niedziela, 7 sierpnia 2016

Kulturalnie o jedzeniu („W garnku kultury. Rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 4/2016)
Jedzenie to jeden z tych obszarów (obok polityki i religii), które w przestrzeni społecznej wywołują chyba najbardziej burzliwe dyskusje i spory. Nic dziwnego skoro towarzyszy nam każdego dnia, warunkując nasze istnienie. I choć czynność ta wydaje się kwestią indywidualną, niejako intymną, w rzeczywistości nierzadko staje się narzędziem manipulacji czy nawet zniewolenia, tematem idealnym do „przeciągania liny”.

Praca zbiorowa „W garnku kultury. Rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej” pod redakcją Aleksandry Drzał-Sierockiej to doskonały dowód na to, że w kwestii naszych codziennych praktyk jeszcze nie wszystko zostało powiedziane, że pod pokrywką garnka zupy możemy znaleźć znacznie szerszy kontekst niż tylko preferencje kulinarne czy tradycje rodzinne.

Przygotowywanie i spożywanie jedzenia to rodzaj narracji – świadomej bądź nie – o sobie, swoich wartościach, stosunku do życia, o relacji ze światem. O tym właśnie traktuje zbiór artykułów będących pokłosiem konferencji “(Po)Wolne jedzenie. Slow food, weganizm i inne ruchy żywieniowe w przestrzeni społeczno-kulturowej XXI wieku”, która odbyła się w 2013 roku w ramach Planete+ Doc Film Festival. Praca, na którą składa się dwanaście artykułów, rozszerzających tematykę konferencji wraz z zapisem fragmentów debaty festiwalowej, wstępem oraz notami o autorach, podzielona została na trzy części.

Pierwsza – „Jedzenie w (nie)świadomości”, prezentuje zbiór tekstów, próbujących uchwycić funkcje jedzenia i czynności z nim związanych w zwykłej codzienności. Od budowania zjawiska matriarchatu i wyrafinowanych prawideł nim rządzących, o czym przekonuje nas Joanna Mroczkowska na przykładzie białostockiej wsi, po jedzenie będące formą praktyki duchowej i realizacją filozofii uważności, w myśl przysłowia joginów Jakie jest twoje jedzenie, taki jest twój umysł, na co zwracają uwagę Agnieszka Długosz i Tomasz Trąbiński. Część pierwsza przybliża także zjawisko kooperatyw spożywczych i rosnącej wraz z ich rozwojem świadomości konsumenckiej (Dominika Potkańska), a także specyfikę marnotrawienia żywności od strony przyczynowości (Ariel Modrzyk).

Część druga „Konteksty wybranych reprezentacji jedzenia w kulturze współczesnej”, zabiera nas w nieco odmienne rejony – gdzie rzeczywista konsumpcja zastąpiona zostaje sferą obrazów, tworzenia ich i oglądania, wszak jedzenie odbywa się również przez oczy. Karol Jachymek na przykładzie Coca-coli zwraca uwagę na niezwykłą nośność i pojemność znaczeń, utrwalonych w podświadomości konsumenta. Joanna Jeśman opowiada o sztuce biologicznej w kontekście posthumanizmu. Z kolei Monika Sońta, Katarzyna Twardowska i Agata Ciastoń rozpatrują tematykę kulinariów przewijającą się przez współczesne media na przykładzie wszechobecnych blogów i programów telewizyjnych z gotowaniem na ekranie.

Jak na prawdziwą ucztę przystało zwieńczeniem zbioru okazuje się najbardziej intrygujący zestaw tekstów – intrygujący, co bynajmniej nie oznacza smaczny. Część trzecia „Między etyką a fizjologią, między pragnieniem a potrzebą” traktuje bowiem o kwestiach, które chciałoby się przemilczeć, takich jak graniczny głód, kanibalizm i ludzka fizjologia. Poruszona zostaje tu kwestia relatywności etyki, freudowski kanibalizm w kontekście pożądania, a także antyestetyczny wymiar jedzenia na przykładzie trzech znanych filmów: “Wielkie żarcie”, “Super Size Me” oraz “Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”.

Choć niektóre z artykułów wydają się być nieco bardziej apetyczne niż są w rzeczywistości, a podjęty temat jest nie tylko niewyczerpany, a ledwie uszczknięty, całość jest strawna, a momentami nawet całkiem smakowita.

Smutny człowiek patrzy na krzesło Vanzettiego („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Ci, którzy dostarczyli cenny kruszec, otrzymywali miedziane odznaki zawieszane na szyi, zaś tym, którzy odznak nie mieli, odcinano dłonie, po czym pozostawiano ich samym sobie, aby wykrwawili się na śmierć. Tak wyglądało – celebrowane niedawno z patosem (500 rocznica) – „odkrycie” Ameryki przez Kolumba. Tak rozpoczyna się „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna.

Wydana ponad trzydzieści lat temu (teraz trafia do polskiego czytelnika), sławę zdobywała stopniowo. Dopiero ataki republikańskich recenzentów i ważne miejsce w „Buntowniku bez powodu” Gusa Van Santa (Matt Damon był sąsiadem historyka i wielbicielem książki) zapewniła sprzedaż dwóch milionów egzemplarzy. Spokojnie można powiedzieć – kto nie czytał Zinna, ten nie zrozumie Ameryki do końca. Dlaczego „ludowa”? Madison [James, jeden z twórców tekstu i komentarza do amerykańskiej ustawy zasadniczej] (…) wraz ze swymi wspólnikami umieścił na początku preambuły do Konstytucji słowa „My Lud”, udając, że nowy rząd reprezentuje wszystkich, i żywiąc nadzieję, że ten mit się przyjmie, zapewniając „spokój wewnętrzny”. 

Zinn wydaje ostre sądy, przenikliwie analizuje, odwołuje się do źródeł, cytuje wspomnienia, artykuły prasowe, dokumenty. Jego historia nie jest pisana z punktu widzenia J.P. Morgana, Andrew Carnegie, Henry’ego Forda, Jerzego Waszyngtona, Benjamina Franklina czy Andrew Jacksona. Chociaż nie – ten ostatni, opiewany bohater demokracji – skutecznie podbił jedne plemiona indiańskie za pomocą innych, potem wszystkich pozbawił ziemi, by – zgodnie z doktryną innego amerykańskiego herosa „mitu założycielskiego” Thomasa Jeffersona – Indian „cywilizować” i zapewnić południowym stanom dobrobyt. Ten ulizany portrecik – arystokratów stali i bawełny – zrzucamy ze ściany.

Bohaterowie książki Zinna to – nieomal w duchu europejskiej literatury, a nie amerykańskiej historiografii – skrzywdzeni i poniżeni. Indianie, czarnoskórzy niewolnicy, biedni farmerzy, imigranci, kobiety, robotnicy wielkoprzemysłowi. Postaci z punktu widzenia, których pisana powinna (też) być historia. Lepiej pojmiemy skalę termojądrowego rozbłysku, który sprowokował autor, porównując do skali ataków na Olgę Tokarczuk za jej chęć pisania polskiej historii m.in. w imieniu chłopów, Żydów i kobiet. 

Howard Zinn układa amerykańskie puzzle przywołując po kolei fakty: eksterminację Indian, niewolnictwo (różne szacunki mówią o prawie pięćdziesięciu milionach porwanych mieszkańcach Afryki), prawie niewolniczą, kilkuletnią pracę białej biedoty anglosaskiej, wojny z małymi dzierżawcami przy użyciu wojska, dyskryminację kobiet (coś nam przypominają prawa o możliwości wyjścia z domu tylko w towarzystwie ojca lub brata?), wyzysk imigrantów umierających tysiącami przy budowie kolei i w kopalniach srebra (opis przypadku Włocha, który zakuty w kajdany, uciekł od pracodawcy i 42 dni pieszo wracał do Nowego Jorku), szesnastogodzinny dzień pracy i krzesło elektryczne (na podstawie sfabrykowanych dowodów) dla rzekomych zamachowców, socjalistów Sacco i Vanzettiego.

