czwartek, 27 października 2016

O chłopcu opętanym przez lirykę (Marian Buchowski "Buty Ikara")

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 5/2016)
Samotny pośród tłumu fanów. Bard, który przez całe swoje życie szukał miejsca na ziemi i mimo licznych podróży po świecie wszędzie czuł się bezdomnym włóczęgą. Szczegółową biografię i nieznane dotąd fakty z życia Edwarda Stachury przedstawia Marian Buchowski w swojej najnowszej książce poświęconej jego życiu i twórczości „Buty Ikara”.

Obszerna lektura dostarcza nowych informacji o jednym z najsłynniejszych poetów po 1945 roku, który tworzył lirykę przesiąkniętą wrażliwością na naturę, współodczuwaniem. Dzięki niej dowiadujemy się o trudnych początkach życia poety po przyjeździe do Polski w 1948 r. z Francji, gdzie się urodził. Autor „nakłada” tytułowe buty i w nich przemierza świat „Steda”, zagląda w najgłębsze zakamarki jego życia, analizuje korespondencję, przywołuje relacje osób, które bardziej lub mniej osobiście znały jednego z najpopularniejszych bardów polskiej poezji. To swego rodzaju powieść, wielowątkowa, ale najważniejszym jej spoiwem jest właśnie Edward Stachura, jego życie i twórczość. 

Buchowski rozważa sposób funkcjonowania Edwarda Stachury w systemie komunistycznym, wspomina, że jego twórczość pozbawiona była politycznych aluzji, nawiązań, nawet w czasie wydarzeń na Wybrzeżu w 1970 czy Radomiu 1976. Jego dzieła wyróżniają się apolitycznością, być może dlatego też literatura Stachury była akceptowana przez władzę ludową i uważana za niegroźną. Marian Buchowski nieco odczarowuje postać Stachury, przedstawia jego konflikt z ojcem, biedne czy wręcz nędzne życie autora „Siekierezady”, który nie stronił od flirtowania czy nawet uwodzenia starszych kobiet by uzyskać od nich małą pożyczkę (każdą spłacał, zwykle terminowo). Czytając „Buty Ikara” ma się wrażenie, że Stachura był człowiekiem poszukującym, cały czas w ruchu metafizycznym. Autor przytacza słowa profesora Henryka Skolimowskiego (polskiego filozofa), który spotkał „Steda” w Stanach Zjednoczonych, wówczas to autor „Całej jaskrawości” zamiast chłonąć amerykańskość, zwiedzać, poznawać ludzi, uczyć się języka, czas wolny spędzał w pokoju, czytał lub pisał. Ta książka to również opis pewnej epoki, ludzi i codziennej rzeczywistości lat powojennych. Pojawiają się w niej takie postaci jak: Jarosław Iwaszkiewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński czy kompozytor muzyki Jerzy Satanowski. 

„Buty Ikara” jeszcze bardziej utrwalają obraz Stachury – człowieka zanurzonego w bycie i duszy ludzkiej. Dzięki tej pracy, niektórzy z pewnością utrwalą sobie wizerunek poety indywidualisty, który nie należał do grona pisarzy, którzy za życia budują sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu, to inni uczynili z niego legendę i pewien charakterystyczny, literacki znak tamtych czasów. Niektórzy zaś być może nabiorą do niego dystansu. Myślę jednak, że dla każdego, kto zdecyduje się założyć „Buty Ikara” i pójść ścieżką „Steda”, będzie to wędrówka niezapomniana, a być może ktoś nawet dotrze na symboliczne wrzosowisko Stachury.

Odwirowanie języka (Justyna Bargielska, „Selfie na tle rzepaku”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 5/2016)
Zaproponowana przez Biuro Literackie wraz z początkiem 2016 roku kieszonkowa seria „22. Wiersze podróżne” to zaproszenie do podróży nie tylko przez poezję, ale i z poezją, wszak poza tradycyjnymi miejscami sprzedaży poręczne tomiki znaleźć można – a czemu by nie? na dworcach i lotniskach. Do szacownego grona trójki „podróżniczych” poetów: Jacka Dehnela („Seria w ciemność”), Romana Honeta („rozmowa trwa dalej”) i Julii Szychowiak („Naraz”) dołączyła niedawno także Justyna Bargielska, publikując swoje „Selfie na tle rzepaku”. 

