piątek, 5 sierpnia 2016

Przekonać nieprzemakalnych („Szwecja czyta. Polska czyta”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 1/2016)
W amerykańskich serialach familijnych, kinie obyczajowym, nawet horrorach (tuż przed nadejściem złego) rytuałem jest wspólne czytanie książki przez rodziców i dzieci. Każdy z byłych prezydentów USA funduje bibliotekę swego imienia – zrobili to nawet nielubiany Richard Nixon i fikcyjny Frank Underwood (jeszcze jako kongresman).

Polscy politycy podobno boją się fotografować na tle księgozbiorów, żeby nie stracić wyborców. W zbiorze wywiadów – z tłumaczami, pisarzami, dziennikarzami, bibliotekarzami – zatytułowanym „Szwecja czyta. Polska czyta” jest wiele ekwilibrystycznych porównań, ale najbardziej obrazowe przywołuje dwie postaci literackie – komisarza Kurta Wallandera z powieści Henninga Mankella, który ma w domu dużą bibliotekę i często pojawia się z książką. W zestawieniu z nim prokurator Szacki z cyklu Zygmunta Miłoszewskiego to „ćwierćinteligent”, czytający tylko akta spraw.

Część publikacji dotycząca Polski przygnębia – ponury, bury obraz świata, zdominowanego przez samorządowców, męczących się nad problemami bibliotek, książek i kultury. Nieprzemakalnych, którzy nie za bardzo rozumieją, że społeczeństwo oczytane, to społeczeństwo innowacyjne, kreatywne i bogate. Jak zły sen rozmówcy przywołują projekt ustawy „o stałych i regulowanych cenach”, popieranej przez Polską Izbę Książki – która „przetestowana” chociażby w Norwegii, wywindowała ceny w kosmos i zniszczyła wielu małych wydawców.

Gdy nawet mamy urzędników rozsądnych i pomysły ciekawe, to – tu sięgnę do zbiorowego doświadczenia kilku moich znajomych – nagle słyszymy z ust osoby kierującej placówką kultury, deklarację, iż książek nie trzeba recenzować, nie trzeba ich czytać, ergo literatura jest zbędna. Tak automatyczne i samoistne wykluczenie z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej (bo czymże jest negacja książki?), powinno sprawić, że kamień płakałby krwią na kieleckim bruku. Lecz wszystko jest przecież, tylko – jak pisał poeta – kwestią smaku.

Model szwedzki – który uczynił z literatury i praw do jej ekranizacji, jedną z najważniejszych dziedzin skandynawskiej gospodarki oraz kulturowy fenomen, opiera się na całkiem innych zasadach. Zacznijmy od ekonomii – „karuzeli i huśtawki” – tytuły bestsellerowe pozwalają na finansowanie publikacji ambitnych. VAT na książki został obniżony Czytelnictwo w Szwecji było zawsze egalitarne i demokratyczne, bardzo powszechne w kręgach robotniczych, od kilku wieków wspierane przez kościół protestancki. Każda gmina ma ustawowy obowiązek utrzymywać bibliotekę z działem dziecięcym. W większości dzienników i tygodników minimum dwie strony muszą być przeznaczone na recenzje. Na spotkania z pisarzami (biletowane) przychodzą tłumy. Wreszcie zawód redaktora wydawniczego jest prestiżowy i cieszy się ogromnym szacunkiem.

Literatura kraju Strindberga i Lagerkvista jest w Polsce bardzo popularna. W drugą stronę to nie działa. Stefan Ingvarsson (tłumacz) podsumowuje: Polska ma dobrych poetów, doskonałe książki ambitne i fantastykę oraz reportaż, ale nie ma tradycji pracy nad fabułą. W Polsce właściwie nigdy nie zaistniała powieść środka. Czasem tylko rozmówcy ze Sztokholmu czy Malmö upatrują problemu skandynawskiej literatury w jej sukcesie i dominacji kryminału oraz demokratycznej zasadzie, że można w dyskursie zignorować np. Homera.