Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Sprawdzian wiary (Dennis Covington, "Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach")

Martyna Musiał
("Projektor" - 5/2016)
Na początku XX w., na południu Stanów Zjednoczonych, w krainie u podnóża Appalachów, powstał nowy odłam religii chrześcijańskiej. Snake handler churches – kościoły poskramiaczy węży – to prawdopodobnie jedne z najbardziej tajemniczych i osobliwych kultów Południa.

Książka Dennisa Covingtona „Zbawienie nad Sand Mountain” (wydana w „amerykańskiej” serii wydawnictwa Czarne) opowiada o Kościele Jezusa ze Znakami, niewielkim odłamie ruchu zielonoświątkowców. Wyznawcy, nazywani wężownikami, bardzo dosłownie przyjęli fragment Ewangelii według św. Marka: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić (Mk 16, 17-18). Wierzą więc w znaki zsyłane przez Ducha Świętego, głoszą proroctwa, uzdrawiają i wypędzają demony, piją strychninę, wkładają dłonie do ognia i, przede wszystkim, biorą na ręce jadowite węże.

Dlaczego to robią? Czemu właściwie mają służyć te śmiertelnie niebezpieczne rytuały? Covington początkowo planował napisać reportaż o procesie jednego z kapłanów ludzi-węży, który próbował zamordować żonę. Piętrzące się pytania nie dawały mu jednak spokoju. Musiał przekonać się, co kieruje ludźmi, którzy decydują się otrzeć o śmierć w imię wiary. Zaczął uczęszczać na nabożeństwa wężowników w obskurnych kościołach i opuszczonych stacjach benzynowych. Był świadkiem spotkań modlitewnych, podczas których wygłaszano pełne uniesienia kazania, a wyznawcy śpiewali hymny, ekstatycznie tańczyli w rytm głośnych dźwięków gitar, bębnów i tamburinów. Sprawiało to wrażenie zbiorowego transu. Wierni twierdzili, że trzeba w pełni poddać się działaniu Ducha Świętego, ponieważ można wtedy dostąpić łaski, która uchroni przed ukąszeniem. Jednakże nawet w jego przypadku, trzeba mocno wierzyć w uzdrowienie, gdyż wezwanie lekarza oznaczałoby brak zaufania do Boga.

Autor, zafascynowany niezwykłą społecznością wężowników, szybko sam zaczął się utożsamiać ze wspólnotą, stając się „bratem Dennisem”, co na szczęście nie pozbawiło go obiektywizmu – wciąż potrafił dostrzec rywalizację i obłudę członków zbiorowości. Spotkanie z „ludźmi od węży” stało się dla niego pretekstem do poszukiwania własnej tożsamości i korzeni, a także początkiem przemiany religijnej. Dzięki osobistemu podejściu i zaangażowaniu Covingtona, reportaż nabiera charakteru autobiografii, a miejscami nawet powieści. 

Przygoda reportera z wężownikami musiała się skończyć. Różnice światopoglądowe były nie do pogodzenia, wywołały bunt „brata Dennisa”, prowadzący najpierw do jego wykluczenia, ale również, w pewnym sensie, zbawienia. Doświadczenie to pozwoliło mu jednak na wejrzenie w społeczność ponurego, ubogiego Południa i w niezwykłe, niemal szalone religijne praktyki, które mają zmyć grzechy i przynieść odkupienie.

Dennis Covington, Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016, s. 200

niedziela, 7 sierpnia 2016

Zbrodnia i wiara (Jon Krakauer „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija”)

Martyna Musiał
("Projektor" - 4/2016)
Czy religia to dobro? Jaki ma wpływ na człowieka? Czy jej wyznawcy są zawsze prawymi ludźmi? Co człowiek jest w stanie zrobić dla wiary i czy można tłumaczyć niecne uczynki, a nawet zbrodnie, wolą Boga?

Jon Krakauer w książce „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” (doskonała seria „amerykańska” wydawnictwa Czarne), przedstawia wnikliwą analizę mormonizmu, szczególnie jego fundamentalnych odłamów. Tłem dla jego rozważań jest zbrodnia, która wstrząsnęła Ameryką i wywołała liczne dyskusje dotyczące wiary. Latem 1984 r. niewinna kobieta i jej kilkunastomiesięczna córka zostały brutalnie zamordowane przez braci jej męża, Rona i Dana Laffertych. Zabójstwo tłumaczyli otrzymanym od Boga objawieniem.

Aby dotrzeć do przyczyn tragedii i pokazać mechanizmy rządzące fanatykami religijnymi, Krakauer przedstawia historię Kościoła Świętych w Dniach Ostatnich – młodą, lecz rozprzestrzeniającą się w szalonym tempie religię zapoczątkowaną przez Josepha Smitha, uważanego przez wyznawców za pierwszego proroka. Ukazuje strukturę kościoła mormońskiego, a także doktryny tej amerykańskiej religii, ze szczególnym naciskiem na wiarę w wizje i bezpośrednie rozmowy ze Stwórcą, które są jej podstawą, a także poligamię, prowadzącą do praktyk pełnych przemocy – fizycznej, seksualnej i psychicznej.

Fundamentalistyczne sekty mormońskie to zamknięte społeczności, które nie uchroniły się od krwawych incydentów i masakr na „niewiernych”, chociaż podstawą ich religii miała być cnota. Grupy nastawione na wielożeństwo cechuje wyjątkowo patriarchalna kultura, w której kobiety nie mają żadnych praw. Na porządku dziennym są śluby dojrzałych mężczyzn, a nawet starców, z nastolatkami, skomplikowane koligacje rodzinne czy nawet kazirodztwo. Może się wydawać szokujące, że te działania tak rzadko wywołują protest, jednak osoby urodzone i wychowane w tych wspólnotach nie znają innego życia, a próby sprzeciwu mogą prowadzić nie tylko do wykluczenia, ale również do tragedii. 