Autorski wybór wierszy warszawskiej autorki, to rzecz nowa w formie, ale tylko w formie zestawienia, treściowo bowiem częściowo wywiedziona z poprzednich tomików. Wśród dwudziestu dwóch utworów serii, znaleźć można twórczość pochodzącą z „Dwóch fiatów”, „Nudelmana”, „Dating Sessions” oraz „Bach for my Baby”. Jak przekonuje poetka, jedyne kryterium doboru do „Selfie...” to kryterium ilościowe. Czy aby na pewno? Zanurzając się w lekturze nie trudno przecież doszukać się powracających leitmotivów i wspólnych odniesień. 

Tym, co wydaje się spajać „podróżniczą” twórczość jest ważkość każdego z podjętych tematów, skrywana pozornie pod płaszczem błahostek i szczególików w charakterystyczny, niepodrabialny sposób. Jest więc tu miejsce dla śmierci, macierzyństwa, przemijania, miłości, moralnych dylematów, znaku czasów... Wszystko to oszczędnie, płynnie, bez patosu. Nutą przewodnią w warstwie formalnej jest narracyjność, luźne scenki, tyleż konkretne, co nieuchwytne, nieprzekładalne na dyskursywny język. Szybkoobrotowa wirówka, w której odwirowany zostaje język, jak czytamy za Sabiną Misiarz-Filipek, to chyba słuszne określenie uprawianej stylistyki. Istotnie, język Bargielskiej nie jest łatwy i choć czytelnika zwodzić może na interpretacyjne manowce, dla niej zdaje się czymś naturalnym, bezoporowym, plastycznym. Permanentnie zaskakuje i nawarstwia konteksty. Dlatego też jest tak atrakcyjny. 

Czy wszystkie z dwudziestu dwóch wierszy są warte zatrzymania i semantycznej ekwilibrystyki? Prawdopodobnie nie. Są jednak takie, które nie potrzebują wysiłku, by pomiędzy autorką, a odbiorcą zbudować intymny pomost („Inna Róża”, „Sól i ogień”). Są też i te, które dopiero za linią tekstu tworzą głębsze obrazy i odbijają się echem („Nie mili ludzie, ale staw pokryty rzęsą”). Choć nie każdy przejrzy się w poezji Bargielskiej, jak w lustrze, jej osobiste, wewnętrzne przeżycia dojmują emocjonalnym bagażem. Emocje te nie podawane są jednak wprost, nachalnie. Ból po utracie dziecka, tęsknota przewijająca się to tu tam („Sól i ogień”, „Jednym słowem”) nie roztkliwiają, przynoszą raczej dziwny rodzaj spokoju. Rzeczywistość widziana oczami poetki otwiera na obserwację świata, który mamy tuż obok, za rogiem, innym razem tworzy rodzaj pożądanego dystansu („Selfie ze złotym siurkiem”, „Ding”). Zawsze jednak ukazuje go w nieznany nam dotąd, zadziwiający sposób.

Justyna Bargielska, „Selfie na tle rzepaku”, s. 36, Biuro Literackie, Stronie Ślaskie-Wrocław 2016.

Piękno prostej drogi (Uta Przyboś "Prosta")

Michał Siedlecki

("Projektor" 5/2016)

Wśród potopu mniej lub bardziej wartościowych poetyckich nowości na naszym rynku wydawniczym, warto szczególnie zwrócić uwagę na ubiegłoroczny tom „Prosta” (2015) Uty Przyboś, który już niebawem, bo w październiku powalczy o literackie podium 20. jubileuszowej edycji Nagrody Literackiej „Nike” 2016. To intymny, na poły baśniowy zbiór poetki, w treści którego odnajdziemy między innymi prawdy uniwersalne o współczesnym – często wyjałowionym z wartości humanistycznych – świecie. 

Autorka „Prostej” jest córką wybitnego polskiego poety Juliana Przybosia, po którym, co wszystko na to wskazuje, odziedziczyła – prócz talentu pisarskiego – również szczególną umiejętność symbolicznego portretowania świata, nie tylko w jego lirycznych odsłonach, ale także w bliskich słowu pisanemu inklinacjach malarskich. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że cykl poetycki Przybosia zatytułowany „Wiersze dla Uty” (1970), ukazał się kilkadziesiąt lat temu z rysunkami jego kilkunastoletniej wówczas córki. 

