sobota, 6 sierpnia 2016

O śmierci bez przesady (Kinga Dębska "Moje córki krowy")

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 2/2016)
Książka o umieraniu, o niejasnych relacjach miedzy siostrami, o więziach z rodzicami, cierpieniu i próbie zatrzymania czasu. I smutna i zabawna, chwilami irytująca, czasem przewrotna, fabularnie nie zaskakuje. Taka jest powieść Kingi Dębskiej „Moje córki krowy” na podstawie, której autorka wyreżyserowała, odnoszący sukces, film.

Marta i Kasia to siostry, które jednak więcej dzieli niż łączy. Marta jest aktorką, samotnie wychowuje córkę – to rodzaj silnej i niezależnej kobiety, której jednak brakuje męskiego wsparcia, czułości. Kasia mieszka z rodzicami w domu w Konstancinie, na głowie ma bezrobotnego męża i dorastającego syna. Siostry nie „trzymają się” razem, nie zwierzają się ze swoich problemów, w dzieciństwie nie dzieliły się zabawkami i nie podkradały sobie ciuchów. Młodsza (Kasia) rywalizowała o względy rodziców, starsza (Marta) próbowała uwolnić się od wiecznie zazdrosnej i wrednej siostry. 

Kinga Dębska chce by w jej książce obie bohaterki zmierzyły się z chorobą, cierpieniem, pożegnaniem i śmiercią matki. Celowo chyba chce też, by to właśnie czytelnik skonfrontował swoje „ja” z podobnymi sytuacjami, które prędzej czy później dosięgną go w życiu. Autorka przypomina, że choroby są nieodłączną częścią życia, cierpienie nie zawsze uszlachetnia, ale śmierć zostawia w duszy jakąś cząstkę, zmienia sposób patrzenia na świat. Jest to na pewno powieść, która zmusza nas do udzielenia odpowiedzi samemu sobie na pytania, co zrobimy, jak się zachowamy w obliczu choroby i śmierci, kto będzie dyżurował przy łóżku chorego, a kto ustali szczegóły pogrzebu.

Dwie siostry (Marta i Kasia), dwie choroby (matki i ojca), dwa różne spojrzenia na cierpienie i proces utraty bliskich osób oraz dwa sposoby na walkę ze (uzdrowiciel i msza w intencji chorej matki) swoimi słabościami. Taki właśnie dualizm towarzyszy czytelnikowi podczas lektury. Autorka zdecydowała się na ukazaniu tych samych sytuacji z perspektywy dwóch sióstr. Na pewno każdemu czytelnikowi rzuci się w oczy lepiej, tj. wyraźniej wykreowana postać Marty, to jej Dębska poświeciła więcej tekstu. Moim zdaniem w osobie Kasi również tkwi potencjał, który niestety został niewykorzystany. Chwilami miałam wrażenie, że to Marta jest główną bohaterką, lepiej opiekuje się matką i ojcem, dla nich więcej poświęca ze swojego dotychczasowego życia, bardziej przeżywa ich cierpienie. Kasia jest sfrustrowana, nie powiodło jej się w życiu, nie zrobiła kariery, ma męża, ale życiowego nieudacznika i „dilującego” syna, a w dodatku, gdy matka jest umierająca, a ojcu choroba chwilami odbiera rozsądek, ona wyjeżdża na wakacje do Egiptu. I jak tu jej współczuć? Mam wrażenie, że autorka tak steruje bohaterkami, by jednak większą sympatią darzyć Martę. Czy słusznie? 

Nie dziwi mnie to, że Kinga Dębska postanowiła sfilmować swoją najnowszą powieść. Jest w niej dużo bólu fizycznego i psychicznego, sporo głośnego śmiechu, nie zawsze wywołanego przez ojca i Martę palących jointy w ogrodzie, nieco pikanterii dodanej przez opis intymnych relacji tytułowych córek z facetami i histerycznego płaczu po utracie matki, a także nierzadko błyskotliwych dialogów i prostych (w dobrym tego słowa znaczeniu) refleksji. Tragikomedia, komediodramat, który pozwala nam oswoić się ze śmiercią i bólem.

Czy z kina wychodzimy przeżywając katharsis? Być może, bo przecież nikt z nas nie jest stuprocentową Martą, ani Kasią, więc ich problemy zostawiamy w kinowej sali, z ulgą, że to jednak nas nie dotyczy. Podobnie jak po przeczytaniu tej książki. Filmu nie widziałam, ale wiem, że „Moje córki krowy” w wydaniu książkowym zostawiają pewną cząstkę niepewności i utwierdzają w przekonaniu, że są chwile w życiu, na które nigdy nie zdążymy się przygotować, choćby nie wiem, co.