Czy jest w mormonizmie coś, co popycha wyznawców do częstszego sięgania po przemoc? Według Krakauera każdy kościół ma cechy, które pozwalają mu omamić i zniewolić wierzących. Nie jest w tym sądzie obiektywny, nie ukrywa, że wypowiada się z perspektywy agnostyka zdziwionego tym, jaki wpływ na człowieka może mieć religia. Tym, co według niego odróżnia nowe wyznania od starych, powszechnie uznanych, jest czas i brak możliwości udowodnienia, że coś, co wydaje się nieracjonalne, jest fikcją lub wymysłem szaleńca. Mormonizm, jako młoda i bardzo dobrze udokumentowana religia, w oczach postronnych jest odarta z mistycyzmu. Na jej przykładzie autor demonstruje, jak niebezpieczny może być każdy fanatyzm religijny, jak łatwo wytłumaczyć popełnione zło boską wolą i jak cienka linia czasem dzieli dobrego, wierzącego człowieka od zbrodniarza. Zorganizowana religia to nienawiść udająca miłość stwierdza jeden ze sprawców mordu z American Fork, mormon Dan Lafferty.

sobota, 6 sierpnia 2016

Ursus w matrixie („Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Dlaczego tur, a nie byk? Jedna z tajemnic „Quo vadis”. Po lekturze „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka podzielam fascynację autora pozytywizmem, choć może nie w sposób tak ekstremalny. Literaturoznawca czyta Stanisławę Przybyszewską, Sławomira Mrożka, Filipa Springera, Ignacego Karpowicza, lecz przede wszystkim czyta pozytywizm. I przede wszystkim Sienkiewicza. 

Profesor Uniwersytetu Śląskiego, laureat Nagrody Literackiej Gdyni za „Ciała Sienkiewicza. Studia o symbolice płci i przemocy” (2010), miał zadanie o tyle ułatwione, że z perspektywy historycznej, czytelne, przyswajalne – dla szerszego kręgu – ocalały właściwie tylko dokonania pozytywistów. Klasycyzm stał się językowo zbyt odległy, romantyzm, hermetyczny romantyzm, wymaga czytelnika wyrobionego, modernizm przegrywa z poprzednią epoką zawiłością leksyki, nieczytelnym dla wielu współczesnych symbolem. Ryszard Koziołek czyta przede wszystkim pozytywizm, erudycyjnie i z wdziękiem, obrazowo łącząc skojarzenia z – pozornie różnych – obszarów i tekstów kultury. Zobaczmy próbkę: Proza to pisanie dobrych zdań, jak przepis Małysza na dwa dobre skoki. Kilka dobrych zdań, akapit, pauza. Czasem wystarczy jedno długie, ale na nie mało kto dziś sobie pozwala, tyranizowany oportunizmem redaktorów i korektorów, mierzących wytrzymałość odbiorcy stu czterdziestoma znakami tweeta. 

Dlaczego tur, a nie byk? Po ukończeniu „Trylogii” Sienkiewicz wyjechał do Hiszpanii. Wrażenia z corridy mógł wpisać w mitologiczny kontekst „Quo vadis”. Krwiożerczy tłum w amfiteatrze i byk, jak z mitu o Europie porwanej przez byka (scena zaspokajająca pożądanie sadysty i estety w jednej osobie – Nerona). Zamiast tego pojawia się tur, symbol dość czytelny dla współczesnych pisarza, a Koziołek stawia tezę, że Sienkiewicz byłby w tej interpretacji kryptoendekiem, jego szyfry (…) są tak kłopotliwe do rozwikłania, ponieważ udało mu się stworzyć w nas przeświadczenie, że jego słowa nie kryją żadnej tajemnicy. 

W esejach Koziołka – w rozdziale o Prusie perwersyjnie obmacującym rzeczywistość – odnajdujemy porównanie polskich realistów do Morfeusza z „Matrixa”, który w swej obsesji głosi, że rzeczywistość istnieje i jest osiągalna. Efektowne, bo autor nazywa to realizmem schizofrenicznym jakby w Warszawie nie było Rosjan. No tak, ale co w takim razie zrobimy z Cypherem, który poznał rzeczywistość i chce pozostać w „Matrixie”? Koziołek matrixowej metafory użył, by pokazać nierzeczywistość, udawanie prusowskiej (i nie tylko) Polski, zamierającej, nieistniejącej, której literatura nie może dać świadectwa. Myślę jednak, że ten drobny element Cyphera i wielu zresztą jemu podobnych dopełniłby obrazu układanki. Wachowscy pozwalają Koziołkowi pozytywizm uwspółcześnić.

W tym doskonałym zbiorze esejów odnajdziemy jeszcze Kalibana – to jedna z masek Sienkiewicza – przyoblekana przez pisarza w korespondencji z żoną. Kaliban, potem skutecznie skolonizowany, poczciwy Kali. To rozdarcie autora „Bez dogmatu” między humanizmem, a europejskim przekonaniem o niesieniu misji cywilizacyjnej. Tam wciąż wybrzmiewa „piętno białego człowieka”. Dylemat niezmienny dla postkolonialnego świata, dziś jeszcze bardziej niejednoznaczny i drażliwy niż w czasach Sienkiewicza.

Mafia czyli świat (Jacques De Saint Victor „Niewidoczna siła. Mafia w społeczeństwach demokratycznych”)

Piotr Kletowski
("Projektor" - 2/2016)
„Czarne” jest chyba najlepszym, polskim wydawnictwem specjalizującym się w publikacji książek non-fiction. W jego serii „Historia”, ukazują się fascynujące książki przybliżające przede wszystkim tragiczne karty XX-wiecznych dziejów, najczęściej związanych z działaniem totalitaryzmów. 

Ambicją autorów jest nowe ujęcie opisywanych wcześniej zjawisk, z użyciem źródeł wcześniej niedostępnych, bądź nieznanych. Książka Jacquesa De Saint Victora „Niewidoczna siła. Mafia w społeczeństwach demokratycznych”, choć sięga do historii (rzecz cała zaczyna się w XIX wieku, wraz z przesileniem Wiosny Ludów, choć korzenie zjawiska sięgają jeszcze do średniowiecza, choćby do słynnych XII-wiecznych „Nieszporów Sycylijskich”) opisuje przede wszystkim świat nam współczesny. Świat zorganizowanej przestępczości. Włoskiej mafii, której trzy ośrodki: Sycylia, Kalabria i Neapol, stanowiły (i wciąż stanowią) ośrodki aktywności przestępczej największej, oplatającej swymi mackami niemalże cały świat, „gangsterskiej ośmiornicy”.

