Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Universitas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Universitas. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Zdradzieckie śliwki Prufrocka (Wit Pietrzak, „Ostrożnie poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2016)
Zacznijmy wierszem: Zaprawdę bowiem przyjdzie czas,/ By zastanowić się: „Czy się ośmielę?” i „Czy się ośmielę?”/ Odwrócić się, ze schodów zejść w niedzielę/ Z plackiem łysiny, na czubku mej głowy – / (Powiedzą „Jakże zmarniały mu włosy!”)/. Kilka linijek z „Pieśni miłosnej J. Alfreda Prufrocka” T.S. Eliota to kwintesencja autoironii i dialogowości – dwóch ważnych (choć nie jedynych) cech poezji anglojęzycznej.

Poeci angielskiego obszaru językowego są – w Polsce – w dość szczęśliwej sytuacji. Obok niemieckich, francuskich i rosyjskich – najczęściej tłumaczeni, wydawani, komentowani w prasie literackiej. Punkt wyjścia, podstawy do lektury „Ostrożnie poezja” Wita Pietrzaka (pracownik Zakładu Literatury i Kultury Brytyjskiej Uniwersytetu Łódzkiego) są więc całkiem przyzwoite. Nazwiska Eliota, Williama Butlera Yeatsa czy W.H. Audena kojarzy większość czytelników. Składająca się z kilkunastu artykułów – drukowanych wcześniej m.in. w „Literaturze na Świecie”, „Przeglądzie Humanistycznym” i „Fragile” – książka może stać się spokojnie krótkim przewodnikiem po wybranych obszarach XX-wiecznej liryki języka angielskiego. W części pierwszej („Drogi modernizmu”) autor konsekwentnie buduje każdy z rozdziałów, rozpoczyna od pełnej informacji o przekładach na język polski, potem nota biograficzna (o charakterze anegdotycznym i dzięki temu znacznie ciekawsza), zarys fragmentu (problemu) w twórczości autora i wreszcie komparatystyczna analiza utworu.

Część druga („Mozaika”) ma charakter bardziej migotliwy – to zderzenia wierszy, rozbłyski problemów i – jak przystało na zdystansowaną postawę angielską – przy tym, mimo wszystko, melancholijnie zabawna. Jak jedwabniki D.J. Enrighta i grzyby Dereka Mahona.

Bohaterowie zbioru esejów to: Eliot, Yeats, Ezra Pound, Auden, Ted Hughes, Michael Longley, J.H. Prynne, Peter Gizzi, Wallace Stevens, Seamus Heaney, Ciaran Carson, C.W. Williams, Robert Creeley, Enright, Mahon, Larkin i Tony Harrison. Hughesa, którego ważny tom „Listy urodzinowe” został „przykryty” plotkami o małżeństwie z Sylwią Plath i oskarżeniami o jej samobójstwo. Williamsa – zdradzonego przez zimne śliwki, których łapczywe i pokątne spożywanie staje się – pośrednim – dowodem na małżeńską zdradę. Na marginesie – przy „śliwkach Williamsa” przypomina mi się ekspozycja z „Kontraktu rysownika” Greenawaya, gdzie dyskurs o śliwkach i śliwkowych drzewie ma właśnie, ten angielski, dwuznaczny, seksualny podtekst. Anegdotyzm biograficzny w „Ostrożnie poezja”, wprowadza czytelnika płynnie w – coraz bardziej rozbudowaną, teoretycznoliteracką – problematykę książki.

Czytając rozdział o „Wielkanocy” Yeatsa można nawet zbudować dość ciekawą teorię. Wiersz odwołujący się do masakry irlandzkich powstańców w 1916 r., zawierający paralelę między prywatnością, a narodową sprawą, którą Yeats traktuje cokolwiek sceptycznie, Pietrzak analizuje z perspektywy postkolonialnej. Na pierwszy rzut oka – zaskakujące, lecz po krótkim namyśle… Zaczynamy zazdrościć Irlandii jej poetów. Postkolonialne drzewa polskiej liryki nie wydały owoców zjadliwych, jeśli zaś jakiekolwiek – to umówmy się – na grafomanię szkoda nam czasu.

Co jeszcze charakterystycznego odnajdziemy w anglojęzycznej poezji? Ten jej, dość powszechny, panteizm, w duchu wciąż modernistycznym. Natura, zachwyt nad jej pięknem (w sposób naturalny ukierunkowany na urodę kobiety) jest tylko pretekstem, naskórkiem, otaczającym wewnętrzny krwioobieg autora. 