„Prosta” to już czwarty zbiór Przyboś. Wcześniej opublikowała ona następujące tomy: „Nad wyraz” (2007, Kielce), „A tu tak” (2009, Kielce) oraz „Stopień” (2012, Kielce). O randze literackiej najnowszej książki poetyckiej artystki – składającej się aż ze stu jeden wierszy – świadczy choćby fakt, że dotarła ona w tym roku do finału piątej edycji „Orfeusza” – Nagrody Poetyckiej im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Otwierający ubiegłoroczny zbiór Przyboś wiersz „Ścieżki” wyróżnia się od pozostałych liryków poetki, nie tylko najbardziej literalnym podjęciem w nim przez artystkę motywu ludzkiej drogi, zaklętej w zawiłych meandrach naszego losu, ale również specyficzną lokalizacją w jej tomie, niepodlegającą żadnym tematycznym przyszeregowaniom. Reszta wierszy pisarki została tu bowiem zgrupowana w siedmiu specjalnych cyklach: „MIEJSCE”, „WYRAZY”, „IM”, „CZAS”, „CZŁOWIECZENIE”, „DROGA” oraz „ZAWIKŁANIA”. Tom Przyboś został również wzbogacony pięknymi zdjęciami autorstwa: Andreya Kulikova oraz Pawła Nowakowskiego.

Bardzo ważnymi wierszami w tomie „Prosta” pozostają także utwory: „Drogi” oraz „Sanktuarium”. W pierwszym z nich poetka snuje bowiem swoje metafizyczne spekulacje nad sensem ludzkiego życia i celowością wszechrzeczy. W drugim – o chrystocentrycznym wymiarze – ukojeniem problemów egzystencjalnych człowieka okazuje się jego wewnętrzna duchowość. 

Zdaniem Piotra Michałowskiego, najnowszy zbiór Przyboś wypełnia odwieczną misję poezji, wyrażającą się w powrocie do pierwotnej jedności słowa z okalającym je uniwersum. Idąc tropem przemyśleń badacza, wypada tutaj dodać, że poetka ukazuje nam w niniejszym zbiorze alternatywę dla stechnologizowanego świata, która skrywa się za pięknem prostej drogi, dostępnej przecież ludzkości od eonów lat, (…) która bez początku i końca…/ (…) nieskończenie niematerialna…/ istnieje tylko w ludziach…/ prawdziwa…/ czysta…/ logiczna…

wtorek, 27 września 2016

Kosmos ocalonego (Agnieszka Gajewska „Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" 5/2016)
Seweryn Kahane tuż po zakończeniu wojny przewodniczył Komitetowi Żydowskiemu w Kielcach i był jedną z pierwszych ofiar pogromu kieleckiego, zginął postrzelony przez polskie służby mundurowe w budynku przy ulicy Planty. (…) może był synem drugiej żony stryja Fryca. (…) Seweryn Kahane przybył do Kielc wraz z oddziałem partyzantów AK i zaraz po wyzwoleniu miasta podjął pracę na rzecz ocalonych. Pierwsza scena „Szpitala Przemienienia” to scena pogrzebu, a trumna przyjechała z Kielc.

Nie do końca wiadomo jakie więzy pokrewieństwa łączyły Stanisława Lema i Seweryna Kahane. Na pewno przez jakiś czas mieszkali u rodziców autora „Solaris”, gdy przyszły pisarz pracował w zakładach Kremina, gdzie Żydzi poszukiwali kosztowności zaszytych w ubraniach z obozów koncentracyjnych, potem ukrywali się po „aryjskiej stronie”. 

