czwartek, 27 października 2016

Sprawdzian wiary (Dennis Covington, "Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach")

Martyna Musiał
("Projektor" - 5/2016)
Na początku XX w., na południu Stanów Zjednoczonych, w krainie u podnóża Appalachów, powstał nowy odłam religii chrześcijańskiej. Snake handler churches – kościoły poskramiaczy węży – to prawdopodobnie jedne z najbardziej tajemniczych i osobliwych kultów Południa.

Książka Dennisa Covingtona „Zbawienie nad Sand Mountain” (wydana w „amerykańskiej” serii wydawnictwa Czarne) opowiada o Kościele Jezusa ze Znakami, niewielkim odłamie ruchu zielonoświątkowców. Wyznawcy, nazywani wężownikami, bardzo dosłownie przyjęli fragment Ewangelii według św. Marka: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić (Mk 16, 17-18). Wierzą więc w znaki zsyłane przez Ducha Świętego, głoszą proroctwa, uzdrawiają i wypędzają demony, piją strychninę, wkładają dłonie do ognia i, przede wszystkim, biorą na ręce jadowite węże.

Dlaczego to robią? Czemu właściwie mają służyć te śmiertelnie niebezpieczne rytuały? Covington początkowo planował napisać reportaż o procesie jednego z kapłanów ludzi-węży, który próbował zamordować żonę. Piętrzące się pytania nie dawały mu jednak spokoju. Musiał przekonać się, co kieruje ludźmi, którzy decydują się otrzeć o śmierć w imię wiary. Zaczął uczęszczać na nabożeństwa wężowników w obskurnych kościołach i opuszczonych stacjach benzynowych. Był świadkiem spotkań modlitewnych, podczas których wygłaszano pełne uniesienia kazania, a wyznawcy śpiewali hymny, ekstatycznie tańczyli w rytm głośnych dźwięków gitar, bębnów i tamburinów. Sprawiało to wrażenie zbiorowego transu. Wierni twierdzili, że trzeba w pełni poddać się działaniu Ducha Świętego, ponieważ można wtedy dostąpić łaski, która uchroni przed ukąszeniem. Jednakże nawet w jego przypadku, trzeba mocno wierzyć w uzdrowienie, gdyż wezwanie lekarza oznaczałoby brak zaufania do Boga.

Autor, zafascynowany niezwykłą społecznością wężowników, szybko sam zaczął się utożsamiać ze wspólnotą, stając się „bratem Dennisem”, co na szczęście nie pozbawiło go obiektywizmu – wciąż potrafił dostrzec rywalizację i obłudę członków zbiorowości. Spotkanie z „ludźmi od węży” stało się dla niego pretekstem do poszukiwania własnej tożsamości i korzeni, a także początkiem przemiany religijnej. Dzięki osobistemu podejściu i zaangażowaniu Covingtona, reportaż nabiera charakteru autobiografii, a miejscami nawet powieści. 

Przygoda reportera z wężownikami musiała się skończyć. Różnice światopoglądowe były nie do pogodzenia, wywołały bunt „brata Dennisa”, prowadzący najpierw do jego wykluczenia, ale również, w pewnym sensie, zbawienia. Doświadczenie to pozwoliło mu jednak na wejrzenie w społeczność ponurego, ubogiego Południa i w niezwykłe, niemal szalone religijne praktyki, które mają zmyć grzechy i przynieść odkupienie.

Dennis Covington, Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016, s. 200