Żaden kraj na świecie tak długo nie przebywał w cieniu rasizmu. Nawet w trakcie II wojny światowej Czerwony Krzyż za zgodą (na polecenie) amerykańskiego rządu oddzielał krew białych i czarnoskórych dawców. Zaś same wojny? Jest troszkę inaczej niż się Państwu zdaje. Wojna o niepodległość, secesyjna, udział w konflikcie 1914-18 – Zinn kreśli propagandowe i (nazwałbym je) kapitałowe przyczyny wybuchu. Ciekawa jest interpretacja dość dwuznacznej i cynicznej roli Abrahama Lincolna w ruchu abolicjonistów. 

Spokojnie jednak – tak wiele się zmieniło, że aż nic się nie zmieniło. Biedny farmer z Utah może hodować zmodyfikowaną kukurydzę, ale (pod groźbą licytacji) nasiona musi kupować u dostawcy posiadającego monopol. Pod nosem można zanucić sobie tylko piosenkę z „Kabaretu” Boba Fosse’a. Morgan i Rockefeller nazywają się dziś Zuckerberg i Larry Page. Nie ma Cię w google? To nie istniejesz.

Ten świat odpłynął niepostrzeżenie (Bogumiła Szurowa, Młynarstwo między Wisłą a Pilicą od połowy XVIII do XX wieku)

Piotr Kardyś
("Projektor" - 4/2016)
Młynarstwo wiejskie nigdy nie było autonomiczne, lecz sprzężone z całokształtem kultury wsi – zacytujmy J. Adamczewskiego. Zobrazowanie rozwoju młynarstwa wiejskiego obszaru między Wisłą a Pilicą oraz dopełnienie obrazu tego zjawiska gospodarczego na ziemiach polskich, to zadanie, jakie postawiła przed sobą Bogumiła Szurowa przed wielu laty, a którego efekty możemy znaleźć w omawianej publikacji. 

Do swojej pracy wykorzystała zasoby archiwów Muzeów Wsi Kieleckiej i Radomskiej, Archiwów Państwowych w Kielcach, Radomiu, Krakowie, Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, wyniki badań etnograficznych (zwłaszcza kwestionariusze i ankiety), dostępny materiał ikonograficzny i kartograficzny. Skorzystała również z publikowanych katalogów zabytków oraz bogatej literatury przedmiotu.

Od razu trzeba wyjaśnić, iż młynarstwo oznacza tak młyny, jak i wiatraki. Autorka dokonała analizy typów i chronologii młynów, przeanalizowała rozwój technologiczny i techniczny urządzeń młyńskich, zdolność produkcyjną i jej asortyment, ale też scharakteryzowała osady młyńskie, rolę i pozycję młynarzy w społeczności wiejskiej, również przybliżyła proces budowy młynów i wiatraków oraz ich twórców.

Ten świat odpłynął od nas niepostrzeżenie, mimo że młynarstwo interesującego nas obszaru bazowało na młynach wodnych i wietrznych, dostarczając nawet blisko 30 procent zbóż przetwarzanych w kraju, jednak przy bardzo niskiej wydajności. Było to efektem niewystarczającego wyposażenia w nowoczesne urządzenia, ale też wynikało ze zbyt rozbudowanej sieci młynów. Gwałtowne zmiany w uprzemysłowieniu obszarów wiejskich w końcu lat 60. XX wieku, zatarły w powszechnej świadomości, tak wcześniej licznie występujące charakterystyczne budowle. „Gwoździem do trumny” była polityka gospodarcza w PRL, zwalczająca drobną przedsiębiorczość. 

Na szczęście, niektóre z zabytków przemysłowej kultury wiejskiej odzyskują dawny blask, służąc obecnie, jako baza turystyczna, czego przykładem mogą być choćby wspomniany w publikacji młyn rodziny Gustawa Herlinga-Grudzińskiego z Suchedniowa czy młyn z Jędrowa. Niestety, przy całych swoich walorach, praca Bogumiły Szurowej, nie jest, jakby chciała autorka „monografią”, choćby ze względu na liczne pomyłki i braki. 

Mimo wszystko, (piszę tak, ponieważ zdarzają się pomyłki i braki wśród zinwentaryzowanych obiektów, autorka pomyliła np. opis ilustracji: przy opisie fotografii na s. 18 zamiast jaz piętrzący wodę dla młyna turbinowego na Łyżwach, na rzece Kamiennej pisze: Michałów, g. Wąchock, jaz piętrzący wodę dla młyna turbinowego na Żarnówce (sic!)) – to chociaż „młyny mielą powoli”, doczekały się jednak – wreszcie – opracowania na miarę ich znaczenia w naszym regionie.

Bogumiła Szurowa, Młynarstwo między Wisłą a Pilicą od połowy XVIII do XX wieku, wyd. Muzeum Wsi Kieleckiej, Kielce 2015, ss. 622 + CD.

Książka zmieniająca życie (David R. Hawkins, „Siła czy moc. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania”)


Agata Orłowska
("Projektor" - 4/2016)
„Wyobraź sobie – co by było gdybyś miał dostęp do prostych odpowiedzi tak – lub – nie na każde pytanie które chciałbyś zadać? Uderzająco prawdziwe odpowiedzi. Na każde pytanie... Zastanów się nad tym” – namawia autor książki „Siła czy moc. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania”. Czy warto go posłuchać? Jeśli efektem ma być rozróżnienie tego, czy przed chwilą usłyszane zdanie jest prawdą czy fałszem lub czy podjęta właśnie decyzja wesprze nasze życie, czy zadziała na nie destrukcyjnie – gra jest chyba warta świeczki. 

Nieżyjący już dr David R. Hawkins, wybitny naukowiec, wykładowca i ekspert w dziedzinie procesów umysłowych, współtwórca (obok noblisty Linusa Paulinga) nowatorskiej publikacji „Orthomolecular Psychiatry”, prezentuje w swojej książce zjawisko rewolucyjne. Jako kontynuator zapoczątkowanych w drugiej połowie XX wieku badań nad kinezjologią (nauką o mięśniach i ich poruszaniu w zastosowaniu do warunkowania fizycznego) udowadnia, że ludzkie mięśnie w zetknięciu z konkretnym bodźcem fizycznym lub psychicznym reagują osłabieniem lub wzmocnieniem w zależności od tego, czy bodziec jest pozytywny czy negatywny, anaboliczny czy kataboliczny, co więcej – czy jest prawdą czy fałszem.

Autor przekonuje – co jeszcze bardziej doniosłe – że bezbłędna, binarna reakcja na bodziec (zadane pytanie w formie oznajmienia) obserwowana jest również wtedy, gdy badany nigdy nie zetknął się z danym zagadnieniem, pozostającym poza granicami jego osobowego doświadczenia. Dziesiątki lat badań oraz miliony przeprowadzonych kalibracji dowodzą, że ludzkie ciało ma dostęp do wiedzy od początku istnienia życia na Ziemi do chwili teraźniejszej, korzystając z tzw. świadomości zbiorowej, której przejawy możemy obserwować na co dzień choćby w przebłyskach intuicji. Jak możemy się przekonać, sam test jest prosty, szybki i stosunkowo niezawodny, można go przeprowadzić w towarzystwie drugiej osoby z uwzględnieniem kilku warunków.

Na jego podstawie Hawkins powołał do życia technikę kalibracji skali relatywnej prawdy, weryfikującą stanowiska intelektualne, religijne, ideologie, wypowiedzi. Jej rezultatem jest powstanie mapy świadomości, która pozwala umiejscowić na niej każdego człowieka, otwierając drzwi do większego zrozumienia ludzkiego bytu we wszystkich dziedzinach doświadczenia zarówno w ujęciu ogólnym, jak i jednostkowym. Skala od 1 do 1000 prezentuje wyraźny punkt krytyczny na mapie ludzkiej świadomości, umiejscowiony w porządku logarytmicznym na poziomie 200. To tutaj, po przekroczeniu poziomu “Wstydu”, “Winy”, “Apatii”, “Żalu”, “Strachu”, “Pożądania”, “Złości” i “Dumy”, wchodzimy w stan “Odwagi”, w którym jednostkowa siła przeradza się w znacznie potężniejszą moc, stopniowo kierując nas w stronę wyższych poziomów, takich jak “Akceptacja”, “Miłość”, “Radość”, aż do “Oświecenia”. 