Książka Agnieszki Gajewskiej z Instytutu Filologii Polskiej UAM w Poznaniu – „Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema” – pokazując okupacyjne losy pisarza tropi autobiograficzne wątki w utworach – tak zdawałoby się odległych jak – „Powrót z gwiazd” i wspomniany już „Szpital Przemienienia”, ślady zagłady żydowskiej mniejszości Lwowa, zakodowane w esejach filozoficznych, powieściach SF, w światach zaludnionych przez cywilizacje robotów. Lem konsekwentnie unikał mówienia wprost o przeszłości, czyniąc zaszyfrowany temat rodzinny, temat lwowski i temat żydowski, głównymi dla swej twórczości. Motyw „obcości”, „odrzucenia”, „ucieczki”, „śmierci”, „eksperymentu” przewija się od „Człowieka z Marsa” do „Pamiętnika znalezionego w wannie”. 

Zrozumieć pozycję dziwną? nietypową? osobną? Lema w polskiej literaturze możemy przez pryzmat krytyki zagranicznej. 40 lat temu prawie nie istniał – nawet w przypisach – w polskich leksykonach. Potem, jak sam żartował, z pisarza „dla dzieci”, nagle awansował na poziom „filozofa”. Krytyka niemieckojęzyczna uwielbiała go za racjonalizm i śmiałe wizje, radziecka oskarżała o szkodliwy wpływ na współczesną fantastykę w ZSRR, amerykańska (piórem Ursuli Le Guin) twierdziła, że wykracza poza poziom pojmowania czytelnika zza oceanu. Jest jak Bregg z „Powrotu z gwiazd”, który mimo swej wyjątkowości, trafia – po wieloletniej i absurdalnej dla współczesnych podróży międzygalaktycznej – do „betryfikowanej” (normalnej?) cywilizacji. Odklejony, inny, godzi się na przeciętny styl życia w egalitarnym (idealnym, bo poddanym farmakologii zwalczającej przemoc) społeczeństwie. Przy okazji można prześledzić jak współczesna popkultura literacka i filmowa czerpie nieustannie z prozy Lema. Autorka proponuje interpretację „Powrotu z gwiazd” jako metafory emigracji, połączenia z wielką falą wyjazdów rodzin żydowskich w 1958 r.

Figurą powracającą jest postać ojca – Samuela Le(h)ma, wybitnego lekarza, który cudem przeżył zagładę lwowskiego getta – w autobiograficznym „Wysokim Zamku” opisanego ze szczegółami garderoby: Krawat ojca był miękki, czarny, wyglądał jak szarfa, wiązał się w rodzaj kokardy. Garderoba, to obok rozbudowanych obrazów jedzącego bohatera, jedna z obsesji Lema i powracające echo okupacyjnego głodu. Ta postać staroświecko i dziwacznie dla współczesnych ubranego ojca, powróci chociażby w transmisji fal mózgowych Kelvina z oceanem Solaris. O innych krewnych autora „Kongresu futurologicznego” niewiele wiadomo, zginęli prawdopodobnie w Holocauście, a jedynym, z którym – okrężną drogą zresztą – korespondował po wojnie był Marian Hemar.

Lema fascynował przypadek. W charakterystyczny dla siebie, humorystyczny sposób opisywał małżeństwo rodziców, do którego doszło po wyeliminowaniu – kolejno – konkurentów przez reumatyzm, koklusz, niestrawność, przepuklinę („Przypadek i ład”). 

W „Zagładzie i gwiazdach”, dzięki drobiazgowym poszukiwaniom Agnieszki Gajewskiej, czytamy o najbardziej dramatycznym przeżyciu okupacyjnym Lema. 2 lipca 1941 r. został przez Niemców zapędzony do więzienia na Brygidkach wraz z innymi Żydami. Mieli wynosić trupy pomordowanych przez wycofującą się Armię Czerwoną. Co pewien czas rozstrzeliwano grupę z tego swoistego Sonderkomando. Żydów we Lwowie wskazywali Ukraińcy i Polacy.

Odpryski, skrzętnie ukryte w kostiumie SF, tej masakry znajdziemy później na kartach „Edenu” i „Niezwyciężonego”. Los, przypadek sprawił, że Lem ocalał.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Kulturalnie o jedzeniu („W garnku kultury. Rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 4/2016)
Jedzenie to jeden z tych obszarów (obok polityki i religii), które w przestrzeni społecznej wywołują chyba najbardziej burzliwe dyskusje i spory. Nic dziwnego skoro towarzyszy nam każdego dnia, warunkując nasze istnienie. I choć czynność ta wydaje się kwestią indywidualną, niejako intymną, w rzeczywistości nierzadko staje się narzędziem manipulacji czy nawet zniewolenia, tematem idealnym do „przeciągania liny”.