I epickość, ta rozlewająca się wśród wersów, nienachalna swoboda. Zakończmy, tym razem nie Eliotem, ale fragmentem z „Rozmowy” Longleya: Nawet ty, Odysie, nie sprawisz, że pokocham śmierć:/ Wolałbym dzień w dzień czyścić rowy za głodową/ Dniówkę u byle małorolnego chłopa, niż być/ Wielkim panem wśród bezsilnych zmarłych.
Wit Pietrzak, „Ostrożnie poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej”, s. 264, Universitas, Kraków 2015.

sobota, 6 sierpnia 2016

Wobo, Murzyn i kolonizacja ("Wokół "W pustyni i w puszczy")

Agnieszka Kozłowska-Piasta
("Projektor" - 3/2016)
Kilkadziesiąt lat temu była jedną z podstawowych szkolnych lektur, która pobudzała wyobraźnię i ciekawość świata u dzieci i młodzieży. Przygody Stasia i Nel zachęcały do lektur przybliżających inne kraje i kontynenty.

Bogaty, niezwykle sugestywny obraz Afryki nakreślony wprawnym piórem przez Henryka Sienkiewicza stał się, dominującym w świadomości Polaków, stereotypem o mieszkańcach, kulturze, przyrodzie Czarnego Lądu. I choć często obowiązuje on nadal, powieść „W pustyni i w puszczy” musiała oddać pozycję lidera i ustąpić pola innym opowieściom o Afryce.

Współcześnie świat poznaje się nie dzięki powieściom, ocierającym się o baśń, ale dzięki po pierwsze: dużo łatwiej dostępnym własnym podróżom, po drugie: dzięki różnym programom podróżniczym, po trzecie dzięki licznym pozycjom książkowym pisanym przez prawdziwych podróżników, ale i żądnych popularności travelebrytów, wreszcie po czwarte dzięki niczym nieograniczonemu cyfrowemu poznawaniu świata via Internet. „W pustyni i w puszczy” młodzi ludzie praktycznie nie czytają.

Mimo to grono naukowców – filologów, historyków, etnologów – pod wodzą Jerzego Axera i Tadeusza Bujnickiego postanowiło oddać honory wyjątkowej powieści polskiego noblisty. Kikusetstronicowa pozycja uczciła stulecie pierwodruku „W pustyni i w puszczy”. Książka daje wieloaspektowy kontekst młodzieżowej powieści Sienkiewicza. Umiejscawia losy Stasia i Nel w szeroko pojętych zagadnieniach kolonializmu i historycznej sytuacji Afryki i Polski w tamtych czasach, analizuje styl i sposób pracy autora na podstawie m.in. pozostawionej korespondencji, referuje artystyczne inspiracje powieścią: adaptacje filmowe czy nawet obrazkowe, komiksowe, przybliża recepcję dzieła Sienkiewicza w innych krajach. 

Czytelnicy mogą m.in. poznać historię kolonializmu i stosunku Europejczyków do rodowitej ludności afrykańskiej, przyjrzeć się elementom europocentryzmu, który tak zaważył nie tylko na ówczesnej, ale i współczesnej historii tego kontynentu, dostrzec plusy i minusy odkrywania Afryki oraz przełożenia historii opisanych na kartach powieści na los narodu polskiego. Za przykłady niewłaściwej optyki w stosunku do wszystkiego, co afrykańskie służą autorom artykułów m.in. losy Saartjie Baartman, czyli Wenus Hotentockiej, niewolnicy „analizowanej” pod względem budowy ciała, pokazywanej w brytyjskim cyrku po roku 1810 (Jerzy Koch), częściowo zmyślone w stylu Münchhausena podróże Ignacego T. Żagiella po Afryce Północnej (Bogdan Żurawski), książka flamandzkiego naturalisty Cyriela Buysse o kolonizacji Konga (Bożena Czarnecka). 

Dominujące są jednak rozważania dotyczące współczesnego odbioru „W pustyni i w puszczy”. Oskarżenia o kolonializm, rasizm, seksizm „W pustyni i puszczy”, w dobie dominujących, choć jakby trochę narzuconych postaw tolerancyjnych, pojawiają się w wielu tekstach i wypowiedziach. Najostrzej sprawę ocenia Sudańczyk Mahmud El Tayeb, uznając „W pustyni i puszczy” za powieść kłamliwą, fałszującą ówczesną historię Sudanu, negatywnie opisującą historyczne postaci wplecione w akcję książki, a zwłaszcza Mahdiego, przywódcę powstania. Z kolei Jerzy Axer poluje na mityczne i nie do końca określone zwierzę-bestię wobo, które na kartach powieści ustrzelił Staś. Robi to jednak dużo łagodniej, tłumacząc nie tylko Sienkiewicza, ale także cały świat kryptozoologów i innych wyznawców wobo.

Niewątpliwym atutem książki są fragmenty dyskusji towarzyszące prawie wszystkim artykułom. Pozwalają spojrzeć z innej strony na treści przekazane przez autorów, dostrzec szanse, możliwości polemiki, poznać uzupełnienia i nowe tropy. Nauczycieli i pedagogów z pewnością zaciekawią rozważania naukowców dotyczące współczesnej roli „W pustyni i w puszczy” w dydaktyce i pracy pedagogicznej oraz miejsca w kanonie szkolnych lektur. Czy – skoro interpretacja poprawna politycznie przekreśla „W pustyni i w puszczy” jako lekturę nie pasującą do współczesnych klisz mód i trendów – należy ją skazać na niepamięć? Ten tom świadczy o tym, że byłoby to niewskazane. Bogactwo analiz, interpretacji i odniesień świadczy o tym, że dzieło Sienkiewicza może nadal inspirować i rozpalać emocje. Choć przewodnikiem i poradnikiem poprawności politycznej być nie może i bliżej mu do „Murzynka Bambo” niż do Nelsona Mandeli czy Martina Luthera Kinga. To jednak nie wina Sienkiewicza, lecz znak czasów i świadomości mieszkańców Starego Kontynentu na początku XX wieku.

