sobota, 6 sierpnia 2016

Lewą ręką się nie posługuj (Magdalena El Ghama „Między kulturą a religią”)ri

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Nie rozmawiaj ze sprzedawcą w trakcie modlitwy. Nie chwal urody cudzej żony. Nie pomagaj i nie podawaj ręki kobiecie. Nie obiecuj czegokolwiek. Nie odmawiaj prezentu ani posiłku lub napoju. Nie przeklinaj po polsku. Nie obnoś się ze swoją religią. 

Tych kilka – spośród wielu – zakazów dotyczy kontaktów z ludnością Iraku, ale spokojnie (po wprowadzeniu dodatkowych paragrafów związanych z lokalną specyfiką każdego z państw) można listę rozszerzyć na inne kraje islamskie. Wprawdzie podtytuł książki Magdaleny El Ghamari (zajmującej się m.in. tematyką terroryzmu i bezpieczeństwa międzynarodowego) „Między kulturą a religią” brzmi: „Operacje wojskowe w Iraku i Afganistanie”, ale zasadniczy trzon publikacji traktuje o tym – co nazwałbym – szokiem kulturowym na styku dwóch, dość odmiennych cywilizacji. Jest to oczywiście opracowanie (oparte na bardzo bogatym materiale analitycznym) warunków przygotowania i przeprowadzenia misji wojskowych oraz sposobów szkolenia ich uczestników. Opracowanie, które w części traktującej o kontaktach z miejscowymi (czyli, pamiętajmy o tym, gospodarzami odwiedzanych państw) powinno być lekturą – obowiązkową – dla turystów indywidualnych, biznesmenów podpisujących kontrakty na Bliskim Wschodzie, korespondentów i maniaków podróży z aparatem fotograficznym.

Nie dziś i nie tutaj jest miejsce na tłumaczenie „oczywistych oczywistości”, że nie każdy wyznawca islamu to terrorysta, nie każdy Arab to wyznawca islamu, lecz raczej okazja na wczytanie się w drugą warstwę książki Magdaleny El Ghamari, traktującą o niewoli stereotypu. Zatrzymajmy się na chwilę. Jakby na poboczu ruchliwej autostrady. Czy prawdziwym jest stereotypowy Polak z „Polish jokes” Donalda Trumpa albo cwaniakowaty złodziejaszek samochodów z niemieckich kabaretów, czy raczej dobrze opłacany emigrant z Jasła w Dolinie Krzemowej lub operator filmowy – po łódzkiej szkole – pracujący w Hollywood? Anglikiem jest zarówno zataczający się na środku krakowskiego rynku, przebrany za zajączka (albo tłustawą Lili Marleen) kibic Manchesteru jak i spętany konwenansem, dystyngowany kamerdyner z powieści Ishiguro. Gdzie leży coś, poza stereotypem? Od mniej więcej stulecia, czyli pierwszych badań antropologicznych Bronisława Malinowskiego, nie dzielimy obyczajów i kultur na „lepsze” i „gorsze”. Dywersyfikacja świadczy – niestety – o intelektualnym zapóźnieniu. Świat staje się multikulturowy. Jeśli go nie lubimy, to – pomimo sądów niektórych – wcale nie jest „tym gorzej dla świata”.

Żeby zrozumieć, zaakceptować odmienności, musimy zdefiniować pojęcia. W jednej z ankiet przeprowadzonych na potrzeby powstania książki, padło pytanie o pojęcie kultury w społeczeństwach muzułmańskich. To, co instynktownie zaliczamy do kanonu – muzykę, literaturę, plastykę, ze sferą kultury utożsamia zaledwie, co setny respondent. Ponad połowa odpowiedzi stawia znak równości między nią, a religią, zwyczajami, językiem arabskim i nakazami Koranu (również hadisy i sunny). Czy to jest wzorzec dla samospełniającej się przepowiedni z 1993 r. Samuela Huntingtona o „zderzeniu cywilizacji”?

Jest coś, co nieuniknione. Jeśli nawet nie będziemy się „zderzać”, to na pewno będziemy się „stykać”. Marsze w czerni, z flagami, nie są raczej dobrym remedium na kulturowe różnice. Lepszy jest głęboki oddech podczas seansu Kiarostamiego, poznanie antropologicznych korzeni naszych przodków [z braku lepszego argumentu ;)], lektura Rushdiego i Mahfuza lub przygotowanie malutkiego przewodnika, najlepiej w języku arabskim, o kulturowych zwyczajach mieszkańców Starego Kontynentu.

Zakończę cytatem z omawianej książki: Ważnym jest, by potrafić postawić się w sytuacji innego człowieka i zrozumieć jego sposób myślenia oraz sytuację życiową. Bez tego, obojętnie na jakim gruncie będzie to walka, zostanie ona przegrana przez obydwie strony.