„Niewidoczna siła” to pasjonująca (a przy tym mrożąca krew w żyłach) opowieść o przestępcach, którzy często z bandy analfabetów zabijających kupców po gościńcach, przedzierzgnęli się w prawdziwych „władców zachodniego świata”, kontrolujących nie tylko sektor nielegalnych, przestępczych aktywności, ale także – a może przede wszystkim – wpływających na świat wielkiej finansjery, polityki, sportu i kultury. Naprawdę żaden hollywoodzki scenarzysta nie mógłby wymyślić ewolucji organizacji, opisanej na kartach książki De Saint Victora, która na dekady przed wymyśleniem pojęcia „globalizacja”, stworzyła bandycką międzynarodówkę, zajmującą się najbardziej intratnymi, nielegalnymi i legalnymi przedsięwzięciami.

Niejako jądrem fascynującej książki De Saint Victora jest prześledzenie związków mafii z elitami władzy, zapoczątkowanych już u zarania tworzenia się przestępczych związków (sycylijscy bandyci, protoplasci Cosa Nostra, działali często z przyzwolenia i pod ochroną, wielkich latyfundystów, którzy dzięki pomocy swych uzbrojonych „przyjaciół” odzyskiwali majątki utracone w czasie wolnościowego rajdu Garibaldiego). Związek ten, jak pokazuje autor, trwa do dziś, cementowany takimi przedsięwzięciami, jak choćby powojenna koalicja antykomunistyczna, zawiązana we Włoszech po II wojnie światowej przez mafię, OSS (poprzedniczkę CIA), Chrześcijańską Demokrację i tworzącą się wówczas lożę masońską P2. „Czarna polityka” – jak określają włosi mafijno-polityczne kondominium – realizowane jest po dziś dzień, zwłaszcza, że generuje ona miliony wpływające na konta mafiosów i sprzedajnych polityków, których obsługują wszechwładni bankierzy (których jednakże wszechwładność jest ograniczona, o czym przekonał się szef finansowego konsorcjum – Roberto Calvi – powieszony pod mostem w Londynie za defraudacje mafijnych milionów).

Świat przestępczy opisany przez De Saint Victora to precyzyjna struktura zasilana pieniędzmi i oliwiona krwią tysięcy ludzi, będąca jednakowoż jedynie „czarnym odbiciem” kapitalistycznego świata, jego brutalniejszą, bardziej „praktyczniejszą” wersją. I co najważniejsze, i najbardziej szokujące, często przenikającą tę „prawowitą” część. Uznanie Lucky’ego Luciano – sycylijskiego gangstera, twórcy „Korporacji Przemocy”, zrzeszającego amerykańsko-włoskie rodziny mafijne – za jednego z największych biznesmenów XX wieku (przez „Financial Time”) jest tego najlepszym dowodem.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Trzeba sięgnąć do piterka („Zapomniane słowa”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 6/2014)
Słowo „strupla” powracało wielokrotnie w rozmowach i monologach babci. „Strupla” to nie był tylko dozorca, ale strażnik, portier. Dziś pewnie byłby nim ochroniarz. Początkowo myślałem, że „strupla” jest rodzaju żeńskiego, ale męska odmiana „ten strupel” po prostu nie istniała. „Strupla” okazała się bezrodzajowa i zginęła wraz ze śmiercią babci.

Angelika Kuźniak odkrywa „strupla” na kartach wspomnień Zofii Stryjeńskiej z dwudziestolecia międzywojennego. Przywołuje w „Zapomnianych słowach”, leksykonie wyrazów przestarzałych, archaicznych, potocznych. Jedno słowo, jeden autor. Wojciech Młynarski, Ewa Kuryluk, Andrzej Stasiuk, Jan Jakub Kolski, Michał Ogórek, Edward Dwurnik i wielu, wielu innych.

Fascynująca książka, trochę jak szlachecka gawęda, malutki językowy bedeker. Każde z haseł zaczyna się anegdotą. Michał Głowiński idzie kupić szczotkę do mycia „statków”. Zdziwiona panienka na targu oznajmia mu, że nie prowadzą szczotek w stosownych rozmiarach. Zaczyna się erudycyjny wykład językoznawczy. O cóż chodzi ze „statkami”? To kuchenne naczynia. U nas na ich nadmiar narzekała babcia druga. Pierwsza nigdy nie użyła tego słowa. Jedna po pieniądze sięgała (lub raczej nie sięgała) zawsze do „piterka”. Druga poszukiwała „woreczka” (jeszcze XVIII-wieczny odpowiednik portmonetki). U dziadka był „pugilares” i napomnienia, żebym zamiast po trawie „chodził trotuarem”. Odmienne miejsce urodzenia (Łódź, Warszawa, Astrachań) i całkiem inne „zapomniane słowa”.

Różne nazwy tych samych przedmiotów. U Stefana Chwina jest „kukuruźnik”, mama wspomina „kołchoźnik”. Nie jest to radziecki samolot lub bohaterski traktorzysta, lecz wiszący na ścianach w latach 50. i 60. głośnik radiowy. Wrzeszczał nadając jeden program, nie dał się (najczęściej) wyciszyć, a wyłączyć go kompletnie nie było zbyt bezpiecznie. Więc ryczał tak cały dzień.

Przypominają mi się te słowa w dziwnych kontekstach. Mariusz Szczygieł pisze o „hecnym”, a ja mam w pamięci tylko scenę z sierżantem, który przynosząc dla porucznika Borewicza koszyk z jamnikiem stwierdza: „bo on taki hecny”. Są historie rodzinne, prawie silva rerum, gdy Stanisław Bereś tłumaczy etymologię swego nazwiska. A ja mam wciąż w pamięci dwie przesympatyczne studentki z akademika, z których jedna, gdy ponosiła mnie fantazja przypominała mi, żebym już „nie breszeł”, a druga używała nieznanego słowa „nakastlik”. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że trzeba mieć w rodzinie kogoś z Galicji, żeby to zrozumieć.

Są ironiczno-nostalgiczne terminy – „list” Wojciecha Nowickiego. Listów dziś już nikt nie pisze. I wyobraziłem sobie, za czterdzieści lat, ciekłokrystaliczny sześcian, a w nim „E-maile zebrane Wojciecha Kuczoka” lub „Wybór sms-ów Doroty Masłowskiej”. 

