środa, 3 sierpnia 2016

Dobry, zły i modernizm (Leon Krier, „Architektura wspólnoty”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2015)
Wyobraźmy sobie okrągły, piaszczysty plac, przypominający antyczną arenę. Stoją na niej – Clint Eastwood jako tradycja, Lee Van Cleef jako modernizm i Eli Wallach jako ich poplątanie. Pojedynek rozgrywa się w scenerii monumentalnego cmentarza Sad Hill, który symbolizować może upadek współczesnej architektury.

Leon Krier, architekt, teoretyk i urbanista, wykładowca Princetown jest jak westerny Sergio Leone – operujący przesadnym kontrastem, kontrowersyjny, prześmiewczy, operowy. Współczesna urbanistyka to dla niego arena walki, a dzisiejsze miasta i koncepcje architektoniczne, to cmentarze, zaprzeczenie harmonii natury, miejsca, gdzie dobro (tradycyjny, rozważny, piękny klasycyzm, gotyk) zmaga się ze złym (szalony modernizm). Wygrywa na tym – pozornie – brzydki (pokraczna rzeczywistość naszych miast). 

Zacznijmy od tytułu. Niby prosty, lecz przewrotny. Rozumiemy, że chodziło autorowi o traktat idei, ukazanie architektury tworzonej dla dobra wspólnego. Z całej „wspólnoty” pozostało tylko wyraźne stwierdzenie, iż architekci zapomnieli, że projektują nie dla własnej przyjemności, lecz – bardzo często – dla ogółu. Krier w szeregu eseistycznych rozdziałów – książka jest czymś w rodzaju cyklu not z rocznego wykładu na uczelni – udowadnia jak urbanistyka przestała być elementem tej wspólnoty. Dziwaczność niektórych projektów i ich wyabstrahowanie doprowadziły do sytuacji, w której obywatele przestali mówić, a nawet myśleć o charakterze budowli. Większość zdań o „współczesnych koszmarkach” opatrywana jest zastrzeżeniem „ale ja nie znam się, nie jestem przecież architektem”.

Czy Krier jest konserwatystą? Przypominanie o tradycji, funkcjonalno-klasycznej budowie miast, rozsądnym planowaniu ulic i placów zdają się to potwierdzać. Niechęć do modernizmu, który wprowadził powszechną tyranię szkła – również. Sarkastyczny ton w wypowiedziach o współczesnych metropoliach, prześcigających się we wznoszeniu drapaczy chmur, prowokują autora do pytań o komfort mieszkania kilkaset metrów nad ziemią. Tak rozpatrując książkę Kriera moglibyśmy stwierdzić – tak to konserwatysta. Lecz teoretyk (i zarazem praktyk) pokazuje nam mechanizm. W opisach dzieciństwa w Luksemburgu nie używa wprawdzie terminu „ukąszenie heglowskie”, ale do tego zmierza. Gdy jako mały chłopiec, żyjący wśród poukładanej, niskiej, mieszczańskiej zabudowy marzył o miastach Miesa Van der Rohe i Le Corbusiera. I potem, gdy na jego oczach Luksemburg zaczął być masakrowany przez szkło, beton, biurowce, modernizm. To wyznanie uleczonego.

Książka Kriera, opatrzona żartobliwymi i bardzo przejrzystymi rysunkami Dhiru Thadani, jest przede wszystkim wezwaniem do zachowania racjonalnego ładu. I rozumnej odpowiedzialności: Niezależnie od tego, czy chodzi o miejsce kultu, budkę telefoniczną czy mur ogrodowy, dzieło architektoniczne jest wyrazem podstawowych wartości wyznawanych przez budowniczych i projektantów. Jest symbolem stanu naszych umysłów i szacunku dla samych siebie. Nie tylko coś wyraża, ale i oddziałuje. Sądy radykalne: plan urbanistyczny zawsze powinien być tylko narzędziem w służbie interesu publicznego, nie istnieje żadne usprawiedliwienie – poza spekulacją lub dętym prestiżem – dla budowy wieżowców użytkowych. Winda powinna pozostawać domeną inwalidów, a nad miastami mają górować tylko utylitarne kopuły, dzwonnice, łuki triumfalne. 

To piękna utopia. Choć przypomnijmy, że ostatecznie to Blondas (dobry) zastrzelił Anielskookiego (zły) i przechytrzył Tuco (brzydkiego). Powrócił ład. To nawet normalne i bardzo ludzkie, że wolimy zwiedzić katedrę w Chartres niż bazylikę w kształcie łodzi podwodnej.
Leon Krier, „Architektura wspólnoty”, s. 459, Wydawnictwo słowo/ obraz/ terytoria, Gdańsk 2011.