czwartek, 27 października 2016

Co skrywa studnia? (Artur Laisen, „Studnia Zagubionych Aniołów”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 5/2016)
Miłość do fantasy może być przepastna i głęboka, jak głęboka bywa wyobraźnia i może mieć tyle powodów, ilu jest jej amatorów. Jednym z nich, co sugeruje autor „Studni Zagubionych Aniołów”, może być poetycko brzmiące (przywołane bowiem słowami pieśni samego Schillera) Sehnsucht – pragnienie, tęsknota za utraconym (?), ulotnym, nieistniejącym, ale dziwnie bliskim domem. Czy zanurzając się w powieści Artura Laisena, czujemy się jak w domu lub chociaż tęsknimy do rysującego się przed nami świata? To już kwestia indywidualna.

Jak na gatunek przystało w utworze Laisena (pseudonim autorski pisarza mieszkającego w Kielcach, który publikował opowiadania, m.in. „Księdza Marka trzy spotkania z demonem” i thriller fantasy „CK monogatari”) obserwujemy odwieczną walkę dobra ze złem. Świat Błękitu, Kryształ Tworzenia, Święta Góra Dnia i legendarni Jeźdźcy Światła na złotych rydwanach, przenoszące czytelnika do baśniowego Hamamu, to przeciwwaga do ciemnego ziarna, Przekrwionego Oka i czyhającego w ciemnościach mitycznego Demona, którego powrót zwiastować ma nadciągająca Mroczna Gwiazda. Magiczną krainę, przywołującą skojarzenia ze średniowiecznym Bliskim Wschodem, poznajemy jednak dzięki równolegle toczącej się historii rodem ze współczesnej Warszawy. Joanna, Kinga, Tomasz i Michał to bowiem główni bohaterowie utworu, którzy, chcąc nie chcąc, mają, zdaje się, największą rolę do odegrania w toczących się losach przenikających się światów. 

Wydany nakładem Genius Creations pierwszy tom „Terai” już na pierwszych kartach składa obietnicę zetknięcia się z magiczną rzeczywistością wielu wymiarów, misternie tkaną nie tylko poprzez zapowiedź epickiego rozmachu, ale też przez poetyckość formy, przeplatanej raz po raz głębszymi refleksjami. Mnogość zastosowanych zabiegów może jednak prowadzić do złudnych wyobrażeń, przeobrażając się z chwilowego zachłyśnięcia rozległością kreacji w dezorientację i rozczarowanie. Może, co nie oznacza, musi.

Choć w utworze nie brakuje błyskotliwych pomysłów, z ich realizacją jest już nieco gorzej. Wraz z każdą kolejną stroną „Studni...” obserwujemy, jak tajemnicza rzeczywistość Astronoma ze Szklanej Wieży i skutki jej oddziaływania widoczne w warszawskich realiach zamiast nabierać kształtów, rozmywają nieco fabułę i gubią przyczynowość. Czy to świadomy zabieg? Być może… autor zapowiada przecież kontynuację, gdzie wszystko może jeszcze uda się wyjaśnić. Niestety można odnieść wrażenie, że dobrze rozwijającą się, oniryczną atmosferę zastępuje momentami zwyczajny chaos i brak konsekwencji. Pewien zgrzyt widoczny jest również w konstrukcji bohaterów. Mimo, że mało znaczące opisy są nieraz rozbudowane do przesytu, charakterystyka postaci jest tylko powierzchowna. Płaskie (w większości) osobowości utrudniają tym samym „zbliżenie się” do bohaterów, z którymi obcować mamy jeszcze w co najmniej jednym tomie. 

Wśród minusów wspomnieć należy również o potknięciach tekstowych, nadmiar przecinków z trafiającymi się błędami ortograficznymi domagają się poprawek. Wydanie, bądź co bądź, wizualnie intryguje. Schludna, ascetyczna okładka to jego duży atut. Czy to jednak wystarczy, by sięgnąć po ciąg dalszy splątanych opowieści Isthariona z T'araf i czwórki warszawiaków? Z pewnością czytelnicy znajdą wiele własnych do tego powodów. 