środa, 3 sierpnia 2016

Metafizyczne imiona (Dominika Oramus, „Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku”)

Michał Siedlecki
("Projektor" - 5/2015)
Książka „Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku” autorstwa Dominiki Oramus to dzieło ważne dla współczesnej polskiej humanistyki. I choć ukazało się ono wprawdzie na rodzimym rynku wydawniczym kilka lat temu, to – co należy szczególnie podkreślić – w niczym nie straciło na swojej aktualności, stanowiąc do dzisiaj niezmiernie istotne źródło badawczo-interpretacyjne dotyczące wątków religijno-ontologicznych w nowożytnej literaturze anglojęzycznej spod znaku Philipa K. Dicka i twórców jemu gatunkowo podobnych.

Prof. Dominika Oramus to wicedyrektor Instytutu Anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Dotychczas opublikowała ona sześć rozpraw naukowych i kilkadziesiąt specjalistycznych artykułów o tematyce oscylującej wokół zagadnień dotyczących fantastyki, kontrkultury oraz postmodernizmu. Do jej zainteresowań badawczych należą między innymi: współczesna proza brytyjska; pisarze XX wieku: James Joyce, John Fowles, Angela Carter, J. G. Ballard, Kurt Vonnegut, Philip K. Dick i Stanisław Lem, jak też kultura masowa w literaturze popularnej. Znaczną cześć tej problematyki odnajdziemy zresztą w jej książce zatytułowanej „Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku”.

Oramus dotykając w swoim dziele kwestii tak zwanych „imion Boga”, porusza się przede wszystkim wokół filozoficzno-literackich dylematów oraz teorii związanych z: XX-wieczną fantastyką, koncepcjami metafizyki i mistycyzmu, taoizmem, manicheizmem, mitologią grecką, myślą antyczną, judaizmem, chrześcijaństwem, okultyzmem, New Age’em, jak również fantasmagoryczno-profetyczną twórczością Dicka. I ostatniemu z owych zagadnień poświęca ona skądinąd bardzo dużą część swojej uwagi, twierdząc choćby, że autor „Valisa” (1981): (…) postuluje mimikrę wyższego rzędu, czyli Boga, który jest z nami, lecz niedostrzegalny, bo zdaje się nam fragmentem czegoś innego, co wcale nie jest istotne: wzorem płyt na chodniku, gnaną wiatrem ulotką reklamową, kiczowatą piosenką pop czy głupim filmem dla nastolatków. Badaczka ta uważa też między innymi, że na przykładzie dorobku literackiego Lewisa oraz Dicka możemy wyraźnie zauważyć jak gatunek fantastyki religijnej ubiegłego stulecia (…) zatoczył olbrzymie koło – najpierw odszedł od Boga ku chaosowi po to, by w chaosie odnaleźć Boga.

Autorka „O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm” (2010) sądzi także, iż dwudziestowieczna fantastyka religijna wróciła do punktu wyjścia, pełniąc niekiedy tę samą funkcję, co w połowie ubiegłego stulecia, dzięki naświetlaniu takich spraw, jak: teodycea i oddziaływanie Opatrzności. Wydaje się więc, że kwestię „imion Boga” w kontekście metafizycznym łączy Oramus z wytworami obecnej kultury zawieszonej wciąż między apatią ponowoczesnych „płodów kiczu” a kreatywnością współczesnych wieszczów „futuryzmu”.

Dominika Oramus, „Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku”, s. 315, Universitas, Kraków 2011.

Epoka Wielkiej Tuby (Marta Majorek, „Kod YouTube. Od kultury partycypacji do kultury kreatywności”)

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 4/2015)
Wyobrażacie sobie, że nagle YouTube znika? CIA blokuje dostęp do wszystkich plików zamieszczonych na tym portalu, a my nie możemy już odtworzyć pająka Wardęgi, zobaczyć najnowszego klipu Stinga, nie ujrzymy deszczu meteorytów w Czelabińsku, a nasz ulubiony vbloger już nie podpowie jak nastroić nową gitarę.

Marta Majorek „bierze” na warsztat to zjawisko i stara się odkryć jego fenomen w „Kodzie YouTube. Od kultury partycypacji do kultury kreatywności”.