Może więc tym razem – chcąc dotrzeć do prawdy o sobie, życiu czy świecie, zamiast szarych komórek, warto użyć mięśni?

David R. Hawkins, „Siła czy moc. Ukryte determinanty ludzkiego zachowania”, s. 342, Wydawnictwo Virgo, Warszawa 2014.

Nicpoń (Maciej Płaza "Skoruń")

Michał Siedlecki
("Projektor" - 4/2016)
„Skoruń” (2015) Macieja Płazy – ubiegłoroczny tom debiutanckich opowiadań laureata nagrody „Literatury na Świecie” za przekład opowiadań H.P. Lovecrafta (2012) – zasługuje na naszą szczególną uwagę z co najmniej kilku powodów. Wszystko wskazuje bowiem na to, że narodził się we współczesnej literaturze polskiej godny konkurent, a kto wie, może i symboliczny następca Wiesława Myśliwskiego.

Maciej Płaza urodził się w Sandomierzu, choć swoje życie zawodowe związał na co dzień z Poznaniem. To doktor nauk humanistycznych, badacz relacji zachodzących między „słowem pisanym” a filozofią, tłumacz literatury anglojęzycznej (między innymi takich pisarzy i literaturoznawców, jak: Kenneth Grahame, Mark Helprin, Fredric Jameson, Howard Phillips Lovecraft, Mary Shelley, Christos Tsiolkas), autor książki „O poznaniu w twórczości Stanisława Lema” (2006) oraz nad wyraz intrygujący prozaik.

O potencjale literackim zbioru opowiadań zatytułowanych „Skoruń” świadczy choćby fakt, że były one w 2016 roku nominowane u nas do dwóch prestiżowych konkursów prozatorsko-poetycko-eseistycznych: Nagrody Literackiej „Nike”, jak również Nagrody Literackiej Gdynia. Skonstruowany z siedmiu części („Maszyna”, „Stary”, „Trześnia”, „Pensylwania”, „Hubert”, „Bracia” oraz „Skoruń”) tom Płazy udowadnia zresztą pod każdym względem, że to proza najwyższej próby.

Tytułowy Skoruń – główny bohater zbioru opowiadań Płazy – zawdzięcza swój pseudonim gwarowemu określeniu, którym na Sandomierszczyźnie zwykło się charakteryzować osobę o ewidentnych cechach lenia, łobuza, jak też nicponia. To chłopiec mieszkający w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia (w schyłkowej fazie PRL-u) ze swoimi radykalnie różniącymi się osobowościowo rodzicami (matką – altruistką, osobą głęboką wierzącą, sprawującą de facto pieczę nad rodzinnym domem oraz ojcem – sadownikiem, konstruktorem maszyn, działaczem opozycyjnym i ateistą) nad Wisłą, w świętokrzyskiej wsi położonej nieopodal fikcyjnego Wierzbińca (przypominającego bardzo Sandomierz): miasteczka jakby ulanego (…) z piernika i czekolady.

Czołowe postaci „Skorunia” pozostają ponadto w wielu aspektach zbieżne z głównymi bohaterami „Kamienia na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego. Nicpoń Płazy to w jakimś sensie alter ego Szymona Pietruszki. Rodzice obu bohaterów też mają wiele cech wspólnych. Ich matki są bardzo pobożne, a ojców cechuje swego rodzaju surowość i buntowniczość, którą dziedziczą po nich ich synowie. Również pod względem fabularnym i językowym „Skoruń” wydaje się w pewnym sensie dorównywać epopei Myśliwskiego. Oba dzieła poruszają skądinąd wiele tożsamych wątków literackich. Autor pierwszego z nich czyni to jednak na własną modłę, w sposób oryginalny, a nie odtwórczy. Miejmy więc nadzieję, że debiutancki tom Płazy okaże się obiecującym preludium dalszej twórczości pisarza – tej na miarę „Widnokręgu” czy „Traktatu o łuskaniu fasoli”.

Czy kara śmierci jest potrzebna? (Tomasz Kowalski, Mędrzec kaźni)

Dominik Borowski
("Projektor" - 4/2016)
Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie współczesnego społeczeństwa bez instytucji, która stoi na straży prawa. Mowa tutaj oczywiście o sądzie. W jego kompetencji, od zawsze, było rozpoznanie popełnionych przestępstw i karanie winnych, które może jednak przybierać bardzo różne formy. 

Los oskarżonego w pełni pozostaje w rękach sędziego, który powinien odkryć prawdę. Nie jest to zadanie ani łatwe, ani pozbawione błędów. Im cięższa wina i surowsza kara, tym większa odpowiedzialność wydającego wyrok.

Do tego problematyczna jest forma karania w przypadku okrutnych przestępstw – gwałtów i zbrodni. Jedni wierzą w cudowną moc resocjalizacji, która pomoże przestępcom zmienić się. Drudzy zaś domagają się, aby zamykać i nie wypuszczać nigdy na wolność. Inni jeszcze wyznają zasadę Hammurabiego „oko za oko, ząb za ząb”. W ich opinii za popełniane zbrodnie powinno wymierzać się karę śmierci. Całkowita eliminacja przestępcy miałaby zapobiec jego dalszym działaniom, a jednocześnie być przestrogą dla reszty społeczeństwa. 

Czy kara śmierci to faktycznie dobre rozwiązanie? Na to pytanie próbuje odpowiedź Tomasz Kowalski w najnowszej powieści „Mędrzec kaźni”. Nim zajmę się problematyką, wypada przybliżyć akcję utworu, która została osadzona w 1939 r. w Paryżu. Obejmuje ona wywiad z paryskim katem Thierrym Jakobem. Prowadzi go początkujący amerykański dziennikarz Steven Mulford, mający francuskie korzenie. Adept sztuki dziennikarskiej ma bardzo dokładnie zaplanowany scenariusz rozmowy, a jego celem jest zdobycie jak najwięcej intrygujących informacji o profesji kata. Mężczyzna nie zdaje sobie jednak sprawy, że to jego rozmówca decyduje o przebiegu wywiadu, a także o zdarzeniach tuż po nim. Nie chcę tutaj zdradzać zakończenia, które może zaskoczyć, choć czytelnik jest do niego stopniowo przygotowany. Kowalski dawkuje nam napięcie, którego poziom wzrasta wraz z zakończeniem wywiadu. 

W dość dynamiczną akcję została wpleciona problematyka kary śmierci. Znajdziemy tutaj dwa spojrzenia: młodego idealisty, opowiadającego się za utrzymanie ładu społecznego mimo różnych zasad etycznych (dziennikarz) i wykonawcy wyroków, dla którego nikt nie ma prawa decydować o ludzkiej śmierci. Młody dziennikarz próbuje przekonać swojego rozmówcę, że ścięcie na gilotynie zbrodniarza jest dobrym rozwiązaniem. Dla niego to wymierzenie sprawiedliwości. Thierry nie daje się zwieść argumentom dziennikarza. Sam broni swojej koncepcji człowieczeństwa w logicznym wywodzie, ale także za pomocą pewnej demonstracji…. W efekcie wygrywa, a Steven raczej nigdy nie poprze już kary śmierci. 

Powieść Kowalskiego jest ważnym głosem. Wielu z nas może się wydawać, że mamy pełne prawo do jak najsurowszego karania zbrodniarzy. Czy na pewno? Proponuję poznać wraz ze Stevenem argumentację paryskiego kata…, w której mocnych wrażeń z pewnością nie zabraknie. 

Tomasz Kowalski, Mędrzec kaźni, Wydawnictwo MG, Kraków 2016.

Nalewać wyłącznie do małych kieliszków (Aleksander Przybylski „Literacki almanach alkoholowy”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Wszystko zaczęło się od Nabokova i dżinanasu. W chwilach radości autor wraz z dwoma bukinistami zakłada ALINĘ czyli Alkoholowo-Literacki Instytut Naukowo-Badawczy, którego zadaniem była kwalifikacja książek i trunków do analizy oraz troska o higienę psychofizyczną eksperymentatorów. 