Artur Laisen, „Studnia Zagubionych Aniołów”, s. 400, Wydawnictwo Genius Creations, Bydgoszcz 2015.

Sprawdzian wiary (Dennis Covington, "Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach")

Martyna Musiał
("Projektor" - 5/2016)
Na początku XX w., na południu Stanów Zjednoczonych, w krainie u podnóża Appalachów, powstał nowy odłam religii chrześcijańskiej. Snake handler churches – kościoły poskramiaczy węży – to prawdopodobnie jedne z najbardziej tajemniczych i osobliwych kultów Południa.

Książka Dennisa Covingtona „Zbawienie nad Sand Mountain” (wydana w „amerykańskiej” serii wydawnictwa Czarne) opowiada o Kościele Jezusa ze Znakami, niewielkim odłamie ruchu zielonoświątkowców. Wyznawcy, nazywani wężownikami, bardzo dosłownie przyjęli fragment Ewangelii według św. Marka: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić (Mk 16, 17-18). Wierzą więc w znaki zsyłane przez Ducha Świętego, głoszą proroctwa, uzdrawiają i wypędzają demony, piją strychninę, wkładają dłonie do ognia i, przede wszystkim, biorą na ręce jadowite węże.

Dlaczego to robią? Czemu właściwie mają służyć te śmiertelnie niebezpieczne rytuały? Covington początkowo planował napisać reportaż o procesie jednego z kapłanów ludzi-węży, który próbował zamordować żonę. Piętrzące się pytania nie dawały mu jednak spokoju. Musiał przekonać się, co kieruje ludźmi, którzy decydują się otrzeć o śmierć w imię wiary. Zaczął uczęszczać na nabożeństwa wężowników w obskurnych kościołach i opuszczonych stacjach benzynowych. Był świadkiem spotkań modlitewnych, podczas których wygłaszano pełne uniesienia kazania, a wyznawcy śpiewali hymny, ekstatycznie tańczyli w rytm głośnych dźwięków gitar, bębnów i tamburinów. Sprawiało to wrażenie zbiorowego transu. Wierni twierdzili, że trzeba w pełni poddać się działaniu Ducha Świętego, ponieważ można wtedy dostąpić łaski, która uchroni przed ukąszeniem. Jednakże nawet w jego przypadku, trzeba mocno wierzyć w uzdrowienie, gdyż wezwanie lekarza oznaczałoby brak zaufania do Boga.

Autor, zafascynowany niezwykłą społecznością wężowników, szybko sam zaczął się utożsamiać ze wspólnotą, stając się „bratem Dennisem”, co na szczęście nie pozbawiło go obiektywizmu – wciąż potrafił dostrzec rywalizację i obłudę członków zbiorowości. Spotkanie z „ludźmi od węży” stało się dla niego pretekstem do poszukiwania własnej tożsamości i korzeni, a także początkiem przemiany religijnej. Dzięki osobistemu podejściu i zaangażowaniu Covingtona, reportaż nabiera charakteru autobiografii, a miejscami nawet powieści. 

Przygoda reportera z wężownikami musiała się skończyć. Różnice światopoglądowe były nie do pogodzenia, wywołały bunt „brata Dennisa”, prowadzący najpierw do jego wykluczenia, ale również, w pewnym sensie, zbawienia. Doświadczenie to pozwoliło mu jednak na wejrzenie w społeczność ponurego, ubogiego Południa i w niezwykłe, niemal szalone religijne praktyki, które mają zmyć grzechy i przynieść odkupienie.

Dennis Covington, Zbawienie nad Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, Wyd. Czarne, Wołowiec 2016, s. 200

Ř˙Ű C ########## ##” +G.+’’+W>B4Gg [mke [db€ („Polish cybernetic poetry”)

Emmanuella Robak
("Projektor" - 5/2016)
Ujmijmy pisanie/odczytywanie jako proces komunikacyjny, w którym pisarz/czytelnik komunikują się z samym sobą, a dopiero później z innymi. Zamiast w wierszu ciało – zobaczmy w nim automat. Zamiast zgadzać się na język, spróbujemy się na niego nie zgadzać. Zamiast opisywać – zmieniać – ten fragment manifestu cyberpoetów ukazuję w skrócie ideę cyberpoezji, oryginalnego sposobu wyrażania siebie, za pomocą nowych mediów.
 
