niedziela, 7 sierpnia 2016

Smutny człowiek patrzy na krzesło Vanzettiego („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Ci, którzy dostarczyli cenny kruszec, otrzymywali miedziane odznaki zawieszane na szyi, zaś tym, którzy odznak nie mieli, odcinano dłonie, po czym pozostawiano ich samym sobie, aby wykrwawili się na śmierć. Tak wyglądało – celebrowane niedawno z patosem (500 rocznica) – „odkrycie” Ameryki przez Kolumba. Tak rozpoczyna się „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna.

Wydana ponad trzydzieści lat temu (teraz trafia do polskiego czytelnika), sławę zdobywała stopniowo. Dopiero ataki republikańskich recenzentów i ważne miejsce w „Buntowniku bez powodu” Gusa Van Santa (Matt Damon był sąsiadem historyka i wielbicielem książki) zapewniła sprzedaż dwóch milionów egzemplarzy. Spokojnie można powiedzieć – kto nie czytał Zinna, ten nie zrozumie Ameryki do końca. Dlaczego „ludowa”? Madison [James, jeden z twórców tekstu i komentarza do amerykańskiej ustawy zasadniczej] (…) wraz ze swymi wspólnikami umieścił na początku preambuły do Konstytucji słowa „My Lud”, udając, że nowy rząd reprezentuje wszystkich, i żywiąc nadzieję, że ten mit się przyjmie, zapewniając „spokój wewnętrzny”. 

Zinn wydaje ostre sądy, przenikliwie analizuje, odwołuje się do źródeł, cytuje wspomnienia, artykuły prasowe, dokumenty. Jego historia nie jest pisana z punktu widzenia J.P. Morgana, Andrew Carnegie, Henry’ego Forda, Jerzego Waszyngtona, Benjamina Franklina czy Andrew Jacksona. Chociaż nie – ten ostatni, opiewany bohater demokracji – skutecznie podbił jedne plemiona indiańskie za pomocą innych, potem wszystkich pozbawił ziemi, by – zgodnie z doktryną innego amerykańskiego herosa „mitu założycielskiego” Thomasa Jeffersona – Indian „cywilizować” i zapewnić południowym stanom dobrobyt. Ten ulizany portrecik – arystokratów stali i bawełny – zrzucamy ze ściany.

Bohaterowie książki Zinna to – nieomal w duchu europejskiej literatury, a nie amerykańskiej historiografii – skrzywdzeni i poniżeni. Indianie, czarnoskórzy niewolnicy, biedni farmerzy, imigranci, kobiety, robotnicy wielkoprzemysłowi. Postaci z punktu widzenia, których pisana powinna (też) być historia. Lepiej pojmiemy skalę termojądrowego rozbłysku, który sprowokował autor, porównując do skali ataków na Olgę Tokarczuk za jej chęć pisania polskiej historii m.in. w imieniu chłopów, Żydów i kobiet. 

Howard Zinn układa amerykańskie puzzle przywołując po kolei fakty: eksterminację Indian, niewolnictwo (różne szacunki mówią o prawie pięćdziesięciu milionach porwanych mieszkańcach Afryki), prawie niewolniczą, kilkuletnią pracę białej biedoty anglosaskiej, wojny z małymi dzierżawcami przy użyciu wojska, dyskryminację kobiet (coś nam przypominają prawa o możliwości wyjścia z domu tylko w towarzystwie ojca lub brata?), wyzysk imigrantów umierających tysiącami przy budowie kolei i w kopalniach srebra (opis przypadku Włocha, który zakuty w kajdany, uciekł od pracodawcy i 42 dni pieszo wracał do Nowego Jorku), szesnastogodzinny dzień pracy i krzesło elektryczne (na podstawie sfabrykowanych dowodów) dla rzekomych zamachowców, socjalistów Sacco i Vanzettiego.

Żaden kraj na świecie tak długo nie przebywał w cieniu rasizmu. Nawet w trakcie II wojny światowej Czerwony Krzyż za zgodą (na polecenie) amerykańskiego rządu oddzielał krew białych i czarnoskórych dawców. Zaś same wojny? Jest troszkę inaczej niż się Państwu zdaje. Wojna o niepodległość, secesyjna, udział w konflikcie 1914-18 – Zinn kreśli propagandowe i (nazwałbym je) kapitałowe przyczyny wybuchu. Ciekawa jest interpretacja dość dwuznacznej i cynicznej roli Abrahama Lincolna w ruchu abolicjonistów. 

Spokojnie jednak – tak wiele się zmieniło, że aż nic się nie zmieniło. Biedny farmer z Utah może hodować zmodyfikowaną kukurydzę, ale (pod groźbą licytacji) nasiona musi kupować u dostawcy posiadającego monopol. Pod nosem można zanucić sobie tylko piosenkę z „Kabaretu” Boba Fosse’a. Morgan i Rockefeller nazywają się dziś Zuckerberg i Larry Page. Nie ma Cię w google? To nie istniejesz.