wtorek, 2 sierpnia 2016

Trzeba sięgnąć do piterka („Zapomniane słowa”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 6/2014)
Słowo „strupla” powracało wielokrotnie w rozmowach i monologach babci. „Strupla” to nie był tylko dozorca, ale strażnik, portier. Dziś pewnie byłby nim ochroniarz. Początkowo myślałem, że „strupla” jest rodzaju żeńskiego, ale męska odmiana „ten strupel” po prostu nie istniała. „Strupla” okazała się bezrodzajowa i zginęła wraz ze śmiercią babci.

Angelika Kuźniak odkrywa „strupla” na kartach wspomnień Zofii Stryjeńskiej z dwudziestolecia międzywojennego. Przywołuje w „Zapomnianych słowach”, leksykonie wyrazów przestarzałych, archaicznych, potocznych. Jedno słowo, jeden autor. Wojciech Młynarski, Ewa Kuryluk, Andrzej Stasiuk, Jan Jakub Kolski, Michał Ogórek, Edward Dwurnik i wielu, wielu innych.

Fascynująca książka, trochę jak szlachecka gawęda, malutki językowy bedeker. Każde z haseł zaczyna się anegdotą. Michał Głowiński idzie kupić szczotkę do mycia „statków”. Zdziwiona panienka na targu oznajmia mu, że nie prowadzą szczotek w stosownych rozmiarach. Zaczyna się erudycyjny wykład językoznawczy. O cóż chodzi ze „statkami”? To kuchenne naczynia. U nas na ich nadmiar narzekała babcia druga. Pierwsza nigdy nie użyła tego słowa. Jedna po pieniądze sięgała (lub raczej nie sięgała) zawsze do „piterka”. Druga poszukiwała „woreczka” (jeszcze XVIII-wieczny odpowiednik portmonetki). U dziadka był „pugilares” i napomnienia, żebym zamiast po trawie „chodził trotuarem”. Odmienne miejsce urodzenia (Łódź, Warszawa, Astrachań) i całkiem inne „zapomniane słowa”.

Różne nazwy tych samych przedmiotów. U Stefana Chwina jest „kukuruźnik”, mama wspomina „kołchoźnik”. Nie jest to radziecki samolot lub bohaterski traktorzysta, lecz wiszący na ścianach w latach 50. i 60. głośnik radiowy. Wrzeszczał nadając jeden program, nie dał się (najczęściej) wyciszyć, a wyłączyć go kompletnie nie było zbyt bezpiecznie. Więc ryczał tak cały dzień.

Przypominają mi się te słowa w dziwnych kontekstach. Mariusz Szczygieł pisze o „hecnym”, a ja mam w pamięci tylko scenę z sierżantem, który przynosząc dla porucznika Borewicza koszyk z jamnikiem stwierdza: „bo on taki hecny”. Są historie rodzinne, prawie silva rerum, gdy Stanisław Bereś tłumaczy etymologię swego nazwiska. A ja mam wciąż w pamięci dwie przesympatyczne studentki z akademika, z których jedna, gdy ponosiła mnie fantazja przypominała mi, żebym już „nie breszeł”, a druga używała nieznanego słowa „nakastlik”. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że trzeba mieć w rodzinie kogoś z Galicji, żeby to zrozumieć.

Są ironiczno-nostalgiczne terminy – „list” Wojciecha Nowickiego. Listów dziś już nikt nie pisze. I wyobraziłem sobie, za czterdzieści lat, ciekłokrystaliczny sześcian, a w nim „E-maile zebrane Wojciecha Kuczoka” lub „Wybór sms-ów Doroty Masłowskiej”. 

Jest w tym świecie książki Wydawnictwa Czarne nienachalnie ukryta elegancja „ancymonków”, „sznytek”, „szmizetek”. Elegancja, której brak świeżutko osiadłej „szpagatowej inteligencji”, nazywającej każdego przybysza „słoikiem”. Publikacja fascynująca. Warto sięgnąć do woreczka.
„Zapomniane słowa”, s. 239, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.