Tak powstał „Literacki almanach alkoholowy” Aleksandra Przybylskiego, kulturoznawcy i dziennikarza z Poznania. ALINA upadła, powstała fascynująca książka. Puszczamy Wysockiego lub Toma Waitsa i zanurzamy się w odmętach almanachu. Czytać możemy przypadkowo, wybierając jeden z rozdziałów: piwa, wina… i wynalazki, wódki, koktajle, niepijalne, nieistniejące i nierozpoznane, remedia (czyli lekarstwa na „syndrom dnia poprzedniego”) oraz gry i zabawy. Każde z haseł – jak przystało na porządny almanach – podzielone jest na „Przedmiot badań”, „Pochodzenie”, „Sposób podawania” wraz z fragmentem utworu literackiego (np. dedykowanego dzieciom „drozdowskiego”, które miało smak kwaśnego soporu z ogórków, a temperaturę kałuży na gościńcu w dzień upalny – „Syzyfowe prace”) i na koniec „Skutki uboczne”. Czasem nieprzewidywalne – kto pamięta rozkoszne koktajle (przywołano tylko jeden przykład) Wieniczki z „Moskwa-Pietuszki” wie o czym piszę.

Czytelników może zaskoczyć obecność „Ani z Zielonego Wzgórza”, książki, do której przeczytania usiłowałem się – ze względów poznawczych – zmusić wielokrotnie i do dziś podziwiam parę osób za jej znajomość. Więc „Ania...” – tak, tak – to porzeczkowe wino! Przy „grogu” wolałbym może zamiast „Sturmu” Ernesta Jüngera, „Muminki” i niepokojącą aurę przyjęcia w ogrodzie, na które przychodzi Buka. W karcie win, wśród napojów nieistniejących, odnajdujemy kosmiczne trunki Lema, Adamsa i oczywiście Jakuba Wędrowycza. Zabrakło tylko „Pustynnego orakhu” Pratchetta czyli soku z kaktusa i jadu skorpionów, który tak cudownie łagodził efekty spożycia klatchiańskiej kawy. 

„Almanach…” jest jak zwierciadło narodów – Polacy czują (według Houllenbecqa) chroniczną, słowiańską niechęć do schładzania napojów, pierwsze „lokowanie produktu” znajdziemy już w „Satyriconie” Petroniusza. W konfiguracjach różnych przodują Rosjanie. W „Braciach Karamazow” (choć znam ich nieźle) zgubiłem przepis na „nalewkę Grzegorza” (zainteresowanych odsyłam do Przybylskiego). Przy tej okazji glossa do tego hasła – bracia Jelisiejewowie, to przedstawiciele słynnego rodu kupieckiego, których sklep na petersburskim Newskim Prospekcie to odpowiednik dzisiejszego Harrodsa. Każdy więc inaczej czyta Dostojewskiego i inne strzępki z niego gubi.

Leksykon trunków pisarskich jest przede wszystkim książką humorystyczną, w dawnym dobrym stylu. Nie daruję sobie cytatu omawiającego „Emmę” Jane Austen w duchu latynoskiej noweli, lecz finalizowanego prawie „Klubem Pickwicka”: Emma jednak nie interesowała się Eltonem, podobnie jak Elton nie przepadał za Harriet, która wolała pana Martina. Emmie podobał się za to pan Frank Churchill, który preferował towarzystwo niejakiej Jane, zresztą z wzajemnością. Tym bardziej dziwi, że Frank emablował Harriet, podobnie jak pan Knightley, który naprawdę kochał się w Emmie. Rozumiecie coś z tego? Okej, to napijmy się piwa. Najlepiej świerkowego, bo za nim przepada – być może wzorem swego szwagra – Emma.

Jeśli to pomysł nie tylko na hrabalowską, nieskrępowaną, pełną życia zabawę, ale i promocję literatury. Chapeau bas.

Zbrodnia i wiara (Jon Krakauer „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija”)

Martyna Musiał
("Projektor" - 4/2016)
Czy religia to dobro? Jaki ma wpływ na człowieka? Czy jej wyznawcy są zawsze prawymi ludźmi? Co człowiek jest w stanie zrobić dla wiary i czy można tłumaczyć niecne uczynki, a nawet zbrodnie, wolą Boga?

Jon Krakauer w książce „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” (doskonała seria „amerykańska” wydawnictwa Czarne), przedstawia wnikliwą analizę mormonizmu, szczególnie jego fundamentalnych odłamów. Tłem dla jego rozważań jest zbrodnia, która wstrząsnęła Ameryką i wywołała liczne dyskusje dotyczące wiary. Latem 1984 r. niewinna kobieta i jej kilkunastomiesięczna córka zostały brutalnie zamordowane przez braci jej męża, Rona i Dana Laffertych. Zabójstwo tłumaczyli otrzymanym od Boga objawieniem.

Aby dotrzeć do przyczyn tragedii i pokazać mechanizmy rządzące fanatykami religijnymi, Krakauer przedstawia historię Kościoła Świętych w Dniach Ostatnich – młodą, lecz rozprzestrzeniającą się w szalonym tempie religię zapoczątkowaną przez Josepha Smitha, uważanego przez wyznawców za pierwszego proroka. Ukazuje strukturę kościoła mormońskiego, a także doktryny tej amerykańskiej religii, ze szczególnym naciskiem na wiarę w wizje i bezpośrednie rozmowy ze Stwórcą, które są jej podstawą, a także poligamię, prowadzącą do praktyk pełnych przemocy – fizycznej, seksualnej i psychicznej.

Fundamentalistyczne sekty mormońskie to zamknięte społeczności, które nie uchroniły się od krwawych incydentów i masakr na „niewiernych”, chociaż podstawą ich religii miała być cnota. Grupy nastawione na wielożeństwo cechuje wyjątkowo patriarchalna kultura, w której kobiety nie mają żadnych praw. Na porządku dziennym są śluby dojrzałych mężczyzn, a nawet starców, z nastolatkami, skomplikowane koligacje rodzinne czy nawet kazirodztwo. Może się wydawać szokujące, że te działania tak rzadko wywołują protest, jednak osoby urodzone i wychowane w tych wspólnotach nie znają innego życia, a próby sprzeciwu mogą prowadzić nie tylko do wykluczenia, ale również do tragedii. 

Czy jest w mormonizmie coś, co popycha wyznawców do częstszego sięgania po przemoc? Według Krakauera każdy kościół ma cechy, które pozwalają mu omamić i zniewolić wierzących. Nie jest w tym sądzie obiektywny, nie ukrywa, że wypowiada się z perspektywy agnostyka zdziwionego tym, jaki wpływ na człowieka może mieć religia. Tym, co według niego odróżnia nowe wyznania od starych, powszechnie uznanych, jest czas i brak możliwości udowodnienia, że coś, co wydaje się nieracjonalne, jest fikcją lub wymysłem szaleńca. Mormonizm, jako młoda i bardzo dobrze udokumentowana religia, w oczach postronnych jest odarta z mistycyzmu. Na jej przykładzie autor demonstruje, jak niebezpieczny może być każdy fanatyzm religijny, jak łatwo wytłumaczyć popełnione zło boską wolą i jak cienka linia czasem dzieli dobrego, wierzącego człowieka od zbrodniarza. Zorganizowana religia to nienawiść udająca miłość stwierdza jeden ze sprawców mordu z American Fork, mormon Dan Lafferty.

Dzwony Absurdu (Lajos Grendel „Dzwony Einsteina (opowieść z Absurdystanu)”)

Michał Siedlecki
("Projektor" - 4/2016)
Z krajowych nowości wydawniczych prezentujących literaturę naszych południowych sąsiadów, warto szczególnie odnotować „Dzwony Einsteina (opowieść z Absurdystanu)” (1992; wyd. pol. 2016) Lajosa Grendela – znanego i cenionego pisarza, wykładowcy oraz eseisty węgierskiego związanego od urodzenia ze Słowacją – w świetnym tłumaczeniu Miłosza Waligórskiego (w ramach nowego projektu Biura Literackiego „Proza z Europy”), który z właściwym sobie poetyckim kunsztem i wyczuciem oddał tu wszelkie meandry – pełnego groteski, ironii oraz surrealizmu – stylu, jak też literackich intencji autora „Pięknych historii” (2001).