Internet, dzięki nieograniczonym (w zasadzie) możliwościom stał się doskonałym narzędziem dla poetów. Cyberpoezja ma coraz większą grupę zwolenników, a sama forma tego „typu” poezji przybiera coraz to nowe oblicza. W Internecie można spotkać wiersze hipertekstowe, cybertekstowe, fraktalne czy holograficzne. Wykorzystanie nowych mediów i ich możliwości do tworzenia poezji jest interesującym sposobem na pozyskanie uwagi odbiorców, którzy szukają awangardowych i zupełnie nowych rozwiązań. Dzięki nim poezja zyskuje bardzo ważne cechy – staje się ulotna, czasowa, zmienna, chwilowa, multisensowna, a przede wszystkim eksperymentalna. To trochę taki futuryzm w nowoczesnym wydaniu. Dawniej „Nuż w bżuhu” teraz:
 

 ! ~ ~. m *
________________________**_______________
_______________________***_______
czy znów doświadczenie rozs**** wybrzeże?
(fr. Łukasz Podgórni, „błękitny streaming”)
 

W Internecie można znaleźć kilka ciekawych publikacji dotyczących zagadnienia cyberpoezji, które pokazują ten fenomen z perspektywy teoretycznej. Jedną z nich jest „Polish cybernetic poetry” pod redakcją Urszuli Pawlickiej – publikacja anglojęzyczna, przygotowana w 2013 r. przez Korporację Ha!art i dostępna (na zasadzie wolnej licencji) w najpopularniejszych formatach: PDF, mobi, epub.
 
Czytelnik dostaje tutaj interesujące i intrygujące źródło, które zawiera kompendium informacji z dziedziny cyberpoezji: dziesięć tekstów teoretycznych, z których można dowiedzieć się czym jest cyberpoezja, jaka jest historia tego gatunku w Polsce, kto był prekursorem cyberpoetyki w naszym kraju, co definiuje cyber-wiersz i jakie są jego wyznaczniki. Publikacja zawiera także dwa manifesty, w których dokładnie przedstawiono sens i ideę cyberpoezji. Na samym końcu, w formie aneksu, przedstawiono biografie autorów. Zapoznanie się z tym wydawnictwem pomaga szerzej zrozumieć czym jest cyberpoezja, bo cyberpoezja to nie tylko poezja. To swego rodzaju filozofia, ukazująca ulotność chwili. To nie tylko słowo, nie tylko znak, ale również grafika czy link w wersie, który przenosi czytelnika do innej domeny zawierającej np. zakończenie wiersza.
 
W Polsce od 2005 r. do dziś grupa literacka Perfokarta sprawnie promuje ten rodzaj poezji. Założycielami formacji byli Roman Bromboszcz i Tomasz Misiak, którzy jako pierwsi wpadli na pomysł promocji zupełnie nowego stylu poetyckiego, wykorzystującego nowe media. Pomysł ten okazał się na tyle trafny i interesujący, iż w ciągu paru lat grupa nie tylko rozwinęła swoją działalność, ale przede wszystkim przyciągnęła masę odbiorców. I być może będzie tak, że cyberpoezja zawojuje cyberprzestrzeń w takim stopniu, w jakim emotikony, ASCII, emoji, anagramy, akronimy czy nazwy numeryczne opanowały komunikację internetową. A może już tak jest.

Spotkanie Euterpe z Kalliope (Julia Szychowiak "Naraz"; Roman Honet "Rozmowa trwa dalej"; Jacek Dehnel "Seria w ciemności")

Michał Siedlecki
("Projektor" - 5/2016)
W tym roku nakładem Biura Literackiego ukazały się między innymi trzy tomy liryków z serii „22. Wiersze podróżne” znanych polskich pisarzy: „Naraz” (2016) Julii Szychowiak, „Rozmowa trwa dalej” (2016) Romana Honeta, jak również „Seria w ciemność” (2016) Jacka Dehnela. Wydane w formie kieszonkowej, skrywają w swoim wnętrzu intrygującą treść, stymulującą czytelnika do nieustannych rozważań z pogranicza literatury, filozofii, mitoznawstwa oraz historii. 