Praca zbiorowa „W garnku kultury. Rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej” pod redakcją Aleksandry Drzał-Sierockiej to doskonały dowód na to, że w kwestii naszych codziennych praktyk jeszcze nie wszystko zostało powiedziane, że pod pokrywką garnka zupy możemy znaleźć znacznie szerszy kontekst niż tylko preferencje kulinarne czy tradycje rodzinne.

Przygotowywanie i spożywanie jedzenia to rodzaj narracji – świadomej bądź nie – o sobie, swoich wartościach, stosunku do życia, o relacji ze światem. O tym właśnie traktuje zbiór artykułów będących pokłosiem konferencji “(Po)Wolne jedzenie. Slow food, weganizm i inne ruchy żywieniowe w przestrzeni społeczno-kulturowej XXI wieku”, która odbyła się w 2013 roku w ramach Planete+ Doc Film Festival. Praca, na którą składa się dwanaście artykułów, rozszerzających tematykę konferencji wraz z zapisem fragmentów debaty festiwalowej, wstępem oraz notami o autorach, podzielona została na trzy części.

Pierwsza – „Jedzenie w (nie)świadomości”, prezentuje zbiór tekstów, próbujących uchwycić funkcje jedzenia i czynności z nim związanych w zwykłej codzienności. Od budowania zjawiska matriarchatu i wyrafinowanych prawideł nim rządzących, o czym przekonuje nas Joanna Mroczkowska na przykładzie białostockiej wsi, po jedzenie będące formą praktyki duchowej i realizacją filozofii uważności, w myśl przysłowia joginów Jakie jest twoje jedzenie, taki jest twój umysł, na co zwracają uwagę Agnieszka Długosz i Tomasz Trąbiński. Część pierwsza przybliża także zjawisko kooperatyw spożywczych i rosnącej wraz z ich rozwojem świadomości konsumenckiej (Dominika Potkańska), a także specyfikę marnotrawienia żywności od strony przyczynowości (Ariel Modrzyk).

Część druga „Konteksty wybranych reprezentacji jedzenia w kulturze współczesnej”, zabiera nas w nieco odmienne rejony – gdzie rzeczywista konsumpcja zastąpiona zostaje sferą obrazów, tworzenia ich i oglądania, wszak jedzenie odbywa się również przez oczy. Karol Jachymek na przykładzie Coca-coli zwraca uwagę na niezwykłą nośność i pojemność znaczeń, utrwalonych w podświadomości konsumenta. Joanna Jeśman opowiada o sztuce biologicznej w kontekście posthumanizmu. Z kolei Monika Sońta, Katarzyna Twardowska i Agata Ciastoń rozpatrują tematykę kulinariów przewijającą się przez współczesne media na przykładzie wszechobecnych blogów i programów telewizyjnych z gotowaniem na ekranie.

Jak na prawdziwą ucztę przystało zwieńczeniem zbioru okazuje się najbardziej intrygujący zestaw tekstów – intrygujący, co bynajmniej nie oznacza smaczny. Część trzecia „Między etyką a fizjologią, między pragnieniem a potrzebą” traktuje bowiem o kwestiach, które chciałoby się przemilczeć, takich jak graniczny głód, kanibalizm i ludzka fizjologia. Poruszona zostaje tu kwestia relatywności etyki, freudowski kanibalizm w kontekście pożądania, a także antyestetyczny wymiar jedzenia na przykładzie trzech znanych filmów: “Wielkie żarcie”, “Super Size Me” oraz “Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”.

Choć niektóre z artykułów wydają się być nieco bardziej apetyczne niż są w rzeczywistości, a podjęty temat jest nie tylko niewyczerpany, a ledwie uszczknięty, całość jest strawna, a momentami nawet całkiem smakowita.

Smutny człowiek patrzy na krzesło Vanzettiego („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Ci, którzy dostarczyli cenny kruszec, otrzymywali miedziane odznaki zawieszane na szyi, zaś tym, którzy odznak nie mieli, odcinano dłonie, po czym pozostawiano ich samym sobie, aby wykrwawili się na śmierć. Tak wyglądało – celebrowane niedawno z patosem (500 rocznica) – „odkrycie” Ameryki przez Kolumba. Tak rozpoczyna się „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna.