Prezentowana tutaj książka Grendela to niezwyczajny, zabawny, choć niekiedy smutny i umyślnie odrealniony konterfekt socjalistycznej Czechosłowacji w przededniu upadku „żelaznej kurtyny”. Głównym bohaterem – składającej się z czternastu rozdziałów – pasjonującej powieści węgierskiego pisarza pozostaje Franciszek Rzeźnik – niedoszły rewolucjonista, inteligent, na wpół samotnik i ekscentryk o niecodziennej imaginacji, który odreagowuje komizmem oraz miejscami niedorzecznym zachowaniem liczne absurdy minionego systemu politycznego, a także równie groteskowe zapowiedzi jego uczciwej transformacji. W pewnym momencie wypowiada się on zresztą w sposób następujący: (…) Marzyłem o odpoczynku, a ściśle rzecz biorąc, o odpoczynku od tego głupiego świata, w którym żyłem i który nie zmądrzeje, dopóki z regularnością upławów miesięcznych będą wstrząsać nim rewolucje. Roiło mi się nowe życie, przy czym nie wiedziałem, jak się za nie zabrać. (…) wolność, z której nie ma żadnego pożytku (…) to pusty metafizyczny termin.

Franciszek Rzeźnik wydaje się w powieści Węgra bezwolnym więźniem groteski, potrafiącym jednak rozsądnie puentować wszystkie jej irracjonalne odcienie: (…) życie mamy tylko jedno, tak samo jak wypełniającą je rzeczywistość: niezmiernie alogiczną, zaskakującą i niewytłumaczalną. Każda próba nadania jej ludzkiego oblicza przypomina zakładanie kaftana bezpieczeństwa – zamiast leczyć, obezwładnia. To w rzeczywistości tragiczna postać, maskująca jedynie własne zagubienie ironicznym sposobem bycia. Jego jedyną bronią na postępujące społeczne wyalienowanie pozostaje precyzja myśli: ta na miarę wielkich egzystencjalistów.

„Dzwony Einsteina” – choć rozgrywają się w XX-wiecznej Czechosłowacji tuż przed jej transformacją ustrojową – precyzyjnie oddają współczesnemu czytelnikowi „szarą”, miejscami „hiperabsurdalną” rzeczywistość całego wschodniego bloku postsocjalistycznego, w tym pośrednio realia Polski przełomu lat osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych minionego stulecia. To – w mojej opinii – lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy pragną przez pryzmat mistrzowskiego stylu języka literackiego Grendela zapoznać się lub zmierzyć jeszcze raz z widmem nie tak wcale odległych nam czasów.

sobota, 6 sierpnia 2016

Dokąd zmierza polskie kino? (Darek Foks "Historia kina polskiego")

Dominik Borowski
("Projektor" - 3/2016)
Wystarczy sięgnąć do programu telewizyjnego albo do repertuaru multiplexu, aby przekonać się, jak dużo pojawia się filmów zagranicznych, a jak niewiele polskich. Każdy z nich jest zawsze krótko streszczony i przypisany do określonego gatunku. Może się wydawać, że mamy bardzo urozmaicone kino, od dramatu obyczajowego po horror i science fiction. Czy tak jest naprawdę?

Na postawione pytanie odpowiada nam najnowsza książka Darka Foksa zatytułowana „Historia kina polskiego”. Tytuł może budzić błędne skojarzenia z pracą naukową, która przedstawia dzieje polskiej kinematografii. Tak jednak nie jest. Tekst Foksa staje się raczej zbiorem refleksji nad jakością, stylem i modelem polskiego filmu.

Zapoznanie się ze spisem treści wywołuje wrażenie, że w książce znajdziemy bardzo wnikliwe opinie. W tytułach poszczególnych rozdziałów pojawiają się różnorodne terminy z zakresu teorii filmu, jak chociażby światło, ujęcie czy dźwięk. To jednak kolejna gra z czytelnikiem, która z pewnością podnosi zainteresowaniem tekstem. W głowie pojawia się pytanie: Co o kinie powie nam Darek Foks?

I tutaj kolejna niespodzianka. Każdy rozdział ma formę wywiadu prowadzonego z reżyserem filmowym. Rozmowa w poszczególnych częściach ma dokładnie identyczny schemat. Jej głównym tematem staje się gwałt, jakiego dokonał reżyser. Padają te same pytanie i bardzo podobne odpowiedzi. W pierwszym momencie może się to wydać niezrozumiałe. Jeśli jednak skupimy się na użytej figurze powtórzenia, poznamy ocenę kina. W polskich filmach jest mało oryginalności, dominuje powielanie znanych schematów. Czasami dochodzi do zapożyczeń pomysłów od innych (opisanych jako gwałty?), które niewiele zmieniają. Pojawia się tutaj zatem jednoznaczna krytyka polskiej kinematografii.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na umieszczone w „Historii kina polskiego” zdjęcia. Nie są to zwykłe fotografie. Pojawia się na nich postać ludzką z psim łbem. Być może pies staje się wskazówką interpretacyjną, ponieważ niekiedy przypisuje mu się negatywne znaczenia. 

Przed najbliższym seansem filmowym warto zapoznać się z opinią Foksa. I odpowiedzieć sobie, czy rzeczywiście polskie filmy „schodzą na psy”? A może to tylko prowokacja autora?

Z leksykonu potworów (Philip Short "Pol Pot")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Jeszcze w czasach szkolnych, tuż po upadku muru berlińskiego, na lekcjach pod ławką, czytaliśmy Kosińskiego, Millera, Rotha. Wśród tych książek była jedna nietypowa – reportaż Wiesława Górnickiego „Bambusowa klepsydra” o zbrodniach Czerwonych Khmerów w Kambodży, napisany i wydany na początku lat 80.
 
Nikogo nie interesowało, że wpleciono tam całe akapity o wyższości komunizmu w wersji radzieckiej nad jego chińską odmianą. Porażającą nowością – przy której zbladły nawet literackie świadectwa sowieckiego gułagu – był beznamiętny opis pól śmierci, szwadronów dzieci mordujących przy pomocy foliowych torebek zaciskanych na głowie i rozpruwających brzuchy w poszukiwaniu ziarenek ryżu. Irracjonalnego szaleństwa, tworu jednego człowieka – Pol Pota – które pozbawia życia co czwartego mieszkańca Kambodży.

Biografia – wydana w serii „Oblicza zła” (dotychczas ukazały się tomy dotyczące Stalina, Himmlera, Goebbelsa, Mussoliniego, Bormana) – autorstwa Philipa Shorta, korespondenta BBC i „The Times”, ukazuje Saloth Sâra (ps. Pol Pot, Pouk, Hay, Wielki Wujek, Brat Numer Jeden, 87, Phem i 99) na tle historii Azji Południowo-Wschodniej drugiej połowy XX wieku. Podstawowy rys i fenomen kambodżańskiego autokraty, to tajemnica – wciąż enigmatyczny, na dalekim planie, trawiony obsesją podejrzliwości, doprowadził do perfekcji system, w którym (prawie) nikt o nikim nic nie wiedział. Terror „pól śmierci” pochłaniał setki tysięcy istnień, a dopiero rok po upadku Phnom Penh (1975), obywatele dowiedzieli się kto stoi na czele Czerwonych Khmerów. (Saloth Sâr był zachwycony, uchodząc za kogoś, kim nie był – bezimienną twarz w tłumie).

Widzimy kraj rozdarty między sprzeczne interesy Wietnamu, Tajlandii i Chin, malutki pionek w grze Stanów Zjednoczonych z ZSRR. Kraj, gdzie wojna domowa trwa nieprzerwanie od kapitulacji wojsk japońskich. Kraj, gdzie okrucieństwo nie jest niczym niezwykłym. Jest mistyczne, religijne (Pol Pot – być może to nie przypadek – uczęszczał również do szkoły przyklasztornej), oparte na wierzeniach pierwotnych – Przywódcy (…) nosili „kun krak” – „wędzone dzieci”, czyli zmumifikowane płody – jako amulety przeciw kulom wroga. Te pierwotne wierzenia, identyfikujące komunizm jako religijną sektę to pierwszy z fundamentów ideologii Czerwonych Khmerów. Drugim są paryskie lektury Pol Pota i jego kolegów stypendystów – Stalin, Kropotkin i podziw dla „nieskalanej czystości działań Robespierre’a”.