Biuro Literackie wpisuje się swoją tegoroczną serią „22. Wiersze podróżne” w bardzo dobrze prowadzoną politykę wydawniczą, promującą już od przeszło dwudziestu lat w Polsce i poza jej granicami wartościową literaturę współczesną pisarzy, wywodzących się głównie z kręgu kultury europejskiej, jak również dzieła tak zwanych „klasyków”. Perłą w koronie wrocławskiego wydawnictwa pozostaje jednak od zawsze rodzima poezja. Potwierdza to zresztą prezentowana tutaj seria, którą łączy – poza tytułowymi dwudziestoma dwoma wierszami w każdym z jej tomów – wysoki poziom utworów poetyckich podejmujących szeroko pojęty literacki motyw ludzkiej wędrówki.
 
Samotność
Zbiór „Naraz” Szychowiak trudno poddać jednoznacznej interpretacji. To bowiem tom, który warto czytać wielokrotnie, by odsłaniać jego kolejne warstwy znaczeniowe. Już w pierwszym wierszu poetki zatytułowanym „Ślad” alegoryczny motyw jaskini platońskiej służy jej przede wszystkim do ukazania problemu ludzkiej alienacji: Dzień do wieczora przechadzał się po murze,/(…) Jestem widoczna, póki sen mną kaszle, dopóki cień wsparty jest ciałem. To bardzo posępny liryk.

Następny wiersz Szychowiak „Prawie słyszę” również spowija bezgraniczny mrok: Słyszę: szczęście. Było przed chwilą,/ jak krzesło w rzece. Finalny spokój jest w nim tylko pozorny. Wyraźne niedopowiedzenia poetki zwiastują tu burzę emocji, przypominającą dramat nieszczęśliwej miłości. Z kolei w liryku „Dziecko ślizga się po szerokich plecach rzeki” to, co z pozoru beztroskie maskuje grozę, czyhającą często za oknami naszych domów. Natomiast w kolejnym wierszu artystki „Ściśle tajne” w dziecięcy świat wkrada się jawnie widmo wojny. Teksty „[Trening mięśni ducha]” oraz „[Widziałam, jak leżymy ogromni nad dachami]” dotykają zaś kwestii ludzkiej jaźni, problematyki przemijania, jak też pojęcia metafizyki. W zamykającym tom Szychowiak utworze „[Łóżko, w którym leżę, puste]” spotykamy się tymczasem ponownie ze zjawiskiem społecznego wyobcowania. 

Tom „Naraz” Szychowiak wydaje się więc wysublimowaną formą literackiej wędrówki artystki do magicznej krainy „najprostszych” słów utkanych z nici samotności oraz melancholii, dających jednak nadzieję na poetycką konsolację. To zbiór, wobec którego trudno przejść obojętnie.

Rozmowa niedokończona
W otwierającym nowy tom Honeta wierszu „Echa jednego głosu” zawiera się w pewnym sensie symboliczny klucz do zrozumienia jego kolejnych wierszy. Tytułowe echa pulsują tu, aż od wciąż powracających doświadczeń sytuacji granicznych, wpisanych w zbiorowy los współczesnego człowieka, którego upływające w monotonii kolejne tygodnie życia (…) nasycają krwiobieg spienioną kością (…). W podobnej tonacji utrzymany zresztą został kolejny liryk Honeta zatytułowany „Zawsze na północ”, w treści którego specjalnej inwokacji doczekało się nawet człowiecze cierpienie: (…) bólu, twój taniec jest rzeźbą.