Jeszcze całkiem niedawno, bo 10 lat temu wirtualny świat istniał bez YouTube, obecnie najpopularniejszego medium. Majorek sięga po niedaleką historię stworzenia YT (brzmi trochę jak biblijne stworzenie świata, ale analogia myślę jest dobra). Ważnym atutem książki jest to, że autorka skupia się na negatywnych i pozytywnych cechach usługi. Wybiera takie aspekty, w które to medium wkroczyło i rozwija się bardzo dobrze: polityka, edukacja, gender. YT sprawdza się nie tylko, jako magazyn filmów video, ale ma realny wpływ na debatę publiczną, trendy, jakie panują w danym społeczeństwie, a z marketingowego punktu widzenia potrafi wykreować potrzeby. 

Marta Majorek poddaje analizie portale społecznościowe w kontekście antropologii kulturowej. Wyróżnia tym samym nowe pojęcia, które z pewnością już wkrótce staną się paradygmatami kultury wirtualnej. Z punktu widzenia antropologicznego interesującym zjawiskiem staje się „mediamorofoza”. Autorka określa to, jako proces nasycenia, czy też przesycenia mediami społecznościowymi. Prowadzi ona do popularyzacji kontaktów niebezpośrednich, a co za tym idzie zjawiskiem, w którym naturalnym środowiskiem człowieka staje się wirtualność. Takim sformułowaniem Majorek z pewnością daje do myślenia i stawia pytanie o granice miedzy rzeczywistość live, a „rzeczywistością” online. 

Ważny z punktu naukowego, kulturowego i socjologicznego wydaje się być rozdział, w którym o autorka stara się pokazać YT jako medium społecznościowe. Przywołuje definicje społeczności i stara się je odnieść do społeczności wirtualnych, w tym tych tworzonych na YouTube. Autorka dużą uwagę skupia na videoblogach, poddaje jej skrupulatnej analizie. Podobnie też stara się badać, w jaki sposób YT jest wykorzystywany w polityce, a zwłaszcza w kampaniach wyborczych. Ciekawym fragmentem w trakcie całej lektury, jest rozdział poświecony videomemom. Pod ich parodystycznym akcentem, często ukryte zostają aluzje do aktualnych wydarzeń.

YouTube niewątpliwie należy do znaków naszych czasów. To miejsce magazyn, biblioteka, ale też swego rodzaju celebrycki czerwony dywan, gdzie każdy ma swoje przysłowiowe „pięć minut” by zaistnieć. To od nas samych zależy, w jaki sposób wykorzystamy jego potencjał. Najnowsza praca Marty Majorek „Kod YouTube” to ważna pozycja dla każdego, kogo świat mediów i Internetu fascynuje. Autorka poddała głębokiej analizie fenomen YT jako medium, które wykreowało nowe formy uczestnictwa w kulturze, czy debacie publicznej. Atutem opracowania jest niewątpliwie charakter popularno-naukowy, bo przecież, o Internecie nie da się i nie można mówić tylko jednym głosem.
Marta Majorek, „Kod YouTube. Od kultury partycypacji do kultury kreatywności”, s. 240, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2015.

Łupiny budynku (Andrzej Basista, Andrzej Nowakowski, „Jak czytać architekturę”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2015)
Gotyk, barok, klasycyzm. Brunelleschi, Bramante, Gaudi, Le Corbusier. Kolumna dorycka, portal, sklepienie krzyżowo-żebrowe, stiuk. Sfinks, Partenon, Notre Dame. W ten sposób poznajemy architekturę. Style, wielcy twórcy, słynne budowle. Czasem kilka terminów specjalistycznych, które szybko zapominamy.

Andrzej Basista i Andrzej Nowakowski proponują nam inne spojrzenie. Każdy budynek obserwujemy z oddali, w najbliższym otoczeniu, z zewnątrz, w środku. Analizujemy krajobraz, sąsiedztwo, detale fasady, wnętrza. Obdzieramy kolejne łupiny. Gmach jest cebulą, której warstwy mogą nas fascynować lub odstręczać. Porównałem to do metody czterech kroków. I postanowiłem poeksperymentować na żywej materii. Czyli na sobie samym. Znam parę terminów, widziałem kilka zabytków, ale nie jestem historykiem architektury. Do metody czterech kroków, obierania cebuli, wybrałem nowy budynek Biblioteki Uniwersyteckiej w Kielcach (2010). 

Do eksperymentu (efekty na zdjęciach) zachęca szata graficzna książki Basisty i Nowakowskiego („Jak czytać architekturę”). Nie tworzy struktury nudnego, naukowego traktatu, nie jest również albumem, gdzie olbrzymie fotografie komentuje zdawkowy tekst. Gdybym miał odnaleźć jej miejsce w bibliotecznym katalogu, wskazałbym na półkę pośrednią – między przewodnikiem a podręcznikiem. Być może opatrzoną dopiskiem „Architektura nie tylko dla orłów”. Z przewodnikiem łączy książkę przejrzystość, bogaty materiał ilustracyjny i rozbudowane przypisy, zaś z podręcznikiem, właśnie owe przypisy, tłumaczące kontekst, kształt i znaczenie. Część aparatu naukowego uzupełniają słowniki terminów i stylów architektonicznych oraz indeksy osób i miejsc.