Zanim jednak Pol Pot decyduje o „końcu historii” i „końcu pieniądza, handlu, cywilizacji miejskiej i człowieka jako jednostki” obserwujemy dogorywanie, dekadencję i zaniechanie rządów Lon Nola i księcia Norodoma Sihanouka. Ten schyłek zadowolonych, dufnych – gdy przestaje rządzić „mafia”, a zaczyna „sekta” – przywołuje skojarzenie z ostatnim rokiem irańskiego szacha w reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Short – rzucając mistrzowsko – historię jednego człowieka na panoramę dziejów, pokazał kto zrodził, wychował i współtworzył czteroletni okres dyktatury Pol Pota. 

Najbardziej enigmatyczny, być może najokrutniejszy dyktator schyłku dwudziestego stulecia, był – nawet po upadku – bezkarnym, podejmowanym w stolicach sąsiednich państw „mężem stanu”. Oddając się lekturze „Paris Match” rozdawał karty w Kambodży jeszcze przez dwadzieścia lat. Dlaczego nigdy nie stanął przed sądem (proces wytoczony przez towarzyszy pięć miesięcy przed śmiercią był farsą)? Autor, korzystając z dokumentów, stenogramów i kilkuset godzin relacji naocznych świadków, pokazuje, że odpowiedź jest brutalna, cyniczna, ale brzmi – geopolityka.

Imiona przyszłości (Roman Pawłowski „Bitwa o kulturę. #przyszłość”)

Michał Siedlecki
("Projektor" - 3/2016)
W ubiegłym roku na naszym rynku wydawniczym ukazał się tom „Bitwa o kulturę. #przyszłość” (2015) autorstwa Romana Pawłowskiego – publicysty, kuratora teatralnego, dramaturga oraz zastępcy dyrektora artystycznego Teatru Rozmaitości w Warszawie – który w sygnowanym przez siebie zbiorze prowadzi pasjonującą debatę z luminarzami polskiej nauki, literatury, muzyki, teatru, filmu, architektury i sztuki na temat wyzwań stojących przed rodzimą oraz światową kulturą u progu I połowy XXI wieku.

Tom „Bitwa o kulturę. #przyszłość” składa się z dwudziestu dwóch świetnych tekstów podejmujących wątek futurologii, w kontekście zmieniającego się dynamicznie oblicza naszej współczesnej kultury. Roman Pawłowski stwierdza już we „Wstępie” do swojej książki, że zamieszczone w niej prognozy prezentuje nie po to, by ewokować w kimś grozę przed przyszłością, lecz by uruchomić szerszą debatę społeczną na temat prawdopodobnych scenariuszy dla Polski, Europy oraz świata. Publicysta dodaje tu, że horyzontem badawczym, który wyznaczył wszystkim rozmówcom jest rok 2045. To – wedle niego – perspektywa dość bliska jak na futurologię, lecz zarazem odległa, jeżeli wziąć pod uwagę tempo przemian cywilizacyjnych oraz przyspieszenie technologiczne. Pawłowski wyznaje otwarcie rzecz następującą: Ustalając dystans czasowy na trzydzieści lat, chciałem, aby prognozy i przewidywania obejmowały aktywne życie zawodowe moich rozmówców i rozmówczyń, abyśmy snując fantazje, starali się wyobrazić w nich siebie.

Wizje rozmówców Pawłowskiego są bardzo różnorodne i w wielu miejscach odkrywcze. Edwin Bendyk uważa tu na przykład, że dla Epikura godziwe (…) życie oznaczało miskę sera i dzbanek wody, nawet nie wina. I o to właśnie chodzi; zredefiniować potrzeby, które mówią, co znaczy żyć dobrze, i przenieść energię na relacje i na ich podtrzymywanie. Z kolei Ignacy Karpowicz twierdzi, że zdolność czytania ze zrozumieniem może się znowu okazać umiejętnością elitarną i jeżeli tak rzeczywiście będzie, to (…) trochę smutno, ale literatura przetrwa. Natomiast Krystian Lupa wypowiada się tutaj o teatrze jako o instytucji dramatycznie potrzebnej. Jej magiczny rytuał określa on mianem słowa TERAZ, którego nie zabije (…) nawet wykorzystanie nowych mediów. Zbigniew Libera największe zagrożenie dla współczesnej kultury upatruje tymczasem w marazmie. Maria Peszek nazywa zaś muzykę swoją utopią oraz światem pełnym idei. Horyzontem pragnień piosenkarki pozostaje idealna piosenka – talizman, (…) co w chwili zwątpienia możesz wyciągnąć z kieszeni i co przyniesie ci ukojenie albo doda siły.

Prezentowany w tym miejscu zbiór Pawłowskiego traktuję jako lekturę obowiązkową dla wszystkich. Jego fundamentalne przesłanie to potencjalne imiona przyszłości naszej kultury – materialnego i duchowego dziedzictwa, którego namacalne oraz symboliczne oblicze tworzymy nieustannie każdego dnia.

Z uśmiechem przez życie (Eryk Lipiński "Pamiętniki")

Martyna Musiał
("Projektor" - 3/2016)
Zygmunt Kałużyński we wstępie do „Pamiętników” Eryka Lipińskiego stwierdził, że autor miał kilka żyć. Czytając autobiografię słynnego rysownika, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to prawda. Historycznymi wydarzeniami, które przeżył i w których uczestniczył, odwiedzonymi miejscami, ciekawymi ludźmi, których spotykał, a także zajęciami i pasjami, mógłby z powodzeniem zapisać kilka życiorysów.

Eryk Lipiński był jednym z najbardziej znanych polskich karykaturzystów, ale również autorem grafik i plakatów, scenografem, konferansjerem, eseistą, satyrykiem i miłośnikiem sportu. Był inicjatorem pisma satyrycznego „Szpilki”, w którym publikowali swoje prace czołowi literaci i plastycy. Założył również Muzeum Karykatury w Warszawie, gdzie pracował jako kustosz.

„Pamiętniki to wspomnienia spisane po latach, już pod koniec życia. Zadziwia dokładność, z jaką autor przypomina sobie zdarzenia, nazwiska, a nawet adresy. Retrospekcje nie są chronologiczne, Lipiński uniknął jednak chaosu, porządkując je tematycznie.

Opowiada więc o rodzinie – przodkach, koligacjach, rodowych legendach – w sposób iście kronikarski, sucho i niemal bez emocji, jednak przytaczając mnóstwo faktów. Wspomina swoje dzieciństwo w Moskwie i Warszawie, dorastanie, szkołę, pierwsze płatne prace, w końcu studia w Akademii Sztuk Pięknych. Przypomina o swoim zacięciu do sportu, i trudno nie zauważyć, jak bardzo jest dumny z własnych osiągnięć na tym polu. We wspomnieniach dotyczących drugiej wojny światowej opowiada o codziennym życiu w okupowanym kraju, o związanych z trudną sytuacją problemach finansowych, działaniach w charakterze fałszerza dokumentów, pobycie w obozie koncentracyjnym w Auschwitz i kilkukrotnych odsiadkach w więzieniu. Charakteryzuje również lata powojenne, szczególnie życie kulturalne. Przytacza mnóstwo anegdot i przygód dotyczących przyjaciół, wśród których znaleźli się m.in. Breza, Brzechwa, Gałczyński, Gombrowicz, Hłasko czy Tuwim. Sporo miejsca poświęca opisom żartów, które robił znajomym.

Z „Pamiętników” wyłania się portret człowieka obdarzonego dużym poczuciem humoru (pozwalającym mu niejednokrotnie uniknąć kłopotów), który nawet w niesprzyjających okolicznościach stara się zachować dystans i uśmiech na twarzy. Kto wie, może właśnie dlatego tak bliskie były mu satyra i karykatura?

Jedyne, czego brakuje we wspomnieniach samego autora, patrząc z perspektywy czytelnika, to szczegółów z życia prywatnego, rodzinnego. Lipiński zajmuje się głównie sferą zawodową, rozwijającą się karierą i dokonaniami w różnych dziedzinach twórczości czy sportu.