Natomiast w wierszu „Z podróży pośmiertnej” poeta niczym Orfeusz wyrusza do Hadesu na spotkanie Eurydyki, choć – w przeciwieństwie do syna boga Apolla – od początku zdaje się przeczuwać, że jej śmierć jest nieuchronna. Liryk „Żeby wrzał” różni się zaś zasadniczo od poprzedniego, bo wyraża otwartą krytykę współczesnego chrześcijaństwa. W melancholijnych i na poły okultystycznych utworach „Człowiek, który wędrował przez węża” oraz „Rodzaje nocnej alchemii” dominuje za to tematyka ludzkiej przemocy, jak również przemożnego zwątpienia w sens i porządek współczesnego świata. 

Zbiór „Rozmowa trwa dalej” Honeta warto w pewnym sensie traktować jako poetycką spowiedź pisarza z jego dotychczasowego życia. Artysta niczego tutaj jednak otwarcie nie odsłania. Wydaje się wręcz, że celowo maskuje własne doświadczenia w siatce enigmatycznych słów i znaczeń, tak żeby przypominały one do złudzenia osobom postronnym fantomy bliżej nieokreślonej rzeczywistości. To liryczny dyskurs poety z samym sobą, odyseja, której kres warunkuje jedynie dogłębne poznanie samego siebie. Lektura obowiązkowa dla wszystkich.

Mrok
Tegoroczny tom Dehnela rozpoczyna wiersz pod z pozoru tylko enigmatycznym tytułem „8,5x13, ‘84”. Okazuje się bowiem już po jego pierwszej lekturze, że mamy w nim do czynienia z poetyckim opisem zdjęcia z czasów młodości poety. Artysta stara się tu w gąszczu dręczących go pytań natury egzystencjalnej ocalić od zapomnienia miniony czas własnego dzieciństwa, znaczony okresem względnej beztroski: Dokąd idziesz, chłopczyku,/ (…) Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej, zatrzymaj się, uśmiechnij. Odnajdziemy więc w owym liryku pewne literackie aluzje pisarza do „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. To intrygujący w swojej semantycznej strukturze wiersz Dehnela.

Kolejny wiersz poety zatytułowany „Szczęście” pozostaje w swojej warstwie językowej – podobnie jak większość utworów z tomu „Seria w ciemność” – przykładem misternego mariażu liryki z prozą. To tekst, w którym bezpośrednie nawiązania Dehnela do wiersza „Lacrimae rerum” autorstwa brytyjskiej pisarki Michèle Brigitte Roberts o jej umierającym ojcu, nabierają cech uniwersalnego moralitetu, traktującego o ludzkim życiu, śmierci i dozgonnej miłości dwojga kochanków. Motyw więzi emocjonalnej dwóch osób odnajdziemy też w liryku „Odwilż”. Artysta tak oto referuje w nim jej trwałość: Związek: to, co trzyma razem dwa atomy wodoru, jeden atom tlenu. Natomiast tekst „Miasta dalekie” opowiada o miłości oraz ludzkim dojrzewaniu. Wiersze „Przyjęcie”, jak też „Big Splash” podnoszą zaś kwestię kruchości wszelkiego bytu.

Poetycką książkę Dehnela można w pewnym sensie interpretować jako jego artystyczną próbę wydobycia swych wierszy z mroków codzienności, czyhających na każdym kroku przed niepodążającym utartymi szlakami twórcą. To metafizyczny proces, wiodący tylko nielicznych pisarzy do jutrzenki literackiego spełnienia. Wydaje się jednak, że Dehnel jest tu na dobrej drodze, z której, o ile drastycznie nie zawróci, może kiedyś dojść do wrót poetyckiego Olimpu.

Poetyckie peregrynacje
Zaprezentowane tu trzy tomy wierszy autorstwa Honeta, Szychowiak oraz Dehnela warto traktować jako poetycki trójgłos artystów na temat zmiennych kolei ludzkiego losu ukazanych przez pryzmat alegorycznego wątku podróży. W trakcie swoich literackich peregrynacji nawiązują w nich oni symbolicznie do dwóch antycznych tradycji uosabianych przez mityczne greckie muzy: Euterpe oraz Kalliope. To bowiem poetyckie teksty, w których liryka spotyka się subtelnie z prozą, a potencjalny czytelnik z bardzo dobrą twórczością.