Jest w tym świecie książki Wydawnictwa Czarne nienachalnie ukryta elegancja „ancymonków”, „sznytek”, „szmizetek”. Elegancja, której brak świeżutko osiadłej „szpagatowej inteligencji”, nazywającej każdego przybysza „słoikiem”. Publikacja fascynująca. Warto sięgnąć do woreczka.
„Zapomniane słowa”, s. 239, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

Czerwona skała Uluru (Wiesław Juszczak, „Poeta i mit”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2014)
Centralne obszary Australii zamieszkuje lud Aruntów. W ich języku słowo „alchera” oznacza „sen” albo „niebo”, jest wyrazem oznaczającym mit. Czas powstawania świata nosi nazwę „Alcheringa”. Aborygeni wierzą, że właśnie wtedy boscy przodkowie – z pierwotnego chaosu – stworzyli ziemię, by następnie zejść pod jej powierzchnię lub wstąpić do nieba. O tym m.in. traktuje krótka, erudycyjna książka Wiesława Juszczak „Poeta i mit”.

Autor jest historykiem sztuki i religii, filozofem, profesorem PAN, a jego najnowsza rozprawa dotyczy pierwotnych znaczeń mitu, zanim stał się on elementem większej całości – mitologii. Mityczność przejawia się w każdej epoce, staje się jej „planem poetyckim” czyli mapą, dzięki której zaczynamy ją rozumieć. Obok poezji Rainera Marii Rilkego i Williama Blake’a, opowiadania „Niedźwiedź” Faulknera, twórczości Eliota, istotną rolę w wywodzie pełnią archaiczne wierzenia ludów Australii. Jak wczytując się w pozostawione obrazy i słowa możemy zrozumieć ich świat, rytuał, światopogląd.

Do początków XX w. kultura aborygeńska istniała w formie niezmienionej od prawie 40 tys. lat (niektórzy badacze podają, że nawet od 60 tys.). Ta – z punktu widzenia europejskiego – archaiczna struktura, pozostająca wciąż w okresie paleolitu, pozwoliła na obserwowanie, badanie rzeczywistości, która na naszym kontynencie istniała już tylko jako obrazy naskalne, świadectwa nieistniejących od tysiącleci kultur. W religiach Australii zachował się związek mitu z mistyką – okres tworzenia świata – przez boskich przodków „Wielkich Ludzi” – określany jest mianem „Czasu Snu”. O tym okresie opowiadają ich najstarsze przekazy, które w formie ustnej przetrwały kilkaset stuleci. 

Wiesław Juszczak, odwołując się m.in. do Bronisława Malinowskiego, pokazuje jak mit przeobraża się w mitologię, w narrację. Powróćmy jeszcze do Czasu Snu. Na przykładzie wierzeń Aborygenów udowadnia badacz, jaką rolę pełni rytuał, jak obraz tłumaczy nam i ujawnia istotę mitu. Przykładem są tzw. „czuringi” (przedmioty), na których za pomocą malowideł, rytów ukazywane jest pochodzenie człowieka od wielokształtnych istot, przypominających czasem zwierzęta, czasem rośliny. „Czuringiem” mogą być olbrzymie malowidła naskalne, ale również, małe, prywatne, będące własnością członka plemienia. Z przedmiotem związany jest zarazem fragment pieśni, który stanowił ułamek wielkiej opowieści, będącej ustnym dziedzictwem Aborygenów.

Tym zapisem mitu dla rdzennych mieszkańców Australii jest również krajobraz. Czemu krajobraz? Bóstwa tworzące świat, owi Wielcy Ludzie z Czasu Snu, formując ziemię, pozostawili na niej swoje ślady. Każdy pejzaż, jego obraz, ma zatem wymiar mitu. 

Czy nie jest tak, że – nawet na poziomie prywatno-rodzinnym – posiadamy pewien mit, fotografię, ustną, obrazową opowieść? Dzięki niej możemy rozpoznać świadomość, topografię świata, w którym żyli nasi przodkowie. Każda społeczność, pojedynczy człowiek ma chyba ten swój czerwony monolit Uluru (skała w centralnej Australii), prywatne świadectwo epoki Czasu Snu.
Wiesław Juszczak, „Poeta i mit”, s. 96, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wcześniej był Kulmhof (Patrick Montague, “Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady”)

Piotr Kardyś
("Projektor" - 4/2014)
Duża część naszej świadomości historycznej dotyczącej zagłady Żydów związana jest z takimi nazwami, jak: Auschwitz-Birkenau, Treblinka, Majdanek, Sobibór czy Bełżec. Jednak książka amerykańskiego autora Patricka Montague’a przekonuje, że na początku tej listy powinien znajdować się Kulmhof/Chełmno. Dokładna kwerenda źródłowa w archiwach niemieckich, a zwłaszcza polskich, wskazuje bowiem, że działalność obozu nastawionego wyłącznie na masową eksterminację rozpoczęła się przed konferencją w Wannsee.

Koncepcja książki nawiązuje do modnego ostatnio założenia metodologicznego, w którym autorzy zestawiają ze sobą sprawców, ofiary i świadków. Zastrzeżenie budzi fakt, iż jest to zawsze metoda ryzykowna, bazuje po części na tzw. źródłach wywołanych, tj. wspomnieniach osób – świadków, które częstokroć wraz z upływem lat tracą na ostrości i szczegółowości z jednej strony, a z drugiej mogą być nadmiernie zmitologizowane i pełne zafałszowań. Nie podważa to jednak znaczenia poruszonego tematu: Czym był Kulmhof – emanacja hitlerowskiej polityki eksterminacji w Kraju Warty? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest skomplikowana.

Przez obóz przewinęło się 150 tys. więźniów, przeżyło wojnę sześciu, tylko trzech udało się przesłuchać. Owe tysiące były przywożone tylko po to, by je tam zagazować z powodu rzekomej niższości rasowej. Prymitywizm stosowanych metod – do końca utrzymano samochodowe komory gazowe, współgrał z brakiem ogrodzenia z drutu kolczastego i bocznicy kolejowej (trzeba było przejechać aż cztery kilometry by pozbyć się zwłok). Te i inne elementy opisane w książce pokazują, jak funkcjonował kombinat zagłady, przeznaczony do likwidacji „lokalnych problemów”, tzn. na skalę prowincji włączonej do Rzeszy. I chyba, co ważniejsze, także na skutek działania władz lokalnych, a nie jak w przypadku „słynnych” obozów zagłady powstałych na rozkaz centrali w Berlinie.

