czwartek, 27 października 2016

Co skrywa studnia? (Artur Laisen, „Studnia Zagubionych Aniołów”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 5/2016)
Miłość do fantasy może być przepastna i głęboka, jak głęboka bywa wyobraźnia i może mieć tyle powodów, ilu jest jej amatorów. Jednym z nich, co sugeruje autor „Studni Zagubionych Aniołów”, może być poetycko brzmiące (przywołane bowiem słowami pieśni samego Schillera) Sehnsucht – pragnienie, tęsknota za utraconym (?), ulotnym, nieistniejącym, ale dziwnie bliskim domem. Czy zanurzając się w powieści Artura Laisena, czujemy się jak w domu lub chociaż tęsknimy do rysującego się przed nami świata? To już kwestia indywidualna.

Jak na gatunek przystało w utworze Laisena (pseudonim autorski pisarza mieszkającego w Kielcach, który publikował opowiadania, m.in. „Księdza Marka trzy spotkania z demonem” i thriller fantasy „CK monogatari”) obserwujemy odwieczną walkę dobra ze złem. Świat Błękitu, Kryształ Tworzenia, Święta Góra Dnia i legendarni Jeźdźcy Światła na złotych rydwanach, przenoszące czytelnika do baśniowego Hamamu, to przeciwwaga do ciemnego ziarna, Przekrwionego Oka i czyhającego w ciemnościach mitycznego Demona, którego powrót zwiastować ma nadciągająca Mroczna Gwiazda. Magiczną krainę, przywołującą skojarzenia ze średniowiecznym Bliskim Wschodem, poznajemy jednak dzięki równolegle toczącej się historii rodem ze współczesnej Warszawy. Joanna, Kinga, Tomasz i Michał to bowiem główni bohaterowie utworu, którzy, chcąc nie chcąc, mają, zdaje się, największą rolę do odegrania w toczących się losach przenikających się światów. 

Wydany nakładem Genius Creations pierwszy tom „Terai” już na pierwszych kartach składa obietnicę zetknięcia się z magiczną rzeczywistością wielu wymiarów, misternie tkaną nie tylko poprzez zapowiedź epickiego rozmachu, ale też przez poetyckość formy, przeplatanej raz po raz głębszymi refleksjami. Mnogość zastosowanych zabiegów może jednak prowadzić do złudnych wyobrażeń, przeobrażając się z chwilowego zachłyśnięcia rozległością kreacji w dezorientację i rozczarowanie. Może, co nie oznacza, musi.

Choć w utworze nie brakuje błyskotliwych pomysłów, z ich realizacją jest już nieco gorzej. Wraz z każdą kolejną stroną „Studni...” obserwujemy, jak tajemnicza rzeczywistość Astronoma ze Szklanej Wieży i skutki jej oddziaływania widoczne w warszawskich realiach zamiast nabierać kształtów, rozmywają nieco fabułę i gubią przyczynowość. Czy to świadomy zabieg? Być może… autor zapowiada przecież kontynuację, gdzie wszystko może jeszcze uda się wyjaśnić. Niestety można odnieść wrażenie, że dobrze rozwijającą się, oniryczną atmosferę zastępuje momentami zwyczajny chaos i brak konsekwencji. Pewien zgrzyt widoczny jest również w konstrukcji bohaterów. Mimo, że mało znaczące opisy są nieraz rozbudowane do przesytu, charakterystyka postaci jest tylko powierzchowna. Płaskie (w większości) osobowości utrudniają tym samym „zbliżenie się” do bohaterów, z którymi obcować mamy jeszcze w co najmniej jednym tomie. 

Wśród minusów wspomnieć należy również o potknięciach tekstowych, nadmiar przecinków z trafiającymi się błędami ortograficznymi domagają się poprawek. Wydanie, bądź co bądź, wizualnie intryguje. Schludna, ascetyczna okładka to jego duży atut. Czy to jednak wystarczy, by sięgnąć po ciąg dalszy splątanych opowieści Isthariona z T'araf i czwórki warszawiaków? Z pewnością czytelnicy znajdą wiele własnych do tego powodów. 

Artur Laisen, „Studnia Zagubionych Aniołów”, s. 400, Wydawnictwo Genius Creations, Bydgoszcz 2015.