Teraz i na zawsze (Zbigniew Toborek, "Pozdrowienia dla wieczności")

Dominik Borowski

("Projektor" - 5/2016)

„Pozdrowienia dla wieczności” Zbigniewa Toborka to dość pokaźny tomik wierszy, który może przypominać antologię twórczości poety. Nie jest to jednak żadne podsumowanie poetyckiej działalności ani wybór najlepszych utworów. Poeta sam zdradza: Napisałem tyle wierszy/ że powinienem być szczęśliwy/ lub przynajmniej zadowolony/ a ja czuję pustkę i złość/ i znów szukam wiersza/ tego jednego jedynego który mnie ocali/ na chwilę na wieczność.

Podmiot liryczny wciąż dąży do napisania wiersza, który go zadowoli. I właśnie wszystkie te poetyckie próby tworzą jego najnowszy tomik.
Choć w całym zbiorku znajdziemy około dwustu wierszy, można w nich odnaleźć wiele wspólnego. Zarówno w doborze problematyki, jak i w artystycznym ujęciu. Łączy je również wspólny cel, który ujawnia tytuł tomiku. „Pozdrowienia dla wieczności” można odbierać jako pozostawienie intelektualnego spadku dla przyszłych pokoleń, co od razu przypomina horacjański pomnik. Co zatem nam przekazuje?

Wiersze poety stanowią odzwierciedlenie osobistych przeżyć i refleksji, co nadaje jego lirykom autentyzmu. Podmiot nie wstydzi mówić się o swoich życiowych doświadczeniach, jak choroba czy poczucie zbliżającej się śmierci. Mimo jednak przykrych chwil, potrafi cieszyć się światem i dostrzegać nawet najmniejsze jego walory. Ważni są dla niego ludzi, z którymi może porozmawiać i cieszyć się z ich obecności, szczególne miejsce ma tutaj żona i syn. Poetycka refleksja nie ogranicza się jedynie do tego, co widzialne. W wielu wierszach przywoływany jest Bóg, który towarzyszy „ja” lirycznemu w ziemskiej wędrówce. Jego wizerunek przypomina Boga nowotestamentowego, który jest dla człowieka miłosierdziem. Boska opatrzność, bliscy ludzie i umiejętność radowania się życiem pomagają poecie oswoić się ze śmiercią: Spokojnie/ to tylko koniec życia / zbliża się wielkimi krokami (s. 134). W ten sposób mówi wyraźnie czytelnikowi, że mimo chwil słabości można przezwyciężyć najtrudniejsze chwile. 

W tomiku Toborka ważny jest język, jakim mówi do czytelników podmiot liryczny. Widać, że formułowanie własnych myśli nie sprawia mu problemu. Unika tutaj przesadnej metaforyki i nadmiernego upiększania poetyckich zdań, dzięki czemu liryczna wypowiedź staje prosta i jasna. Z jednej strony delikatny język powoduje, że uwaga odbiorcy skupia się na treści, jaką chce przekazać podmiot. Z drugiej – rozszerza grono czytelników, bo nie odstrasza niezrozumiałością. 

„Pozdrowienia dla wieczności” to poetycki zapis zmagania się z codziennym życiem i jego trudnościami, którym można się przeciwstawić. Wpisany tutaj optymizm przechodzi na czytelnika, który ma szansę uczestniczenia w lirycznej terapii. Lektura skłania też do refleksji nad tym, co ważne w życiu każdego z nas. 
Zbigniew Toborek, Pozdrowienia dla wieczności, U poety, Kielce 2016.

Wbrew konserwatywnej konfesyjności (Piotr Bogalecki „Szczęśliwe winy teolingwizmu. Polska poezja po roku 1968 w perspektywie postsekularnej”)

Michał Siedlecki
("Projektor" - 5/2016)
„Szczęśliwe winy teolingwizmu. Polska poezja po roku 1968 w perspektywie postsekularnej” (2016) autorstwa Piotra Bogaleckiego, to jedna z ciekawszych rodzimych publikacji filologicznych tego roku podejmująca wnikliwie trop poetyckich poszukiwań duchowych we współczesnej polskiej liryce. Liryce reprezentowanej przez pisarzy odrzucających jawnie wszelkie dogmaty spod znaku konserwatywnej konfesyjności czy niepopartej racjonalnym osądem epifanii.