Autor uzasadnia, że wszystko zaczęło się od sterowanej eutanazji na osobach sparaliżowanych, hospitalizowanych przez pięć lat i chorych psychicznie. Proceder trwał od listopada 1939 r. do końca wojny. Jednak jego znaczenie było inne. Pomógł bowiem przełamać barierę psychologiczną i zdobyć doświadczenie niezbędne do wprowadzenia komór gazowych na wielką skalę. Następnie zorganizowano mobilne jednostki morderców, działających w Kraju Warty, której gubernator Arthur Greiser miał marzenie o prowincji wolnej od Żydów. Obłąkańcze idee, dobra lokalizacja Chełmna – pomiędzy skupiskami ludności żydowskiej, odosobnienie, wreszcie szybka likwidacja „problemu”. O tym wszystkim czytelnicy mogą przeczytać, ale chyba i tak nie da się zrozumieć większości relacji dotyczących zachowań w niczym nieprzypominających homo sapiens sapiens. Temu wszystkiemu towarzyszyły takie zjawiska, jak wybrzuszający się od zwłok grunt wokół Chełmna i skażenie okolicy gazem!

Lektura obowiązkowa, choćby we fragmentach, koszmarne przypomnienie i ostrzeżenie o tym, co wydarzyło się nie tak znowu dawno, i nie tak znowu daleko…
Patrick Montague, “Chełmno. Pierwszy nazistowski obóz zagłady”, przeł. T. S. Gałązka, s. 415, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2014.

Na wschód od Salinas (Geert Mak, „Śladami Steinbecka”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2014)
„Ulica Nadbrzeżna” i „Cudowny czwartek” Johna Steinbecka rozgrywają się w okolicach fabryki konserw w Monterey w Kaliforni. „Myszy i ludzie”, niedaleko, na zachodnim brzegu rzeki Salinas, „Grona gniewu” i „Na wschód od Edenu” w Salinas Valley. Gdy po prawie 30 latach, w 1960 r. późniejszy noblista powrócił w rodzinne strony, nic już nie było takim jak w okresie Wielkiego Kryzysu.

Żyjące z rybołówstwa miasteczko zaczyna umierać już w latach 40. Zamykane są fabryki, a sardynki widzimy tylko w puszkach. Kiedy Steinbeck w swojej sentymentalnej wędrówce półciężarówką po „prawdziwej” Ameryce (opisanej potem w „Podróży z Charleyem”) dotarł do Kalifornii już nie chciał tam mieszkać. Salinas i Monterey przyciągają turystów, bary i sklepy, a nawet ulice noszą dziś nazwy bohaterów z „Ulicy Nadbrzeżnej”. Gdy Geert Mak w 2010 r. dotarł tam śladami pisarza, miasta „żyły z pamięci Steinbecka”.

Holenderski historyk, prawnik i dziennikarz, równo 50 lat po autorze „Gron gniewu”, wyrusza przez całe Stany z Sag Harbor w stanie Nowy Jork do San Francisco i z powrotem do Nowego Orleanu. Konfrontuje Amerykę z początku prezydentury Kennedy’ego z Ameryką Obamy.

USA lat 50. to kraj prosperity. Bracia Levittovie sprzedali setki tysięcy domów z prefabrykatów, rozrastały się przedmieścia. Telewizja stała się potęgą, kto miał w garażu samochód starszy niż trzy lata był nieudacznikiem, bilety lotnicze tanieją, przybysze z kontynentu porzucają tradycyjną, purytańską skromność. Steinbeck nie znajduje już prawie śladów kryzysu z lat 30., który wyniszczył Ameryką. Obywatele szanują wojsko, ufają politykom i telewizji. W 1959 r. wybucha pierwszy skandal, koniec niewinności – Charles van Doren oszukiwał w telewizyjnym teleturnieju (zainteresowanych odsyłam do filmu „Quiz show” z 1994 r.).

Ameryka Maka już nie jest niewinna – po drodze mijamy setki koczowisk z przyczepami kempingowymi biedaków, a w jednej z ekskluzywnych dzielnic toczy się „wojna” o meksykańskich pracowników sprzątających trawniki za pomocą dmuchaw. W czasach Steinbecka z sąsiadem jeszcze się chodziło do baru, w czasach Maka już się go nienawidzi.

Autor „Tortilli Flat” nie cierpiał wielkich miast. W swej wędrówce ominął Mekkę amerykańskiej motoryzacji – Detroit, jedno z najbogatszych w ówcześnie miast w USA. Podążający jego śladami Holender odwiedza miasto-widmo, scenografię do postapokalitycznego filmu. Stalownie, hurt, montownie General Motors niszczeją.

Geert Mak nie jest tylko rejestratorem. Własna podróż, śladami Johna Steinbecka, staje się pretekstem do opowiedzenia historii odwiedzanych miejsc. Autor jest erudytą, przytacza opisy amerykańskich wędrówki Alexisa de Tocquevilla (1830), monumentalne reportaże Johna Gunthera (1945), fenomen religijności tego kontynentu i zawiłości ekonomii (jako wychowany w niderlandzkim protestantyzmie rozumie je lepiej niż przybysz z naszej części Europy), odwołuje się do artykułów prasowych, pamiętników, naukowych badań, np. antropologicznych opracowań pocałunku i uścisku, innego w Vermont, Ohio i Kalifornii.

To kraj radosnych miliarderów i milionów bezrobotnych nędzarzy, którzy zamiast robić rewolucję, od 150 lat wierzą w mity.
Geert Mak, „Śladami Steinbecka”, s. 581, Wydawnictwa Czarne, Wołowiec 2014.

niedziela, 31 lipca 2016

Labirynt cosmopolis (Magdalena Rittenhouse, „Nowy Jork”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2014)
O Nowym Jorku wiemy znacznie więcej niż o każdym z innych miast na świecie. Dzięki literaturze (Scott Fitzgerald, Paul Auster), filmowi (Chaplin, Allen, Scorcese), spotom telewizyjnym, serialom. Dublin miał Joyce’a, Moskwa – Bułhakowa, Rzym – Felliniego, ale to Nowy Jork, każda z jego dzielnic, ma kilkuset kronikarzy. 
 
Miasto jest jak labirynt, ale bez Minotaura. Dzięki książce Magdaleny Rittenhouse to metropolis na swój sposób przeklęte, lecz piękne i fascynujące. W Hiszpanii wprowadzono kiedyś ograniczenie wielkości okien, w Amsterdamie rozmiarów fasady, w Nowym Jorku – wysokości budynków i tylko nowojorczycy wpadli na pomysł, że ten, kogo nie było stać na dość wysoki wieżowiec mógł odsprzedać „nadmiar powietrza” bogatszemu sąsiadowi. Historia drapaczy chmur na Manhattanie to historia naznaczona szaleństwem inwestorów i architektów. Opowieść m.in. o tragedii Van Alena, budowniczego wieżowca Chryslera, ikony miasta, który już potem nic więcej nie stworzył. Tylko garaże z blachy.