„Pamiętniki” Lipińskiego są wznowieniem książki wydanej przed 30 laty, redakcja postarała się jednak o pewne dodatki niedostępne w przeszłości. Są to na przykład listy do żony, które autor pisał w czasie Powstania Warszawskiego. Wstawione są też niepublikowane dotąd zdjęcia rodzinne i kolorowe reprodukcje jego prac (plakatów i rysunków) oraz kalendarium życia i twórczości.

Eryk Lipiński, Pamiętniki, Wyd. Iskry, Warszawa 2016, s. 408

Na tropie starodruków (Księgozbiór XVII-wieczny z biblioteki klasztornej na Karczówce)

Piotr Kardyś
("Projektor" - 3/2016)
W tradycji Biblioteki Seminarium Duchownego w Kielcach zachowano informację o księgozbiorze bernardynów z Karczówki, wcielonym niegdyś do jej zbiorów. Wśród około 10 000 starodruków, inkunabułów i rękopisów, miałaby się znajdować całość lub jakaś część dawnej biblioteki fratrum minorum ordinis bernardinorum in Montis Karczoviensis.

Zbliżające się obchody 400-letniej obecności bernardynów na Karczówce skłoniły Towarzystwo Przyjaciół Karczówki i zachęciły badaczy przeszłości do przyjrzenia się bliżej historii miejsca oraz instytucji, dobrze rozpoznawalnych w krajobrazie kulturowym Kielc. Dr Jerzy Michta zaproponował mi opracowanie inwentarza biblioteki z Karczówki, na bazie dokumentacji z Archiwum Prowincji oo. Bernardynów w Krakowie. Podstawą dalszych poszukiwań był inwentarz w jednym z rękopisów, z tegoż archiwum. Spisany został nie później, jak w pierwszej połowie XVIII w., ale raczej był odpisem starszego, aniżeli wynikiem faktycznej inwentaryzacji. Wpływ na to mógł mieć również fakt znacznego rozproszenia księgozbioru po klasztorze, który raczej nigdy nie miał charakteru scentralizowanej librari

Naturalną koleją rzeczy było skierowanie naszych kroków do Biblioteki WSD, gdzie po rozmowie z ks. dyrektorem Andrzejem Wilczyńskim postanowiłem podjąć trudy poszukiwania igły w stogu siana – czyli fragmentów – dawnej biblioteki bernardynów in Montis. Na miejscu okazało się, że mogę liczyć na współpracę całego personelu, zwłaszcza najlepiej zorientowanej pani Arlety. Początkowe poszukiwania szły opornie, przeglądanie katalogu kartkowego zbioru 10 tys. starodruków i próba znalezienia w nim ujętych we wspomnianym inwentarzu mogły skutkować, co najwyżej, pojedynczymi znaleziskami i to przy dużym szczęściu. Szybko okazało się, że pomimo tak wyrywkowych danych, możliwe jest określenie, jaki był wygląd zewnętrzny przynajmniej części książek dawnego księgozbioru z Karczówki. Udało mi się bowiem wyszukać kilka druków, bezsprzecznie wymienionych w inwentarzu z Archiwum Bernardyńskiego w Krakowie, zatem pozostawało przejrzenie wielotysięcznego zbioru książek w Seminarium Duchownym w Kielcach, co stało się udziałem pracowitych pań, zwłaszcza pani Arlety. W trakcie wielodniowych poszukiwań, odsuwania regałów, przeglądania zbioru niezinwentaryzowanych dubletów, udało się wyselekcjonować ponad dwieście starodruków, dwa inkunabuły i kilkanaście rękopisów należących do bernardynów przed ich kasatą przez władze carskie w II połowie XIX w. Wszystkie one posiadają wpisy własnościowe lub proweniencyjne wskazujące w 100 procentach na przynależność do bernardynów z Karczówki (np.: Conventus Kielcensis ad Sanctum Carolum Boromeum; Montis Sancti Caroli Ordin[is] FF. Bernard[inorum] S. Francisci f[rat]rum Minor[um] de Observantia; Conventus FF. Recollectorum Kielcensium; Pro Conventu S. Caroli Borromaeji PP Bernardinorum Kielcis). Mało tego, w trakcie opracowywania odnalezionych druków okazało się, iż w jednym z nich, jako makulatury do wzmocnienia okładek użyto wielostronicowego papierowego dokumentu; innym razem był to fragment horoskopu z XVI w., a jeszcze innym pergaminowa karta z rękopisu liturgicznego. 

Zebrany materiał pozwala na sformułowanie wielu nowych, niezwykle ciekawych spostrzeżeń, co do funkcjonowania samej wspólnoty bernardyńskiej, jak również jej formacji intelektualnej, przede wszystkim zaś zawartości księgozbioru i jego funkcji oraz jego początków. Każda wspólnota bowiem wyposażana była w niezbędny „zestaw” tekstów liturgicznych oraz reguł zakonnych przez swoich fundatorów, a „jądro” librari stanowiły książki przyniesione z pierwszymi braćmi, z ich domów macierzystych. I właśnie tychże początków bibliotek jest się doszukać najtrudniej, bowiem najczęściej są to teksty używane na co dzień, zatem zaczytywane, które rzadko tylko przetrwały kilkaset lat. Z reguły znamy je z inwentarzy (o ile takie się zachowały), a nie z autopsji. Tym razem też sprzyjało mi szczęście. Otóż kilkanaście starodruków posiada wpisy świadczące o tym, iż należały wcześniej do biskupa krakowskiego Marcina Szyszkowskiego, fundatora kościoła pod wezwaniem Karola Boromeusza na Karczówce, który to darował je bernardynom, już w 1630 roku! (chociaż przyjmuje się, że pierwsi braciszkowie przybyli rok później). Było to zatem u samych początków ich obecności w tym miejscu. Co istotne, wszystkie zapisy zostały sporządzone jedną ręką, chociaż brak pewności czy podpisane przez biskupa osobiście. Przynajmniej takiej pewności nie daje brzmienie wpisów (Pro Bibliotheca conventus FF. Minor. S. Francisci de Obser. ad S. Caroli Boromeum obtulit Illustris. ac Reverend. D.D. Martini Szyszkowski Epus Cracov. A.D. 1630 Dei Gratias). Istnieje też – co oczywiste w badaniach historycznych na tak odległym materiale źródłowym – możliwość, że zostały przekazane dopiero po śmierci biskupa i ktoś inny był autorem wpisów, ale i w tym przypadku musiałoby to wynikać z legatu testamentowego zainteresowanego, i tym bardziej podkreślałoby jego sympatię dla bernardynów. Kolejnym potwierdzeniem prawidłowości znanej z literatury bibliologicznej, co do początków księgozbiorów instytucji kościelnych są liczne starodruki z wpisami własnościowymi i proweniencyjnymi duchownych krakowskich, z przeznaczeniem właśnie dla bernardynów, również bardzo wczesne, bo z początku lat 30. XVII w. (Ex libris Alberti Vicepraepositi S. Floriani PP. Bernardinorum Conventus S. Caroli Kielcijs ad Bibliotecam 1632; Aristotelis Stagiritae, Physicorum, libri VIII, Loci Cracoviens[ium] ad Sanc[tum] Bernardinorum S. Fran. de observantia – świadectwo trafienia na Karczówkę od bernardynów z Krakowa). 

Zebrany materiał musi zostać jeszcze poddany wnikliwej analizie, ale już teraz jawi się księgozbiór bernardynów z Karczówki, jako rzecz wyjątkowa, o olbrzymim ładunku kulturowym, także kolejny przykład pokazujący bogactwo Kielc. To również następny element układanki o roboczej nazwie „historyczne księgozbiory kieleckie”, łączącej średniowieczny i wczesnonowożytny księgozbiór kapituły kieleckiej, księgozbiór XV-wiecznego kanonika Stanisława z Jankowic, rękopisy liturgiczne katedry kieleckiej i wiele innych.

Lewą ręką się nie posługuj (Magdalena El Ghama „Między kulturą a religią”)ri

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Nie rozmawiaj ze sprzedawcą w trakcie modlitwy. Nie chwal urody cudzej żony. Nie pomagaj i nie podawaj ręki kobiecie. Nie obiecuj czegokolwiek. Nie odmawiaj prezentu ani posiłku lub napoju. Nie przeklinaj po polsku. Nie obnoś się ze swoją religią. 