Książka „Szczęśliwe winy teolingwizmu…” jest już drugą pracą badawczą Bogaleckiego – literaturoznawcy, a także adiunkta w Katedrze Porównawczej Uniwersytetu Śląskiego. Wcześniej opublikował on bowiem bardzo ciekawe studium zatytułowane „Niedorozmowy. Kategoria niezrozumiałości w poezji Krystyny Miłobędzkiej” (2011), które otrzymało zresztą nagrodę za najlepszą pracę doktorską w Polsce z zakresu nauk o kulturze. To też autor blisko trzydziestu artykułów naukowych oraz współredaktor czterech książek, w tym: (wraz z Aliną Mitek-Dziembą i Tadeuszem Sławkiem) „Więzi wspólnoty. Literatura – religia – komparatystyka” (2013).

Najnowsze studium Bogaleckiego składa się z „Wprowadzenia”, dwóch bardzo rozbudowanych rozdziałów oraz zamykającego wszystko „Aneksu”. Książka wzbogacona została również o: odautorskie „Podziękowania”, szczegółową „Bibliografię”, „Notę bibliograficzną”, anglojęzyczny „Abstract”, „Indeks nazwisk”, jak również „Wykaz skrótów używanych w publikacji”. Wszystkie teksty w ponad czterystustronicowej monografii Bogaleckiego były już – poza jej wstępem – wcześniej publikowane, choć – jak podaje sam badacz – zostały one jeszcze raz przez niego przejrzane, uaktualnione, a nierzadko też i rozszerzone.

Bogalecki – idąc tu śladem własnych dociekań z zakresu myśli postsekularnej oraz teolingwizmu – poddaje szczegółowej interpretacji poezję lingwistyczną takich rodzimych twórców, jak: Witold Wirpsza, Tymoteusz Karpowicz, Krystyna Miłobędzka, Stanisław Barańczak, Tadeusz Różewicz, Bohdan Zadura, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Justyna Bargielska oraz Joanna Mueller. W swoje egzegezie zwraca się on głównie – co już na samym początku swej rozprawy dobitnie podkreśla – ku: problematyce etycznej i wspólnotowej, derridowskiej dekonstrukcji, filozofii Jürgena Habermasa, a także ponowoczesnej reinterpretacji zagadnień teologicznych. U badanych przez siebie pisarzy, interesuje go między innymi: (…) znaczenie lingwistycznej świadomości i zastosowanych lingwistycznych rozwiązań dla przebiegu oraz jakości prowadzonych w ich tekstach teologiczno-religijnych poszukiwań.

Monografia „Szczęśliwe winy teolingwizmu…” wnosi – według Andrzeja Skrendo – bardzo (…) wiele świeżości do szacownej tradycji badania sacrum i religijności w literaturze polskiej. To wyśmienita książka, bez której nie sposób zrozumieć zawiłości współczesnej rodzimej poezji.

Zdradzieckie śliwki Prufrocka (Wit Pietrzak, „Ostrożnie poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2016)
Zacznijmy wierszem: Zaprawdę bowiem przyjdzie czas,/ By zastanowić się: „Czy się ośmielę?” i „Czy się ośmielę?”/ Odwrócić się, ze schodów zejść w niedzielę/ Z plackiem łysiny, na czubku mej głowy – / (Powiedzą „Jakże zmarniały mu włosy!”)/. Kilka linijek z „Pieśni miłosnej J. Alfreda Prufrocka” T.S. Eliota to kwintesencja autoironii i dialogowości – dwóch ważnych (choć nie jedynych) cech poezji anglojęzycznej.