Wydana ponad trzydzieści lat temu (teraz trafia do polskiego czytelnika), sławę zdobywała stopniowo. Dopiero ataki republikańskich recenzentów i ważne miejsce w „Buntowniku bez powodu” Gusa Van Santa (Matt Damon był sąsiadem historyka i wielbicielem książki) zapewniła sprzedaż dwóch milionów egzemplarzy. Spokojnie można powiedzieć – kto nie czytał Zinna, ten nie zrozumie Ameryki do końca. Dlaczego „ludowa”? Madison [James, jeden z twórców tekstu i komentarza do amerykańskiej ustawy zasadniczej] (…) wraz ze swymi wspólnikami umieścił na początku preambuły do Konstytucji słowa „My Lud”, udając, że nowy rząd reprezentuje wszystkich, i żywiąc nadzieję, że ten mit się przyjmie, zapewniając „spokój wewnętrzny”. 

Zinn wydaje ostre sądy, przenikliwie analizuje, odwołuje się do źródeł, cytuje wspomnienia, artykuły prasowe, dokumenty. Jego historia nie jest pisana z punktu widzenia J.P. Morgana, Andrew Carnegie, Henry’ego Forda, Jerzego Waszyngtona, Benjamina Franklina czy Andrew Jacksona. Chociaż nie – ten ostatni, opiewany bohater demokracji – skutecznie podbił jedne plemiona indiańskie za pomocą innych, potem wszystkich pozbawił ziemi, by – zgodnie z doktryną innego amerykańskiego herosa „mitu założycielskiego” Thomasa Jeffersona – Indian „cywilizować” i zapewnić południowym stanom dobrobyt. Ten ulizany portrecik – arystokratów stali i bawełny – zrzucamy ze ściany.

Bohaterowie książki Zinna to – nieomal w duchu europejskiej literatury, a nie amerykańskiej historiografii – skrzywdzeni i poniżeni. Indianie, czarnoskórzy niewolnicy, biedni farmerzy, imigranci, kobiety, robotnicy wielkoprzemysłowi. Postaci z punktu widzenia, których pisana powinna (też) być historia. Lepiej pojmiemy skalę termojądrowego rozbłysku, który sprowokował autor, porównując do skali ataków na Olgę Tokarczuk za jej chęć pisania polskiej historii m.in. w imieniu chłopów, Żydów i kobiet. 

Howard Zinn układa amerykańskie puzzle przywołując po kolei fakty: eksterminację Indian, niewolnictwo (różne szacunki mówią o prawie pięćdziesięciu milionach porwanych mieszkańcach Afryki), prawie niewolniczą, kilkuletnią pracę białej biedoty anglosaskiej, wojny z małymi dzierżawcami przy użyciu wojska, dyskryminację kobiet (coś nam przypominają prawa o możliwości wyjścia z domu tylko w towarzystwie ojca lub brata?), wyzysk imigrantów umierających tysiącami przy budowie kolei i w kopalniach srebra (opis przypadku Włocha, który zakuty w kajdany, uciekł od pracodawcy i 42 dni pieszo wracał do Nowego Jorku), szesnastogodzinny dzień pracy i krzesło elektryczne (na podstawie sfabrykowanych dowodów) dla rzekomych zamachowców, socjalistów Sacco i Vanzettiego.

Żaden kraj na świecie tak długo nie przebywał w cieniu rasizmu. Nawet w trakcie II wojny światowej Czerwony Krzyż za zgodą (na polecenie) amerykańskiego rządu oddzielał krew białych i czarnoskórych dawców. Zaś same wojny? Jest troszkę inaczej niż się Państwu zdaje. Wojna o niepodległość, secesyjna, udział w konflikcie 1914-18 – Zinn kreśli propagandowe i (nazwałbym je) kapitałowe przyczyny wybuchu. Ciekawa jest interpretacja dość dwuznacznej i cynicznej roli Abrahama Lincolna w ruchu abolicjonistów. 