Tych kilka – spośród wielu – zakazów dotyczy kontaktów z ludnością Iraku, ale spokojnie (po wprowadzeniu dodatkowych paragrafów związanych z lokalną specyfiką każdego z państw) można listę rozszerzyć na inne kraje islamskie. Wprawdzie podtytuł książki Magdaleny El Ghamari (zajmującej się m.in. tematyką terroryzmu i bezpieczeństwa międzynarodowego) „Między kulturą a religią” brzmi: „Operacje wojskowe w Iraku i Afganistanie”, ale zasadniczy trzon publikacji traktuje o tym – co nazwałbym – szokiem kulturowym na styku dwóch, dość odmiennych cywilizacji. Jest to oczywiście opracowanie (oparte na bardzo bogatym materiale analitycznym) warunków przygotowania i przeprowadzenia misji wojskowych oraz sposobów szkolenia ich uczestników. Opracowanie, które w części traktującej o kontaktach z miejscowymi (czyli, pamiętajmy o tym, gospodarzami odwiedzanych państw) powinno być lekturą – obowiązkową – dla turystów indywidualnych, biznesmenów podpisujących kontrakty na Bliskim Wschodzie, korespondentów i maniaków podróży z aparatem fotograficznym.

Nie dziś i nie tutaj jest miejsce na tłumaczenie „oczywistych oczywistości”, że nie każdy wyznawca islamu to terrorysta, nie każdy Arab to wyznawca islamu, lecz raczej okazja na wczytanie się w drugą warstwę książki Magdaleny El Ghamari, traktującą o niewoli stereotypu. Zatrzymajmy się na chwilę. Jakby na poboczu ruchliwej autostrady. Czy prawdziwym jest stereotypowy Polak z „Polish jokes” Donalda Trumpa albo cwaniakowaty złodziejaszek samochodów z niemieckich kabaretów, czy raczej dobrze opłacany emigrant z Jasła w Dolinie Krzemowej lub operator filmowy – po łódzkiej szkole – pracujący w Hollywood? Anglikiem jest zarówno zataczający się na środku krakowskiego rynku, przebrany za zajączka (albo tłustawą Lili Marleen) kibic Manchesteru jak i spętany konwenansem, dystyngowany kamerdyner z powieści Ishiguro. Gdzie leży coś, poza stereotypem? Od mniej więcej stulecia, czyli pierwszych badań antropologicznych Bronisława Malinowskiego, nie dzielimy obyczajów i kultur na „lepsze” i „gorsze”. Dywersyfikacja świadczy – niestety – o intelektualnym zapóźnieniu. Świat staje się multikulturowy. Jeśli go nie lubimy, to – pomimo sądów niektórych – wcale nie jest „tym gorzej dla świata”.

Żeby zrozumieć, zaakceptować odmienności, musimy zdefiniować pojęcia. W jednej z ankiet przeprowadzonych na potrzeby powstania książki, padło pytanie o pojęcie kultury w społeczeństwach muzułmańskich. To, co instynktownie zaliczamy do kanonu – muzykę, literaturę, plastykę, ze sferą kultury utożsamia zaledwie, co setny respondent. Ponad połowa odpowiedzi stawia znak równości między nią, a religią, zwyczajami, językiem arabskim i nakazami Koranu (również hadisy i sunny). Czy to jest wzorzec dla samospełniającej się przepowiedni z 1993 r. Samuela Huntingtona o „zderzeniu cywilizacji”?

Jest coś, co nieuniknione. Jeśli nawet nie będziemy się „zderzać”, to na pewno będziemy się „stykać”. Marsze w czerni, z flagami, nie są raczej dobrym remedium na kulturowe różnice. Lepszy jest głęboki oddech podczas seansu Kiarostamiego, poznanie antropologicznych korzeni naszych przodków [z braku lepszego argumentu ;)], lektura Rushdiego i Mahfuza lub przygotowanie malutkiego przewodnika, najlepiej w języku arabskim, o kulturowych zwyczajach mieszkańców Starego Kontynentu.

Zakończę cytatem z omawianej książki: Ważnym jest, by potrafić postawić się w sytuacji innego człowieka i zrozumieć jego sposób myślenia oraz sytuację życiową. Bez tego, obojętnie na jakim gruncie będzie to walka, zostanie ona przegrana przez obydwie strony.

Gdzie (nie) kończy się islam a zaczyna ekstremizm (Ayaan Hirsi Ali "Heretyczka")

Agata Orłowska
("Projektor" - h3/2016)
Kiedy jakiś muzułmanin, widząc że czytasz tę książkę, powie: To mnie obraża. To rani moje uczucia, twoja odpowiedź powinna brzmieć następująco: Co jest ważniejsze: twój święty tekst czy życie autorki tej książki? postuluje w „Heretyczce” była wyznawczyni islamu, Ayaan Hirsi Ali.

W miarę czytania tej niezwykle trudnej lektury szybko przekonujemy się, że postulaty autorki sięgają znacznie głębiej, stając się aktem mądrości i prawdziwej odwagi.

O książkach Hirsi Ali na Zachodzie w środowiskach lewicowych mówi się „kontrowersyjne”, nierzadko przyrównując ich autorkę do islamofobki, a nawet rasistki. W środowiskach muzułmańskich, uznaje się je za godną śmierci herezję. Z tego też powodu somalijska dziennikarka i wybitna mówczyni, działająca na rzecz praw człowieka i odwrócenia postępującej radykalizacji islamu nie porusza się bez ochrony od 10 lat.

Na łamach „Heretyczki” Ayaan Hirsi Ali karta po karcie ukazuje, jakie skutki i zagrożenia dla współczesnego świata i indywidualnych jednostek wiążą się z upolitycznieniem religii, a także tolerowaniem i oddzielaniem od islamu – w imię poprawności politycznej – wynikających z jego świętych tekstów bezprawnych i nieludzkich zachowań również w społeczeństwach zachodnich. Jasno mówi – kto, myśli, że islam jest religią pokoju, jest w błędzie.

Autorka nie pozostawia jednak opisywanego przez siebie problemu bez proponowanych rozwiązań. W sugestywny sposób dowodzi, że powstrzymanie rosnącej fali terroryzmu, położenie kresu wojnom o podłożu religijnym oraz represjom dotykającym kobiety i mniejszości, rokrocznie odbierającym życie tysiącom ludzi w całym świecie muzułmańskim, jest możliwe tylko po przeprowadzeniu fundamentalnych reform religijnych. Zadanie niebotyczne, ale, jak z wiarą przekonuje działaczka, osiągalne.

Prezentuje tym samym pięć reformatorskich tez i nawołuje do pełnej mobilizacji w ich realizacji. Tym samym chce przeważyć szalę od skłaniania się ku „świętej wojnie” i zaostrzenia prawa szariatu na rzecz zaakceptowania rzeczywistości XXI wieku i poszanowania praw jednostki. Hirsi Ali przekonuje, że istotą problemu nie są ekstremiści. Jest nim przede wszystkim traktowanie świętych tekstów – w których unaocznia nawoływanie do przemocy – jako najwyższego prawidła życia, zaczynającego się de facto dopiero po śmierci. Uświadamia, jak nieludzkie i groźne staje się bezkrytyczne i dosłowne stosowanie w prawie i na co dzień, często sprzecznych ze sobą treści, pochodzących z VII wieku.

Hirsi Ali w bolesny sposób odkrywa specyfikę islamu, skrupulatnie wyjaśnia mechanizmy rządzące muzułmańskim światem. Opisuje własne doświadczenia jako gorliwej muzułmanki, przybliżając takie pojęcia jak totalitaryzm domowego ogniska, zabójstwo honorowe czy publiczną śmierć przez ukamienowanie. Dzieli także muzułmanów na trzy grupy: medyńskich fundamentalistów, umiarkowanych muzułmanów mekkeńskich oraz dysydentów i reformatorów, od których w znacznym stopniu zależą losy – jak twierdzi Hirsi Ali, nie tylko muzułmanów. Lektura nie jest łatwa, ale właśnie z tego powodu należy po nią sięgnąć.