Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2016

Czy jesteś Shingą? (Ursula K. Le Guin „Sześć światów Hain”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2016)
Powinienem zacząć od cytatu: Dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Czytelnikom zdezorientowanym i zagubionym w uniwersum świata Ursuli K. Le Guin, znajomość sagi George’a Lucasa pozwoli odnaleźć drogę w gęstym lesie. Pokaże na ile – najprawdopodobniej – nie byłoby najgłośniejszego cyklu SF ostatniego trzydziestolecia – „Gwiezdnych wojen”, bez pisarstwa, urodzonej w 1929 r. w Berkeley, autorki „Świata Rocannona”.

Przypomnijmy kilka podstawowych cech kosmosu wykreowanego przez Lucasa – wielość planet, ras i gatunków, oparcie historii na podstawowym konflikcie dobra i zła, wykorzystanie kilku, dość kanonicznych mitów, brak chronologii. Upraszczając – klasyczny, epicki świat Ursuli Le Guin – wygląda dość podobnie, lecz w przeciwieństwie do poszczególnych odcinków „Star Wars”, każda z części jej cyklu, czytana osobno, tworzy wrażenie gry sześciościenną kostką, bez wiedzy ile oczek ukrywa pozostałych pięć, niewidocznych boków.

Zebrane w jednym tomie jako „Sześć światów Hain” („Świat Rocannona”, „Planeta wygnania”, „Miasto złudzeń”, „Lewa ręka ciemności”, „Słowo „las” znaczy „świat”, „Wydziedziczeni”) ułatwiają grę w znaczenia, do której zaprasza nas autorka „Ziemiomorza”, ułożenie puzzli kosmicznej konfederacji Ekumeny. Punktem wyjścia jest mityczny chaos (sama autorka wplata w tkankę narracyjną uwagi o relacji prawdy, mitu i legendy), w którym pogrążone są setki planet. Zasiedlone przez rasę Hain, kiedyś skonfederowane, dziś wrogie. Przez tysiąclecia Liga Wszystkich Światów jednoczy Haińczyków, przywracając im utracone dziedzictwo. Skłócone rasy i planety opanowują stopniowo tajemniczy, „ciemni” (fałszujący myślomowę) telepaci Shinga. Mentalny pojedynek Shingi z Ramarrenem-Falkiem w „Mieście złudzeń” jest zapowiedzią starcia Jedi z Sithami w „Star Wars”. Tych nawiązań i zapożyczeń ze strony Lucasa jest znacznie więcej. Tyle tylko, że dzieło Le Guin to epos wyższej próby.

Zaczniemy od odysei kosmicznego etnografa Rocannona. Jego wędrówka, ilością napotykanych niebezpieczeństw i odmiennych ras (giganci, skrzydlate hominidy) przywołuje przygody mitycznego władcy Itaki. Oświecenie – symbolizowane przez zdobycie umiejętności telepatii – pozwala mu zjednoczyć mieszkańców Fomalhaut II, nadać wiadomość „ansiblem” i zniszczyć bazę wrogów. Obok motywu walki, wokół którego osnuty jest cały cykl, w „Świecie Rocannona” dominującym jest motyw wędrówki. I powracający wciąż – jako legendarny atrybut – „ansibl”. Dopiero jednak w „Wydziedziczonych” (wydanych jako część szósta, lecz chronologicznie opowiadających, w wielu fragmentach, dzieje najwcześniejsze) dowiadujemy się o jego istocie. To urządzenie pozwalające na międzygalaktyczne podróże i komunikację, konstrukcji genialnego fizyka Szeveka. Ten tom szósty, to zarazem metaforyczne przedstawienie toposu uwięzienia. Główny bohater (Szevek) podróżując między bliźniaczymi i będącymi w stanie permanentnej wojny, planetami Urras i Anarres, poznaje ustrój korporacyjnego kapitalizmu i anarchicznej „swobody”. Każdy z nich jest tylko „więzieniem idei”, a ich mieszkańcy – bo tak to można interpretować – są niby „ślepcy” zamknięci w mitycznej jaskini Platona.

