sobota, 6 sierpnia 2016

„(Tę)czuję” (Marcin Sendecki "Lamety")

Małgorzata Angielska
("Projektor" - 2/2016)
Trudna poezja. Po pierwsze, Sendecki silnie zaznacza swoją autonomię twórczą, po drugie jego utwory są nacechowane głęboką intertekstualnością. Z pewnością poeta jest wrażliwym człowiekiem, odczuwającym swoisty weltschmertz, niemniej nie byłabym w stanie komukolwiek polecić tego tomiku do przeczytania.

Tytułowe „lamety” w potocznym rozumieniu to świecące ozdoby choinkowe, mieniące się srebrne nitki. Ich drugim znaczeniem są wąskie, metalowe lamówki. W zależności od wybranego pola znaczeniowego należy podjąć ścieżkę interpretacyjną zbioru. Warto też wziąć pod uwagę eklektyzm i syntezę tematyki podjętej przez poetę. Śmiały czytelnik może pokusić się o próbę odczytania genezy i poszukanie drogi, jaką obrał Marcin Sendecki.

Wielokrotnie nagradzany gdańszczanin (m.in. laureat nagrody „Silesiusa” w 2015 r.) odwołał się do wiersza „Bingioł” Awetika Issahakiana, o czym pisze na końcu „Lametów”. Tom skrzy się od znaczeń i powiązań intertekstualnych, a także od szlagierów medialnych. Niektóre wypadają bardzo blado i mimo że mogą przez chwilę bawić, nie robią nic więcej, np. wiersz „Na pasku u Drzyzgi” (Jeśli twój partner zdradza cię z brzydszą i głupszą, zadzwoń). Jest tak głęboki jak rynna deszczowa. A ja, jako czytelniczka, oczekuję czegoś niesamowicie dobrego, a nie szarego, nudnego i powtarzalnego. 

Utwór „Lamety”, zgodnie z modą postmodernistyczną, znajduje się niemalże pod koniec, a nie na początku tomu. W tym przypadku tego wiersza można by się pochylić nad wielością znaczeń. Czasami Sendecki pozwala odbiorcy wysilić się intelektualnie. Teksty nie są jednowymiarowe, a niekiedy konotacje słów dają możliwość odniesienia się do syntezy natury i religii (w niektórych przypadkach do buddyzmu), w innym – metaforyzują stracone szanse i niepowodzenia w życiu. Czy poety? Trudno orzec.

Sendecki pokazuje czarną otchłań w cyklu o śniegu, który to (cykl) moim zdaniem jest wart uwagi. Dopiero w tej części odnajduję koloryt słów i wyobrażeń. Narastające tempo i rytm, prawie przedzawałowy, w kilku ostatnich wierszach odsłania intencje poety. Gdyby przypatrzeć się układowi tytułów w spisie treści, można by posługiwać się tym samym kluczem – najpierw ciekawy wybuch, potem powolne tempo, niemalże stagnacja, aż wreszcie coś się dzieje. Szkoda, że dopiero pod koniec „Lametów”. Pytanie, czy lamentują? Myślę, że nie, ale nie chcę narzucać swojej opinii. W przeważającej części wiele tekstów Sendeckiego razi „oczywistością” – przemijalność, dekadencka wizja śmierci, cykliczność natury, czasami wypunktowane poranki, rośliny. Podoba mi się korespondencja ze światem natury i poziom ironii. Zupełnie niepotrzebne są w tym układzie metateksty i parateksty ze świata mediów, chyba, że mamy przez chwilę zakpić sobie z coraz większej ingerencji nośników masowego przekazu w nasze życie.

Mnie ten poeta nie do końca przekonał, ale może innym czytelnikom przypadnie do gustu.