Zaczynamy patrzeć z oddali. Dostrzegamy kształt wpisany w pejzaż. Widzimy przestrzeń: często „uświęconą” (wokół menhirów, piramid, przydrożnych kapliczek), mieszkalną (megalopolis z wieżami drapaczy chmur, osiedle domków), miasto warowne z charakterystyczną opaską murów, wybudowane najczęściej w późnym średniowieczu. Wreszcie „przestrzeń interesów” (giełda, hale targowe) i przemieszanie tych porządków. Zbliżamy się. To często samotny budynek w krajobrazie – klasztor, amfiteatr, ale również budkę dróżnika czy pasterski szałas. Otoczeniem może być osada, miasto i najprzyjemniejsze – park, ogród oraz to oficjalne, pełniące publiczne funkcje – rządowe gmachy i kościoły wśród placów. Enklawy kultury – muzea.

Zrywamy następne łupiny. Kształt świadczy o przeznaczeniu. Najczęściej. Fasada – może intrygująca, wymuszająca interpretację. Jej faktura, kolor, elementy dekoracyjne – świadczą o roli budynku, dostępności materiałów, ekonomicznej kondycji właściciela, geograficznej szerokości, idei religijnej bądź politycznej, którą przekazać chcieli fundatorzy. Wchodzimy do wnętrza – posadzki, sztukaterie, freski, meble, światło, jego kontrasty. I na koniec widok z okna na zewnątrz. 

Cebula została obrana. Patrzymy na szczegóły. Dostrzegamy szczegóły. Patrzymy inaczej. Ciekawość jest przyjemna.
Andrzej Basista, Andrzej Nowakowski, „Jak czytać architekturę”, s. 379, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2012.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Inwazja rysowników latających spodków (Artur Nowakowski, „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 1/2015)
Rok 1986. Nominacje do „Złotych Meteorów” (odpowiednik „Złotych Malin”). W uzasadnieniu czytamy: Za uporczywe lansowanie swojej twórczości na okładkach serii Fantastyka-Przygoda, co jest pośrednim powodem braku papieru na rynku, gdyż zmusza czytelników serii do wykonywania nieprzezroczystych okładek. Tak na konwencie Polcon-Silcon podsumowano dokonania jednego z najważniejszych autorów okładek polskiej SF Kazimierza Hałajkiewicza.

Twórca większości projektów dla 122 książek z serii wydawnictwa „Iskry” i tak miał szczęście. Gdy na chwilę zastąpił go Jerzy Rozwadowski, ilustrując „Limes inferior” usłyszał: Cóż można powiedzieć, widząc ten infantylny obrazek rodem z debilnej młodzieżówki na książce, która jest najbardziej dojrzałą i najdoroślejszą książką Zajdla. Autor świetnego opracowania o okładkach i ilustracjach SF – Artur Nowakowski – tłumaczy te opinie jurorów i uczestników konwentów faktem, iż pragnęli oni realistycznych rysunków kosmonautów i wydań w stylu amerykańskim. Nie zaś sztuki.

„Fantastyczne światy...” to jednak nie tylko zbiór anegdot, ale przede wszystkim skondensowana historia ilustracji science fiction. Autor zaczyna od Stanów Zjednoczonych i przy okazji prezentuje twórczość krajów Zachodu. Osobną część stanowi twórczość grafików z ZSRR i Europy Wschodniej (z dużym rozdziałem poświęconym Polsce). Artystycznie nasza część świata jest zdecydowanie górą. W zakończeniu krótki dodatek poświęcony zinom.

Książka Nowakowskiego to praca naukowa, ale i popularyzatorska. Zaletą jest sposób narracji: opis zjawiska, przedstawicieli, charakterystyka konkretnej okładki lub ilustracji, anegdota, czasem cytat. W części amerykańskiej obszerne omówienie „pulp art” (kto zna fascynacje Quentina Tarantino lub film „To wyszło z głębin” wie, co mam na myśli) pozwala nam zrozumieć istotę amerykańskiej ilustracji, na styku konsumenta, rynku i pragnień artysty. Omawiając fenomen SF zza oceanu, Nowakowski nie tworzy obszernej encyklopedii, lecz punktuje tematy: kosmonauta, robot, obcy, miasto w fantastyce.

Który z grafików wymyślił latające spodki? Dlaczego CIA zainteresowało się nowelami drukowanymi w radzieckim czasopiśmie dla techników-amatorów? Z czego mogą być dumni rumuńscy autorzy SF? Trzeba sięgnąć po książkę.

Najobszerniejszy rozdział, nadwiślański, ukazuje fenomen ilustracyjny, który od 1965 r. stał się wzorcem dla UNICEF, która rekomenduje polskie okładki i ilustracje. Wraz z autorem śledzimy wybitnych grafików i malarzy zajmujących się tworzeniem „fantastycznych światów” w XIX w. i w dwudziestoleciu, kolejne odsłony powojennych serii wydawniczych. Wspomniana już „Fantastyka-Przygoda” – zmieniała szatę pięciokrotnie.