Nad miastem powinien unosić się baner z napisem „Chciwość jest dobra”. Nowy Jork buduje pieniądz (świetnie czyta się rozdział o początkach i ojcach założycielach giełdy na Wall Street), handel, próżność. Ale to metropolia paradoksów. Kilkanaście lat temu grupa zapaleńców stworzyła na nieczynnym wiadukcie High Line rezerwat chwastów, krzewinek i ptaków. Gdy burmistrz Guliani protestował przeciw tej ekstrawagancji – oazie zieleni wśród betonu i szkła, zmieniono burmistrza. To również Central Park, ziemia warta 528 783 552 000 dolarów. Pozorny absurd w tej Mekce finansjery, ale zarazem świętość, której żaden polityk przy zdrowych zmysłach nigdy nie ruszy.

Nowy Jork „zbudowany” przez Rittenhouse to miasto punktów znaczących, bram do innego świata. Najpierw most Brookliński, arcydzieło architektury, budowany przez sparaliżowanego inżyniera, Siódma Aleja – miasto w mieście, centrum amerykańskiego krawiectwa, gdzie w najlepszych latach pracowało 250 tys. szwaczek, port na Manhattanie, do którego przybijały statki z całego świata lepiąc mozaikę cosmopolis.

Nowy Jork – miasto labirynt. Osiemnastomilowa (długość regałów) księgarnia Strand przy Broadwayu. Labirynt zaułków, gdzie u schyłku XIX w. wędrował duński reporter Jacob Riis, fotografując i dokumentując nędzę emigrantów, aż wywołał niemalże rewolucję socjalną, a przynajmniej zmianę myślenia.

Nowy Jork to też miasto dziennikarzy (fenomenalny sukces „New Yorkera”), bajecznie bogatych kolekcjonerów jak Pierpont Morgan, który miał trzy egzemplarze Biblii Gutenberga i rękopis „Raju utraconego”. Miasto gigantycznych bibliotek i przewodników najdziwniejszych pytań, które tam zadano.

To wreszcie miasto artystów, gdzie w Greenwich Village ojciec Roberta de Niro załatwił pracę strażnika Jacksonowi Pollockowi. Resztę znajdziecie w tym pasjonującym reportażu, przewodniku.
Magdalena Rittenhouse, „Nowy Jork”, s. 399, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Kociokwik nasz powszedni (Filip Springer, „Wanna z kolumnadą”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2014)
Zaraza ma swoje odmiany. Najczęstsze to: ropowica pożółkła, pawiak tęczowy, wyprysk falisty, trójkąciak pastelowy (zwany też alfonsiakiem trójkątnym) i jedna z najgroźniejszych: różowe ropnie różowate (w dwóch odmianach – różowej i silnie różowej). 

Czy to opis z podręcznika „Małego wirusologa”? Nie. Fragment jednego z reportaży Filipa Springera zawartych w książce „Wanna z kolumnadą”. W posłowiu Andrzeja Stasiuka czytamy: ... zazwyczaj bronię (...) tej histerii człowieczego krajobrazu. Częściowo z przekory, ale bardziej z umiłowania badziewnych cudów ludzkiej, to znaczy polskiej, kreatywności, która mnie wprawia w osłupienie i podziw. Jesteśmy narodem ekstremistów. Jesteśmy rewolucjonistami totalnymi.

Jesteśmy też pewnie narodem sarmackim. O silnie rozwiniętym instynkcie terytorialnym. Ograniczonym do bardzo małego terytorium. To, co poza nim jakieś takie wspólne, to pewnie niczyje albo tego Nowaka spod piątki, którego nie lubię. Poza tym Polacy w czterech piątych (lub nawet więcej) twierdzą, że w Polsce jest ładnie i... bardzo ładnie. Od tego zaczyna Filip Springer. Potem bada medyczny przypadek zwany „pastelozą”.

Fot. Paweł Chmielewski
To dość przewrotna choroba. Dopada bloki, komisariaty, sklepy, przedszkola, domy kultury. Jest bardzo zaraźliwa. Rozpoczynamy śledztwo w sprawie ogniska choroby. Wielu sądzi, że zaczęło się w 1993 r. we Wrocławiu od Domu Handlowego Solpol. Architekt Wojciech Jarząbek dostał sto dwadzieścia godzin na wykonanie projektu. Złośliwi twierdzą, że gdy już wszyscy posnęli ze zmęczenia, to kolory dobrała sprzątaczka. Wrocławianie byli jednak zadowoleni. Po latach szarości PRL-u dostali coś kolorowego. I pasteloza się rozpełzła.

Zaczyna się najczęściej tak: do architekta przychodzi inwestor albo prezes spółdzielni i mówi, że ma być „pastelowo”. Co to znaczy pastelowo? Prezes na kolorach się nie zna, ale wybrała taki jego sekretarka. Kobieta. Jak wiadomo kobiety znają się na kolorach. Albo inaczej – prezes daje się przekonać, żeby jednak nie pastelowo, a lepiej zmówić projekt. Ile kosztuje projekt? Kilkanaście, dwadzieścia tysięcy. Ile?! Prezes wychodzi w przeświadczeniu, że ci artyści i architekci to całkiem powariowali. Przecież to tylko kolorki.

Mój kielecki blok jest pastelowy. Pomalowany jakieś osiem, dziewięć lat temu. Wcześniej był brązowo-ugrowy. Dokoła każdy wieżowiec, czteropiętrowiec jest inny. Takiego kociokwiku mogą nam pozazdrościć spółdzielnie w innych miastach. Dwa lata temu lokalna „Gazeta Wyborcza” ogłosiła konkurs na najładniej i najgorzej pomalowany blok. Jeden z jurorów stwierdził, że w Kielcach trzeba by nominować całe osiedla: Na Stoku, Świętokrzyskie i Słoneczne. 

Fot. Paweł Chmielewski
O czym jest jeszcze „Wanna z kolumnadą”? O gargamelach, dziwnych piramidach, rzekach w środku miast, które znikają i o grodzeniu. Polaków opanowała mania płotów. Podobno w ogrodzeniach jesteśmy europejską czołówką. Springer chodzi i pyta czy ogrodzenia chronią. Każdy wchodzi, wychodzi, ochroniarze się nudzą, ale mur musi być. Trochę jak w „Zemście”. Tu ujawnia się ten instynkt terytorialny. Zagadnięci najczęściej odpowiadają, że to sąsiedzi z bloku obok podrzucali im śmieci.

