środa, 3 sierpnia 2016

Purpurowy kamp odchodzi w czerni (Michał Wu Wójcik [1980-2015])

Paweł Chmielewski
("Projektor" 3/2015)
Był wrzesień 2006 r. Cokolwiek zdziwiony stanąłem na wielkiej hali w Bazie Zbożowej (Kielce) koło drabiny. To miała być konferencja prasowa Stowarzyszenia Grafomanów Polskich i konkurs na wiersz najgorszy (anty-slam). SGP było właśnie po występie u Kuby Wojewódzkiego i happeningu w warszawskiej Fabryce Trzciny. Na konferencję – poza „grafomanami” – przyszła jedna osoba. Ja. Michał „Wu” Wójcik (1980-2015) wydał właśnie w „Ha!arcie” tomik „Kamp i wamp”.

Michał „Wu” Wójcik, urodzony w Kielcach, zmarł 15 marca tego roku. Debiutował zbiorem „motyl bez skrzydeł” („U poety”, Kielce 1999). Kolejny to „kiedyś zamieszkam w świecie zewnętrznym” („Zielona sowa”, Kraków, 2003). Był najdziwaczniejszym i najciekawszym poetą pokolenia trzydziestolatków w naszym mieście. Jako jedyny liryk z regionu doczekał się notatki w „Tekstyliach-bis”.

„Kamp i wamp” miał wściekle różową, majtkową okładkę. Podtytuły rozdziałów brzmiały „mein kamp”, „lady diamond i inne wampy”, „różowe flamingi” i odsyłały od razu do estetyki kiczu, do pojęcia kampu. Tomik to prowokacja – świadoma – święci będą skakać/ na banji/ do tej otchłani/ ja proszę o kocioł/ z hydromasażem („bilecik do piekła”), także gra ze stereotypami kobiecości i męskości – dziś napisalibyśmy, że to zbiór genderowej liryki – moje lalki mają brody/ piję z nimi tanie wino („bawię się w małą dziewczynkę”), żonglerka ikonami konsumpcjonizmu – mieszkam w domku/ dla lalek – kupujesz mi/ nowe mebelki/ i faceta bez jaj („barbie”). Lecz czym jest kamp?

Kamp – to nie jest nurt w sztuce. Kamp to postawa wobec świata, przejawiająca się skrajnym przeestetyzowaniem i zmanierowaniem. Książka, film, obraz są kampowe, jeśli są świadomie przerysowane, sztuczne, ironiczne, wymykają się jednoznacznym ocenom moralnym, tak brzydkie, że, aż piękne. Czyli po prostu kiczowate. Do literatury wchodzi „camp” wraz z opowiadaniem Christophera Isherwooda „The World in the evening” (1954). Ramy kampu zakreśliła Susan Sontag w „Notatkach o kampie” („Notes on camp” 1964, tłum. 1979). Kampowe, igrające i ośmieszające wzorce popkultury miały być filmy Andy Warhola, koncerty Davida Bowie, eksperymentalne powieści postmodernistów (John Barth „Zagubiony w labiryncie śmiechu”), wszystkie dzieła „mistrza złego smaku” Johna Watersa. W 1990 r. zaczęto stosować pojęcie „queers” („pokręceni”), w odróżnieniu od „straights” („prostych”) jako charakterystyczne dla mniejszości, które w ramach kultury kampowej manifestują umowność, podejmują dyskusję z ustalonymi wzorcami płci i tożsamości seksualnej. To przede wszystkim gigantyczna przesada, dla wielu synonim „złego smaku”. Charakterystyczne dla kampu są tytuły dzieł filmowych: „Atak gigantycznych pijawek”, „Dwie osierocone wampirzyce”, „Nazistowscy surferzy muszą umrzeć”. 

Wójcik potrafił uciec ze spotkania z czytelnikami. Bez powodu. Kilka razy. Fascynował go Rafał Wojaczek. Lubił i bawił się stereotypami. Wamp ironiczny to drugi człon tytułu najważniejszego zbioru wierszy. Kobieta fatalna – w mojej kawie/ tonie titanic/ poranny papieros/ osnuwa mgłą/ całą okolicę/ to ja – lady diamond/ nie mogę dorównać/ samej sobie (“lady diamond”). Wampy są bliskie występującym w kulturze kampowej „drag queen”, kobietom w męskim przebraniu z niemieckiego kabaretu lat 20., podobne do Lizy Minelli w „Kabarecie” lub Marleny Dietrich z „Błękitnego anioła” von Sternberga. A u Wójcika jest „Pan sukienka” i: ty masz takie/ męskie realistyczne/ postrzeganie świata/ a w głębi duszy/ jesteś calineczką („w głębi duszy”).

W następnym cyklu poeta wciąż odwołuje się do tej samej estetyki, eksploruje kicz i symbolikę popkultury. „Angeltje” („U poety”, Kielce 2008) to opowieść rozpisana na liryki króciutkie, prawie jak haiku. Między „aniołkiem” i „diabełkiem”, emigracją, zdradą, miłością podróżuje podmiot liryczny. W tym kiczowatym, mdławo przesłodzonym, ironicznym kosmosie porusza się postać biegunowo rozpięta – szalona emo-nastolatka i zblazowany, świntuszący staruszek. Strofy jak z poradnika „młodego grafomana”: oczka ci zakwitły poprzez ogród (...) – lubię swoją krwią podlewać róże („zabawa w chowanego”), fraza urywana, inwersje, tropy z dziecinnych bajek i rocka progresywnego. Mr Blue Sky z utworu ELO („Plunął sercem party part”), echa Joy Division i Dawida Bowie w kreacji Ziggy’ego Stardusta. 

Literacka i kulturowa tradycja pojmowana jest z perspektywy pokolenia kultury masowej, raczej londyńskiego metra niż kawiarni „Czytelnik”. Odwrócony zostaje paradygmat romantycznego mesjanizmu, heroicznej przeszłości. „Czterdzieści i cztery” przestaje być symbolem z „Widzenia księdza Piotra”, lecz jest numerem kierunkowym do Wielkiej Brytanii. 

„U pana solitera” („U poety”, Kielce 2013) autor zamieścił wiersz niepokojący, „odwiedź mnie kiedyś w armacie”: a wewnątrz ołowianej kuli/ może zasadzę kwiaty/ już się oświadczyłeś/ w dużo lżejszym świecie?// odwiedź mnie kiedyś w armacie/ jestem jeszcze niewystrzelony//. Mimo kampowej metafory śmierci „Pan soliter” to osobnik ironiczny, o wyobraźni szalonego przedszkolaka. Wójcik tworzy arkusz poetyckich bajek – z wilkiem, Królową Śniegu, Śnieżką – których autorem mógłby być ktoś o wyobraźni Tima Burtona. Czytelnik pogrążając się w tym surrealistycznym świecie jest ubawiony celnymi parodiami kiepskiej poezji, paradoksem, okrutnym i przewrotnym konceptem – wczoraj tańczyłaś/ na innej planecie/ wolisz z ufoludkami/ o trzech nogach// byłem wtedy/ głęboko w sobie/ w klatce z żeber/ zamknięty wraz/ ze swoim sercem// dziecko nam się urodziło/ zielone („rok świetlny od tamtego wieczoru”).

I ku końcowi. „Drive”. Wersja cyfrowa. Rockowe haiku. Eminem, The Crow i „holy spirit”. Banalna, eschatologiczna strofa, epitafium kampu: jestem po to żebym był zanim/ mi boss nie zmieni w cv tego co/ już było na co jeszcze raz będzie („every time everyman”).