To wreszcie opowieść o ikonach polskiej ilustracji SF. O Danielu Mrozie i jego drzeworytach, Janie Bokiewiczu, Antonim Boratyńskim. O pisarzach: Lemie, Asimovie, Wellsie, Strugackich. I o tym panu, który wymyślił robota.
Artur Nowakowski, „Fantastyczne światy na okładkach i w ilustracjach książek oraz czasopism od wieku XIX do lat 80. XX wieku”, s. 197+12, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2014.

Obiektywne lustro rzeczywistości (Wolfgang Kemp, „Historia fotografii. Od Daguerre’a do Gursky’ego”)

Martyna Musiał
("Projektor" - 6/2014)

Fotografia jest jedną z najpowszechniejszych form sztuki. Potrafi fascynować, a jednocześnie jest stosunkowo łatwo dostępna również dla amatorów. Przy odbiorze dzieła raczej rzadko myśli się o przeszłości, która niekiedy ma niemały wpływ na jego kształt. Czasem wystarczą czysto estetyczne wrażenia. Okazuje się jednak, że również historia może być wyjątkowo ciekawa, a ponadto wnosić dodatkową, niedostrzegalną wcześniej jakość. Udowadnia to Wolfgang Kemp w „Historii fotografii. Od Daguerre’a do Gursky’ego”.

Kemp przedstawia historię fotografii od jej narodzin w 1839 roku po lata 80. XX w. Zaczyna od przybliżenia sylwetek wynalazców – Louisa Daguerre’a, Henry’ego Foxa Talbota i Hyppolyte’a Bayarda – którzy niemal równocześnie pokazali światu efekty swojej pracy. Opisuje wszystkie istotne dla rozwoju fotografii momenty – nurty i kierunki, takie jak naturalizm czy piktorializm, jako przykłady podając nazwiska ich najwybitniejszych przedstawicieli i wybrane fotografie ich autorstwa, a także albumy i wystawy, które w znacznym stopniu wpłynęły na ewolucję tej formy sztuki.

Autor w swoich rozważaniach nie skupia się na aspektach technicznych fotografii. Porusza ten temat w małym stopniu, jedynie jako zobrazowanie środków wyrazu artystycznego używanych przez twórców. Swoją uwagę koncentruje przede wszystkim na zmianach w pojmowaniu wynalazku, który w momencie powstawania był uważany jedynie za przedmiot pozwalający na wierne i obiektywne odtwarzanie rzeczywistości. Uważano wtedy, że fotografia nie jest w stanie konkurować z malarstwem, dlatego cieszyła się znacznie mniejszym uznaniem. Z czasem zaczęto doceniać możliwości aparatu, wykorzystywać go do wyrażania artystycznej wizji i interpretowania rzeczywistości. Fotografia stała się odrębną formą sztuki, a być może głównym środkiem twórczego przekazu.

Kemp wzbogacił „Historię fotografii” o wypowiedzi ówczesnych krytyków kultury. Dzięki temu czytelnik ma szansę dowiedzieć się, w jaki sposób dzieła przyjmowali współcześni im odbiorcy, jaka filozofia przyświecała tworzącym je artystom, a także jak wpłynęły na rozwój tej dziedziny sztuki i sposobu widzenia świata.

„Historia fotografii” Wolfganga Kempa przypomina nieco podręcznik akademicki. Jest jednak napisana w przejrzysty sposób, dlatego może zaciekawić również osoby amatorsko zajmujące się fotografią czy całokształtem sztuki i kultury.

Wolfgang Kemp, „Historia fotografii. Od Daguerre’a do Gursky’ego”, s. 172, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2014.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Witaj na pustyni rzeczywistości (Agnieszka Ziętek, „Jean Baudrillard wobec współczesności. Polityka, media, społeczeństwo”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2014)
Dwaj ludzie siedzą w czerwonych, skórzanych fotelach wśród księżycowego krajobrazu. Jeden z nich wypowiada zdanie przywołane w tytule. To scena powtarzana w nieskończoność, w mnogich wariacjach. Oczywiście „Matrix” braci Wachowskich, a Morfeusz cytuje Neo frazę z „Symulakrów i symulacji” Jeana Baudrillarda.

Francuski filozof podobno nigdy nie oglądał filmu, a w kilku wywiadach jasno stwierdził, że reżyserzy źle interpretują jego idee. Baudrillard został w pierwszej części kinowej trylogii odczytany zgodnie z wzorcami postmodernizmu i popkultury czyli pobieżnie. Więcej w „Matrixie” jest zresztą pomysłów z Lema, ale trzeba przyznać, że właśnie dzięki filmowi Baudrillard stał się troszeczkę rozpoznawalny wśród szerszej publiczności. Wachowscy poszli w stronę hollywoodzkiej pulpy, a autor „Społeczeństwa konsumpcyjnego” jest, obok Michaela Foucaulta, Zygmunta Baumana, Jacquesa Derridy i Marshalla McLuhana najczęściej cytowanym – w pracach i artykułach z dziedziny humanistyki – naukowcem II poł. XX wieku.