Deweloperskie raje to kolejny rozdział. W zbiegu Warszawskiej i Krasickiego (już zdekomunizowanego) stały przez trzy lata dwa dziwaczne domy. Wraz ze ścianami były szerokie może na trzy metry, a długie na kilkanaście. Myśleliśmy, że w takich kiszkach nikt nigdy nie zamieszka. Deweloper w końcu jednak sprzedał mieszkania. Budynki są koszmarne. Autor „Wanny...” rozmawia z mieszkańcami takich edenów, tonie w błocie i ze smutkiem patrzy na dzieci, które taplają się w mokrym piasku. Może poszłybyście na lody? To ponad pół godziny drogi. Nikomu się nie chce. Do centrum miasta jest ponad piętnaście kilometrów. Kilka samotnych, rachitycznych drzewek rośnie na skraju budowy kolejnego osiedla. W folderze było pięknie.

Uczeń w polskiej szkole (podstawówka i gimnazjum) ma przez dziewięć lat 255 godzin plastyki. W Rumunii dwa razy więcej, w Czechach ponad sześćset. Jadąc na południe lub zachód przeżywamy nagle szok. Czegoś nam brakuje. Czego? Reklam.

Fot. Paweł Chmielewski
Zaledwie dziesięć procent (szacunek optymistyczny) banerów i bilboardów jest w Polsce wieszanych legalnie. Z rozbrajającą szczerością pracownica jednej z agencji mówi Springerowi, że dopóki mandaty nie przekraczają kosztem „potencjalnej oglądalności”, to nic się nie zmieni. Autor dzwoni, zaczepia, wypytuje. Odpowiedzi są rozbrajające: to za to trzeba płacić? Inni wieszają, to ja też powiesiłem. Powiesiliśmy, niech wisi i czekamy czy ktoś się do nas zgłosi po pieniądze. Na zdesperowanych przeciwników reklamowego wodospadu patrzy się jak na straceńców lub wariatów.

Świetna książka. Jaki z niej morał? Przytoczę pewną historię. W ostatnim rozdziale Filip Springer opisuje jak zafascynowały go internetowe grupy i fora obywatelskiego sprzeciwu. Założył grupę protestującą przeciw zajmowaniu chodników przez samochody. Robił zdjęcia, zbierał fanów. Po jakimś czasie został wezwany na komisariat. Przesłał zdjęcia więc miał podpisać kilkadziesiąt protokołów i stawić się na wszystkich rozprawach jako świadek. Za nieobecność będzie kara, bo to obrażanie majestatu Rzeczypospolitej. Policjant był wyraźnie uradowany i wrócił do przerzucania papierów.

Filip Springer, „Wanna z kolumnadą”, s. 247, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Mageripen (Angelika Kuźniak „Papusza”, Wydawnictwo Czarne)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 1/2014)
Początek to scena śmierci. Dyźko umiera. Kobiety go myją, ubierają. Na głowie ma chustę z dziurą, którą do ciała powrócić może dusza. Cyganie wkładają mu do każdej z kieszeni pieniądze. Igłę, grzebień, papierosy. Nad trumną nie ma orkiestry, nikt nie śpiewa. Nikt się nie myje, nie czesze, nie goli. Tak umarł Dyźko. Mąż Papuszy.

To preludium do historii Bronisławy Wajs, najsłynniejszej polskiej „poetki przeklętej” (jak napisała Julia Hartwig). „Papusza” czyli „lalka” umarła z dala od swoich, pochowana na uboczu. Wyrzucona poza nawias społeczności. Obca dla Polaków. „Magerdo” (skalana) dla swoich. Literacka biografia Angeliki Kuźniak, stylizowana na reportaż, to historia kilkudziesięciu lat samotności. Historia o złamaniu „mageripen” – niepisanego kodeksu cygańskiej społeczności.

Renesans zainteresowania osobą i twórczością poetki to nie tylko książka Angeliki Kuźniak oraz film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Oto przejmujący obraz ilustrujący dwa zjawiska – obcości i śmierci rytuału, pewnej formacji kulturowej. Ta „obcość”, która towarzyszyła Papuszy przez całe życie, wychodząca z kart książki, wybrzmiała podczas spotkania z autorką w Muzeum Dialogu Kultur (w czasie Festiwalu Wolność i Pokój), dwieście metrów od kamienicy, gdzie w lipcu 1946 r. dokonał się pogrom kieleckich Żydów.
Ze wspomnień, przywołanego pamiętnika, listów, gazetowych strzępów wyłania się tajemniczy, obcy polskiemu czytelnikowi świat, który znika w ciągu jednego ludzkiego życia. Ten schyłek tradycyjnych cygańskich rytuałów taboru (celowo, idąc tropem Angeliki Kuźniak, używam słowa „cygański”, które jest według autorki adekwatne, w przeciwieństwie do sztucznego tworu – „romski”) ukazany zostaje przez pryzmat jednostkowego losu. Papusza uczona alfabetu – za kradzione kury – przez starą Żydówkę, wędruje, oddycha, cudem unika śmierci w czasie wojny.

W tej – ułożonej jak antyczna tragedia – biografii jest punkt kulminacyjny, spotkanie z Jerzym Ficowskim. Poezja Papuszy, pierwotna, nieskażona literacką manierą, wpleciona w naturalny kosmos przyrody za pośrednictwem krytyka dociera do czytelników. Równolegle powstaje książka o cygańskiej obyczajowości. Zdrada kodeksu. Bronisława Wajs – wplątana w niezrozumiałe dla niej mechanizmy – namawia współplemieńców do porzucenia taboru. Świat wędrowców umiera do połowy lat 60. Zdradzony mageripen domaga się ofiary. Ofiary idealnej – dziwnej poetki. Później jest już tylko wygnanie, życie wśród obcych, otchłań schizofrenii, szpitale...

„Papusza” to tragiczna biografia i studium strasznego mechanizmu – cygańska poetka jest tu jak bezwolne narzędzie. Podziwiana, drukowana, lecz w tej fascynacji jest coś na kształt zachwytu nad egzotyką, sztuką tych „innych”, „obcych”. Czytając „Papuszę” i patrząc na jej zdjęcia (kolejny walor publikacji) miałem przebłyski skojarzeń z losem rdzennych mieszkańców Syberii czy japońskich Ajnów. Niegdyś dumnych. Dziś „wyrwanych z korzeniami”. My też mamy taki polski wyrzut sumienia – pewną cygańską poetkę.