Poeci angielskiego obszaru językowego są – w Polsce – w dość szczęśliwej sytuacji. Obok niemieckich, francuskich i rosyjskich – najczęściej tłumaczeni, wydawani, komentowani w prasie literackiej. Punkt wyjścia, podstawy do lektury „Ostrożnie poezja” Wita Pietrzaka (pracownik Zakładu Literatury i Kultury Brytyjskiej Uniwersytetu Łódzkiego) są więc całkiem przyzwoite. Nazwiska Eliota, Williama Butlera Yeatsa czy W.H. Audena kojarzy większość czytelników. Składająca się z kilkunastu artykułów – drukowanych wcześniej m.in. w „Literaturze na Świecie”, „Przeglądzie Humanistycznym” i „Fragile” – książka może stać się spokojnie krótkim przewodnikiem po wybranych obszarach XX-wiecznej liryki języka angielskiego. W części pierwszej („Drogi modernizmu”) autor konsekwentnie buduje każdy z rozdziałów, rozpoczyna od pełnej informacji o przekładach na język polski, potem nota biograficzna (o charakterze anegdotycznym i dzięki temu znacznie ciekawsza), zarys fragmentu (problemu) w twórczości autora i wreszcie komparatystyczna analiza utworu.

Część druga („Mozaika”) ma charakter bardziej migotliwy – to zderzenia wierszy, rozbłyski problemów i – jak przystało na zdystansowaną postawę angielską – przy tym, mimo wszystko, melancholijnie zabawna. Jak jedwabniki D.J. Enrighta i grzyby Dereka Mahona.

Bohaterowie zbioru esejów to: Eliot, Yeats, Ezra Pound, Auden, Ted Hughes, Michael Longley, J.H. Prynne, Peter Gizzi, Wallace Stevens, Seamus Heaney, Ciaran Carson, C.W. Williams, Robert Creeley, Enright, Mahon, Larkin i Tony Harrison. Hughesa, którego ważny tom „Listy urodzinowe” został „przykryty” plotkami o małżeństwie z Sylwią Plath i oskarżeniami o jej samobójstwo. Williamsa – zdradzonego przez zimne śliwki, których łapczywe i pokątne spożywanie staje się – pośrednim – dowodem na małżeńską zdradę. Na marginesie – przy „śliwkach Williamsa” przypomina mi się ekspozycja z „Kontraktu rysownika” Greenawaya, gdzie dyskurs o śliwkach i śliwkowych drzewie ma właśnie, ten angielski, dwuznaczny, seksualny podtekst. Anegdotyzm biograficzny w „Ostrożnie poezja”, wprowadza czytelnika płynnie w – coraz bardziej rozbudowaną, teoretycznoliteracką – problematykę książki.

Czytając rozdział o „Wielkanocy” Yeatsa można nawet zbudować dość ciekawą teorię. Wiersz odwołujący się do masakry irlandzkich powstańców w 1916 r., zawierający paralelę między prywatnością, a narodową sprawą, którą Yeats traktuje cokolwiek sceptycznie, Pietrzak analizuje z perspektywy postkolonialnej. Na pierwszy rzut oka – zaskakujące, lecz po krótkim namyśle… Zaczynamy zazdrościć Irlandii jej poetów. Postkolonialne drzewa polskiej liryki nie wydały owoców zjadliwych, jeśli zaś jakiekolwiek – to umówmy się – na grafomanię szkoda nam czasu.

Co jeszcze charakterystycznego odnajdziemy w anglojęzycznej poezji? Ten jej, dość powszechny, panteizm, w duchu wciąż modernistycznym. Natura, zachwyt nad jej pięknem (w sposób naturalny ukierunkowany na urodę kobiety) jest tylko pretekstem, naskórkiem, otaczającym wewnętrzny krwioobieg autora. 

I epickość, ta rozlewająca się wśród wersów, nienachalna swoboda. Zakończmy, tym razem nie Eliotem, ale fragmentem z „Rozmowy” Longleya: Nawet ty, Odysie, nie sprawisz, że pokocham śmierć:/ Wolałbym dzień w dzień czyścić rowy za głodową/ Dniówkę u byle małorolnego chłopa, niż być/ Wielkim panem wśród bezsilnych zmarłych.
Wit Pietrzak, „Ostrożnie poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej”, s. 264, Universitas, Kraków 2015.