Książka Agnieszki Ziętek, to pierwsze na polskim rynku kompendium wiedzy o francuskim myślicielu. Można ją czytać fragmentami lub całościowo. Dlaczego fragmentami? Baudrillard zdekonstruował i zinterpretował zarówno dzieła literackie (Dicka, Borgesa) jak również ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r. Może go zatem analizować zarówno literaturoznawca jak i historyk lub politolog. Przy czym, np. jego pogląd, że zamach na World Trade Center jest efektem zagrożeń pochodzących z wnętrza systemu – który usiłuje globalizować na siłę – nie są ideami „osobnymi” czy rewolucyjnymi. Warto jednak sięgnąć po książkę Agnieszki Ziętek, bo cały kontekst myśli współczesnej, ukazany poprzez dzieło Baudrillarda, zostaje podany w przystępny sposób.

Najgłośniejsze pojęcia symulakry, symulacje, pustynia rzeczywistości nieodmiennie kierują nas ku strategii istnienia mediów. Baudrillard nie pozostawia złudzeń. Już od lat 70. przekonuje, że są one częścią przemysłu reklamowego, a ich działania w sposób mniej lub bardziej wyrafinowany mają nakłaniać do konsumpcji. Istnieją w hiperrzeczywistości. Tu dochodzimy do sedna...

Czy – wulgaryzując – gdy pan Zenek siedząc ze szwagrem przy obiedzie wygłasza zdanie „Prasa kłamie” (szerzej media), zdaje sobie sprawę, że znalazł się w sytuacji baudrillardowskiej? Media to wszak obraz. W koncepcji francuskiego filozofa możemy rozróżnić cztery jego poziomy.

Obraz odzwierciedla rzeczywistość. To poziom pierwszy. Obraz zniekształca rzeczywistość – drugi. Ukrywa rzeczywistość – trzeci. I wreszcie obraz, który z rzeczywistością nie ma najmniejszego związku. Jest symulakrem. Trudno pisać o mediach, wirtualnym, ale zarazem hiperrzeczywistym świecie, bez znajomości poglądów Budrillarda. Wtedy naprawdę uwierzymy, że „Wojny w Zatoce nie było”.

Agnieszka Ziętek, „Jean Baudrillard wobec współczesności. Polityka, media, społeczeństwo”, s. 245, Wydawnictwo Uniwersitas, Kraków 2013.

niedziela, 31 lipca 2016

Nauka, wiedza i edukacja czy rozrywka? (Mirosław Borusiewicz, „Nauka czy rozrywka? Nowa muzeologia w europejskich definicjach muzeum”)

Krzysztof Myśliński
("Projektor" - 2/2014)
To nie recenzja. Omówienie. Subiektywne, IV tomu serii „Muzeologia”, wydawanej przy udziale Muzeum-Pałacu w Wilanowie, kosztem i staraniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jako element programu „Akademia Zarządzania Muzeum”. Solidna rekomendacja.

Autor? Wieloletni praktyk, niedawny dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi, z uzasadnioną przez zainteresowania i dyscyplinę intelektualną – skłonnością do autorefleksji.

Książka? Usystematyzowana, podzielona na sześć rozdziałów, z których dwa pierwsze: „Geneza i zarys dziejów muzeum publicznego” oraz „Pojęcia i definicje muzeum w XX wieku”, solidne, erudycyjne (i niezbędne w rozprawie, która jest jak się zdaje pracą kwalifikacyjna autora – doktorską). Pozornie akademickie, przypominają czytelnikowi, że „stare, dobre muzea” nigdy nie podały się akceptowalnym definicjom – co autor wyraźnie, dla czytelnika w zaskakującej formie, przedkłada. Zestawia i analizuje definicje muzeum w kolejnych wydaniach „Encyklopedii Brytyjskiej” z ostatnich 100 lat. Jest to pomysł prosty i zachwycający. Borusiewicz, z premedytacja eksplorujący anglosaską, głównie brytyjską refleksję muzealogiczną, wykorzystał fakt, że „Britannica” nie jest solenną encyklopedię w naszym tradycyjnym rozumieniu, lecz swoistym czasopismem – trybuną brytyjskiego racjonalizmu i pragmatyzmu, żywo reagującą na wyzwania czasu.

Kolejne cztery rozdziały mogą być lektura pasjonującą: „Nowa muzeologia – główne założenia”, „Nowoczesne muzeum w nowoczesnym społeczeństwie”, „Muzeum przyszłości” i „Do czego dzisiaj potrzebne są muzea?” – są próba zmierzenia się z odpowiedzą na łańcuszkowe pytanie: czym muzeum, dla kogo muzeum, z czym muzeum, po co do muzeum, kto do muzeum, co w muzeum, czy wolno muzeum, mądrzeć (w muzeum)..., myśleć..., przeżywać..., z pokorą do muzeum, z szacunkiem..., do muzeum dla eksponatu, ...dla upewnienia o rzetelności przekazu kultury, dla dzieła, arcydzieła (a gdzież indziej dla dzieła, dla arcydzieła?), dla zastanowienia czym jest dzieło, czym arcydzieło, czy to różnica, co to nam daje, czy to nam daje coś, czy to ciekawe, czy to wypada, do muzeum jak do świątyni, do muzeum swobodnie, do muzeum, bo ciekawie, .... bo przyjemnie, czy to warto, czy to nie strata czasu, ...wstyd (obciach), muzeum a kurz (czy jest), i tak bez końca. To jedno – tak myśli (jeśli myśli), pyta (jeśli pyta), wątpi (to na pewno) widz, którego imię coraz częściej: brak widza.