Spokojnie jednak – tak wiele się zmieniło, że aż nic się nie zmieniło. Biedny farmer z Utah może hodować zmodyfikowaną kukurydzę, ale (pod groźbą licytacji) nasiona musi kupować u dostawcy posiadającego monopol. Pod nosem można zanucić sobie tylko piosenkę z „Kabaretu” Boba Fosse’a. Morgan i Rockefeller nazywają się dziś Zuckerberg i Larry Page. Nie ma Cię w google? To nie istniejesz.

Ten świat odpłynął niepostrzeżenie (Bogumiła Szurowa, Młynarstwo między Wisłą a Pilicą od połowy XVIII do XX wieku)

Piotr Kardyś
("Projektor" - 4/2016)
Młynarstwo wiejskie nigdy nie było autonomiczne, lecz sprzężone z całokształtem kultury wsi – zacytujmy J. Adamczewskiego. Zobrazowanie rozwoju młynarstwa wiejskiego obszaru między Wisłą a Pilicą oraz dopełnienie obrazu tego zjawiska gospodarczego na ziemiach polskich, to zadanie, jakie postawiła przed sobą Bogumiła Szurowa przed wielu laty, a którego efekty możemy znaleźć w omawianej publikacji. 

Do swojej pracy wykorzystała zasoby archiwów Muzeów Wsi Kieleckiej i Radomskiej, Archiwów Państwowych w Kielcach, Radomiu, Krakowie, Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, wyniki badań etnograficznych (zwłaszcza kwestionariusze i ankiety), dostępny materiał ikonograficzny i kartograficzny. Skorzystała również z publikowanych katalogów zabytków oraz bogatej literatury przedmiotu.

Od razu trzeba wyjaśnić, iż młynarstwo oznacza tak młyny, jak i wiatraki. Autorka dokonała analizy typów i chronologii młynów, przeanalizowała rozwój technologiczny i techniczny urządzeń młyńskich, zdolność produkcyjną i jej asortyment, ale też scharakteryzowała osady młyńskie, rolę i pozycję młynarzy w społeczności wiejskiej, również przybliżyła proces budowy młynów i wiatraków oraz ich twórców.

Ten świat odpłynął od nas niepostrzeżenie, mimo że młynarstwo interesującego nas obszaru bazowało na młynach wodnych i wietrznych, dostarczając nawet blisko 30 procent zbóż przetwarzanych w kraju, jednak przy bardzo niskiej wydajności. Było to efektem niewystarczającego wyposażenia w nowoczesne urządzenia, ale też wynikało ze zbyt rozbudowanej sieci młynów. Gwałtowne zmiany w uprzemysłowieniu obszarów wiejskich w końcu lat 60. XX wieku, zatarły w powszechnej świadomości, tak wcześniej licznie występujące charakterystyczne budowle. „Gwoździem do trumny” była polityka gospodarcza w PRL, zwalczająca drobną przedsiębiorczość. 

Na szczęście, niektóre z zabytków przemysłowej kultury wiejskiej odzyskują dawny blask, służąc obecnie, jako baza turystyczna, czego przykładem mogą być choćby wspomniany w publikacji młyn rodziny Gustawa Herlinga-Grudzińskiego z Suchedniowa czy młyn z Jędrowa. Niestety, przy całych swoich walorach, praca Bogumiły Szurowej, nie jest, jakby chciała autorka „monografią”, choćby ze względu na liczne pomyłki i braki. 

Mimo wszystko, (piszę tak, ponieważ zdarzają się pomyłki i braki wśród zinwentaryzowanych obiektów, autorka pomyliła np. opis ilustracji: przy opisie fotografii na s. 18 zamiast jaz piętrzący wodę dla młyna turbinowego na Łyżwach, na rzece Kamiennej pisze: Michałów, g. Wąchock, jaz piętrzący wodę dla młyna turbinowego na Żarnówce (sic!)) – to chociaż „młyny mielą powoli”, doczekały się jednak – wreszcie – opracowania na miarę ich znaczenia w naszym regionie.

Bogumiła Szurowa, Młynarstwo między Wisłą a Pilicą od połowy XVIII do XX wieku, wyd. Muzeum Wsi Kieleckiej, Kielce 2015, ss. 622 + CD.