Angelika Kuźniak „Papusza”, s. 198, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

opuszczone.eu, opuszczone.kielce.pl („Inne przestrzenie, inne miejsca”, Wydawnictwo Czarne)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 1/2014)
Refleksja, którą podjęliśmy w tym numerze – rejony opuszczone, na peryferiach, ale zarazem tętniące życiem, inspirujące – nad obszarami postindustrialnymi i tworzoną w nich sztuką (Baza Zbożowa w Kielcach), doskonale koresponduje z cyklem esejów „Inne przestrzenie, inne miejsca” wydawnictwa Czarne. 

Punktem wyjścia dla tych wyjątkowych na gruncie polskim rozważań antropologicznych (mam na myśli zróżnicowanie tematyczne publikacji) jest zaistnienie w ubiegłym wieku dwóch traktatów: „O innych przestrzeniach. Heterotopie” Michaela Foucaulta i „Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności” Marca Augė. Oto światy bez pamięci i bez historii, ziemie niczyje, punkty tranzytowe, które definiują chwile i zmienność. Przewrotność tego wydawnictwa polega na fakcie, że ta efektowna, przytoczona definicja jest nicowana prawie na każdej z kart książki. Autorzy biorąc za początek myśli Foucaulta i Augė oraz miejsca przez nich definiowane (dworce, poczekalnie, tranzytowe porty) odnajdują przestrzenie nieopisane.

Zaczynamy od topografii podróżnych – podróży śladem kastylijskiego kawalera walczącego z wiatrakami autorstwa Magdaleny Barbaruk („El lugar de la Mancha. O cervantesowej geografii”), prototypu pielgrzymowania literackiego. Dziś dublińskie podróże śladami Leopolda Blooma czy moskiewskie tropem Wolanda nie są niczym dziwnym. Ta jednakże odsyła nas w rejony surowych krajobrazów, korespondujących z artystycznym natchnieniem. W tej scenografii sytuuje swój esej o relacjach muzyki i przestrzeni – lub raczej wpływu miejsca na strukturę kompozycji – Szymon Uliasz. Wreszcie toposy miejsca. W Polsce to Zakopane (miasto mit dla naszej kultury). Tutaj, obok refleksji historycznej, przyczynek do rozważań nad istotą miejsc wypoczynku i jego istoty (Janusz Bohdziewicz „TopoS/Zakopane. Spojrzenie z oddali”).

Następne eseje ukazują jak badacze przenoszą na grunt antropologii miejsc literackie pojęcie palimpsestu. Jego istotą jest – w skrócie – nakładanie i wymazywanie kolejnych tekstów. Artykuł Pawła Próchniaka o Lublinie jest takim właśnie poszukiwaniem zapomnianych, opuszczonych, „nadpisanych” miejsc związanych z kulturą żydowską w tkance miasta. Tematowi zamazywania/ zapomnienia poświęcona zostaje czwarta część książki „Ślady (nie)obecności”. Wątek żydowski to zarówno prywatna historia Moniki Sznajderman zaklęta na kliszy („Przerwy w pamięci. Historia rodzinna”) jak i głośny projekt fotograficzny Łukasza Baksika „Macewy codziennego użytku” o wtapianiu się (niszczeniu) nagrobków w tkance naszego otoczenia, teksty Aleksandry Janus i Romy Sendyki o miejscach pamięci i ich paradoksie. Ten aspekt zarysowany został – w innej perspektywie – w poprzednim numerze magazynu („Pomniki nas nie uratują”).

Zapomnienie i odnalezienie żydowskiej tradycji zyskuje w publikacji rys antropologiczny. Dla czytelnika ta część może okazać się najbliższa. Przeszłość Kielc i regionu w kontekście kultury żydowskiej jest dość dobrze znana dzięki publikacjom chociażby Krzysztofa Urbańskiego i Marka Maciągowskiego (w numerze 3/2013 prezentowaliśmy książkę Joanny Tokarskiej-Bakir zawierającą wiele oryginalnych dokumentów pogromowych i antysemickich z regionu). Kirkuty w Kielcach, Bodzentynie, Ożarowie, Chmielniku, Szydłowcu są dobrze udokumentowane, zdewastowane i zmienione synagogi uwiecznił w swoim albumie „Niewinne oko nie istnieje” Wojciech Wilczyk. 

Formę literackiego eseju dla opisu „Śmierci przedmieść” wybrała Agnieszka Wolny-Hamkało. Rejony niegdyś peryferyjne, kojarzone z rumowiskiem zaczynają się upodabniać do centrów miast. Wzrastać wraz z degradacją tych drugich. Magdalena Zych pisząc artykuł „Działki, obrzeża krajobrazu”, analizując rzeczywistość działkową na modelu z Marsylii, Londynu, Krakowa, Wrocławia i Katowic dochodzi do konkluzji – ...trudno się tym zachwycać, trudno po tym chodzić, nie ma powodu, żeby tam jechać. (...) w działki jest także wpisana krańcowość egzystencji. Tu zmysł obserwacyjny przywołuje mickiewiczowskie „szkiełko i oko”. Fascynująca do zwiedzania przestrzeń (por. „W interiorze panuje spokój”, „Projektor” 3/2013) zostaje odarta ze swego uroku. „Opuszczone.com” to tytuł tekstu Doroty Majkowskiej-Szajer oraz strony internetowej, której właściciele dokumentują zapomniane fabryki, osiedla. Te „biedne miejsca” ukazuje autorka w perspektywie teatru Tadeusza Kantora. Autorzy ukrywają lokalizacje, lecz uważny czytelnik ich serwisu odkryje m.in. nieistniejące ruiny odlewni żeliwa w Stąporkowie lub (prawie na pewno) nieczynną cegielnię w Sołtykowie.

Wielbiciel biednych przedmiotów nie może po prostu na nie popatrzeć i pójść dalej. Chce je jakoś podnieść, ująć, pokazać komuś ich zgrzebną urodę, która nie jest przecież oczywista, zatrzymać jakoś tę formę, która nieuchronnie się rozpada.

„Inne przestrzenie, inne miejsca”, red. Dariusz Czaja, s. 353, Wyd. Czarne, Wołowiec 2013.