Drugie – tak myśli muzealnik: czy można (wypada, jest dopuszczalne przez zawodową etyką...) wyjść widzowi na przeciw, mądrze czy miło, dla mnie czy dla widza to, co w muzeum, atrakcyjnie czy pouczająco, kolekcja czy narracja, dzieło czy jego kontekst – dzieło i jego kontekst, gdzie kończy się muzeum, muzeum a powaga, muzeum to zbiory, a muzeum bez zbiorów?, jak jest możliwe muzeum bez zbiorów..., jak jest możliwe muzeum bez widzów, czy jest muzeum, gdy nie ma widzów, czy widz w muzeum musi patrzeć – jeśli nie patrzy, a dobrze się czuje, to czy nie zdradzamy muzeum, czy nie zdradzamy idei muzeum pokazując nie-dzieło (kopię, wyobrażenie, same kopie, wyobrażenia, samą narrację, sam kontekst, sama ideę!). Strach...

I trzecie – tak „myśli” MUZEUM: zbieram – badam – pokazuję – pouczam – podnoszę – uszlachetniam – służę – strzegę – dbam (konserwuję) – włączam do obiegu – szukam języka przekładu – wabię (to dla widza), ale też: wymagam szacunku, jestem skarbnicą wiedzy, jestem alibi rozumu, jestem dowodem prawdy, jestem Prawdą (to dla siebie), ale też: przyjrzyj się, rozwiń się, zrozum, poznaj, dojrzyj, przeżyj, PRZYJMIJ.

To jest książka o STRACHU, strachu, strzaszku: muzealników, szerzej humanistów, przed utratą sensu, przeoczeniem zmiany, zatraceniem komunikatywności, powabu. Muzeom już nie wystarczy być, muszą stanąć do konkurencji o widza, wykrzesać z siebie wdzięk i lekkość. To na co dzień są konkrety – zachować pierwotny sens: gromadzić, chronić, badać i udostępniać materialne pamiątki działalności człowieka, określić się wobec „paramuzealnych zjawisk performatywnych”: parki tematyczne, muzea bez eksponatów, muzea wirtualne, muzea etnograficzne itd., nie zgubić widza.

Najbardziej jest to książka o próbie zachowania dialogu muzeów i społeczeństw w obliczu „wyzwań nowoczesności”, prowadzonej pod sztandarem Nowej Muzeologii. Dopuszczę się karygodnego uproszczenia ujmując jej istotę pytaniem: edukacja czy rozrywka. A niech tam... 

Nie, autor nie zadaje jasno takiego pytania. Robi to subtelniej i z wyrozumiałością dla czytającego: Jak należy postrzegać przyszłość muzeów: jako miejsce refleksji i edukacji, rozrywki intelektualnej na najwyższym poziomie czy raczej jako centrum zaciekawienia i rozrywki, coraz bardziej przypominające park tematyczny czy Disneyland?. Książka jest dociekliwa, erudycyjna, narracja wielostronna, wywody klarowne. Sądy niekiedy są subiektywne, ale subiektywne w zawsze jasno określonych granicach, a nawet szczególnie interesujące, gdy rodzą się z konfrontacji refleksji intelektualnej z muzealną praktyką autora.

Krążąc na różne sposoby wokół zagadnień Nowej Muzeologii Borusiewicz, wprowadza – z sensem dla wywodu i wielka korzyścią dla czytelnika – cały szereg pojęć i terminów, pozwalających „obmacać” horyzont współczesnej refleksji muzeologicznej. Tu zaledwie kilka – od technicznych po fundamentalne – podanych przypadkowo, jako ślad z lektury: kontekstualizacja obiektu przez podpis, tekst muzealny, zdyscyplinowane społeczeństwo, tworzenie solidarności społecznej (social inclusion) jako efekt działalności dobrego muzeum, „disneylandyzacja” muzeów, neuromuzeologia czyli psychologia muzealna, panmuzeologia czyli globalizacja, komercjalizacja muzeów...

Autor co chwilę umyka w okolice eseju, co czyni „Naukę czy rozrywkę?” atrakcyjną dla czytelnika chciwego na humanistykę. Muzealnikom się nie poleca – drapie.
Mirosław Borusiewicz, „Nauka czy rozrywka? Nowa muzeologia w europejskich definicjach muzeum”, s. 234, Universitas, Kraków 2012.