona.

Bohaterowie zbioru esejów to: Eliot, Yeats, Ezra Pound, Auden, Ted Hughes, Michael Longley, J.H. Prynne, Peter Gizzi, Wallace Stevens, Seamus Heaney, Ciaran Carson, C.W. Williams, Robert Creeley, Enright, Mahon, Larkin i Tony Harrison. Hughesa, którego ważny tom „Listy urodzinowe” został „przykryty” plotkami o małżeństwie z Sylwią Plath i oskarżeniami o jej samobójstwo. Williamsa – zdradzonego przez zimne śliwki, których łapczywe i pokątne spożywanie staje się – pośrednim – dowodem na małżeńską zdradę. Na marginesie – przy „śliwkach Williamsa” przypomina mi się ekspozycja z „Kontraktu rysownika” Greenawaya, gdzie dyskurs o śliwkach i śliwkowych drzewie ma właśnie, ten angielski, dwuznaczny, seksualny podtekst. Anegdotyzm biograficzny w „Ostrożnie poezja”, wprowadza czytelnika płynnie w – coraz bardziej rozbudowaną, teoretycznoliteracką – problematykę książki.

Czytając rozdział o „Wielkanocy” Yeatsa można nawet zbudować dość ciekawą teorię. Wiersz odwołujący się do masakry irlandzkich powstańców w 1916 r., zawierający paralelę między prywatnością, a narodową sprawą, którą Yeats traktuje cokolwiek sceptycznie, Pietrzak analizuje z perspektywy postkolonialnej. Na pierwszy rzut oka – zaskakujące, lecz po krótkim namyśle… Zaczynamy zazdrościć Irlandii jej poetów. Postkolonialne drzewa polskiej liryki nie wydały owoców zjadliwych, jeśli zaś jakiekolwiek – to umówmy się – na grafomanię szkoda nam czasu.

Co jeszcze charakterystycznego odnajdziemy w anglojęzycznej poezji? Ten jej, dość powszechny, panteizm, w duchu wciąż modernistycznym. Natura, zachwyt nad jej pięknem (w sposób naturalny ukierunkowany na urodę kobiety) jest tylko pretekstem, naskórkiem, otaczającym wewnętrzny krwioobieg autora. 

I epickość, ta rozlewająca się wśród wersów, nienachalna swoboda. Zakończmy, tym razem nie Eliotem, ale fragmentem z „Rozmowy” Longleya: Nawet ty, Odysie, nie sprawisz, że pokocham śmierć:/ Wolałbym dzień w dzień czyścić rowy za głodową/ Dniówkę u byle małorolnego chłopa, niż być/ Wielkim panem wśród bezsilnych zmarłych.
Wit Pietrzak, „Ostrożnie poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej”, s. 264, Universitas, Kraków 2015.

O chłopcu opętanym przez lirykę (Marian Buchowski "Buty Ikara")

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 5/2016)
Samotny pośród tłumu fanów. Bard, który przez całe swoje życie szukał miejsca na ziemi i mimo licznych podróży po świecie wszędzie czuł się bezdomnym włóczęgą. Szczegółową biografię i nieznane dotąd fakty z życia Edwarda Stachury przedstawia Marian Buchowski w swojej najnowszej książce poświęconej jego życiu i twórczości „Buty Ikara”.

Obszerna lektura dostarcza nowych informacji o jednym z najsłynniejszych poetów po 1945 roku, który tworzył lirykę przesiąkniętą wrażliwością na naturę, współodczuwaniem. Dzięki niej dowiadujemy się o trudnych początkach życia poety po przyjeździe do Polski w 1948 r. z Francji, gdzie się urodził. Autor „nakłada” tytułowe buty i w nich przemierza świat „Steda”, zagląda w najgłębsze zakamarki jego życia, analizuje korespondencję, przywołuje relacje osób, które bardziej lub mniej osobiście znały jednego z najpopularniejszych bardów polskiej poezji. To swego rodzaju powieść, wielowątkowa, ale najważniejszym jej spoiwem jest właśnie Edward Stachura, jego życie i twórczość. 

Buchowski rozważa sposób funkcjonowania Edwarda Stachury w systemie komunistycznym, wspomina, że jego twórczość pozbawiona była politycznych aluzji, nawiązań, nawet w czasie wydarzeń na Wybrzeżu w 1970 czy Radomiu 1976. Jego dzieła wyróżniają się apolitycznością, być może dlatego też literatura Stachury była akceptowana przez władzę ludową i uważana za niegroźną. Marian Buchowski nieco odczarowuje postać Stachury, przedstawia jego konflikt z ojcem, biedne czy wręcz nędzne życie autora „Siekierezady”, który nie stronił od flirtowania czy nawet uwodzenia starszych kobiet by uzyskać od nich małą pożyczkę (każdą spłacał, zwykle terminowo). Czytając „Buty Ikara” ma się wrażenie, że Stachura był człowiekiem poszukującym, cały czas w ruchu metafizycznym. Autor przytacza słowa profesora Henryka Skolimowskiego (polskiego filozofa), który spotkał „Steda” w Stanach Zjednoczonych, wówczas to autor „Całej jaskrawości” zamiast chłonąć amerykańskość, zwiedzać, poznawać ludzi, uczyć się języka, czas wolny spędzał w pokoju, czytał lub pisał. Ta książka to również opis pewnej epoki, ludzi i codziennej rzeczywistości lat powojennych. Pojawiają się w niej takie postaci jak: Jarosław Iwaszkiewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński czy kompozytor muzyki Jerzy Satanowski. 

„Buty Ikara” jeszcze bardziej utrwalają obraz Stachury – człowieka zanurzonego w bycie i duszy ludzkiej. Dzięki tej pracy, niektórzy z pewnością utrwalą sobie wizerunek poety indywidualisty, który nie należał do grona pisarzy, którzy za życia budują sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu, to inni uczynili z niego legendę i pewien charakterystyczny, literacki znak tamtych czasów. Niektórzy zaś być może nabiorą do niego dystansu. Myślę jednak, że dla każdego, kto zdecyduje się założyć „Buty Ikara” i pójść ścieżką „Steda”, będzie to wędrówka niezapomniana, a być może ktoś nawet dotrze na symboliczne wrzosowisko Stachury.