Le Guin pisząc fantastykę tworzy zarazem komentarz do współczesności. „Lewa ręka ciemności” oraz „Słowo <las> znaczy <świat>” mówią o najważniejszych problemach lat 60. i 70. – tożsamości seksualnej, ekologii i metaforycznie o wojnie wietnamskiej (ta druga książka, jak wypatrzyli uważni widzowie, obecna była nawet w „Full Metal Jacket” Kubricka). W „Słowie…” to Ziemianie kolonizują planetę łagodnych „stworzaków”, eksplorując główne jej bogactwo – drewno, a mieszkańców zamieniając w niewolników. Metody konkwistadorów i bunt poddanych przywołują nie tylko naloty na wietnamską dżunglę, ale i holocaust rdzennych Indian.

„Lewa ręka…” zbudowana jest wokół mitu o androgyne (ponownie zaczerpniętego z Platona). Mieszkańcy planety Gethen to hermafrodyty, w trakcie godów (zwanych kemmerem), stający się mężczyzną lub kobietą. Le Guin, uwielbiająca żonglerki gatunkami, wariacje narracyjne i stylizacje językowe, tematem podstawowym mitologii Ekumenu (trzech tysięcy narodów na osiemdziesięciu trzech planetach) uczyniła – bardzo współczesne problemy – strach przed tym co obce i kulturowy relatywizm.

sobota, 6 sierpnia 2016

Z leksykonu potworów (Philip Short "Pol Pot")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 3/2016)
Jeszcze w czasach szkolnych, tuż po upadku muru berlińskiego, na lekcjach pod ławką, czytaliśmy Kosińskiego, Millera, Rotha. Wśród tych książek była jedna nietypowa – reportaż Wiesława Górnickiego „Bambusowa klepsydra” o zbrodniach Czerwonych Khmerów w Kambodży, napisany i wydany na początku lat 80.
 
Nikogo nie interesowało, że wpleciono tam całe akapity o wyższości komunizmu w wersji radzieckiej nad jego chińską odmianą. Porażającą nowością – przy której zbladły nawet literackie świadectwa sowieckiego gułagu – był beznamiętny opis pól śmierci, szwadronów dzieci mordujących przy pomocy foliowych torebek zaciskanych na głowie i rozpruwających brzuchy w poszukiwaniu ziarenek ryżu. Irracjonalnego szaleństwa, tworu jednego człowieka – Pol Pota – które pozbawia życia co czwartego mieszkańca Kambodży.

Biografia – wydana w serii „Oblicza zła” (dotychczas ukazały się tomy dotyczące Stalina, Himmlera, Goebbelsa, Mussoliniego, Bormana) – autorstwa Philipa Shorta, korespondenta BBC i „The Times”, ukazuje Saloth Sâra (ps. Pol Pot, Pouk, Hay, Wielki Wujek, Brat Numer Jeden, 87, Phem i 99) na tle historii Azji Południowo-Wschodniej drugiej połowy XX wieku. Podstawowy rys i fenomen kambodżańskiego autokraty, to tajemnica – wciąż enigmatyczny, na dalekim planie, trawiony obsesją podejrzliwości, doprowadził do perfekcji system, w którym (prawie) nikt o nikim nic nie wiedział. Terror „pól śmierci” pochłaniał setki tysięcy istnień, a dopiero rok po upadku Phnom Penh (1975), obywatele dowiedzieli się kto stoi na czele Czerwonych Khmerów. (Saloth Sâr był zachwycony, uchodząc za kogoś, kim nie był – bezimienną twarz w tłumie).

Widzimy kraj rozdarty między sprzeczne interesy Wietnamu, Tajlandii i Chin, malutki pionek w grze Stanów Zjednoczonych z ZSRR. Kraj, gdzie wojna domowa trwa nieprzerwanie od kapitulacji wojsk japońskich. Kraj, gdzie okrucieństwo nie jest niczym niezwykłym. Jest mistyczne, religijne (Pol Pot – być może to nie przypadek – uczęszczał również do szkoły przyklasztornej), oparte na wierzeniach pierwotnych – Przywódcy (…) nosili „kun krak” – „wędzone dzieci”, czyli zmumifikowane płody – jako amulety przeciw kulom wroga. Te pierwotne wierzenia, identyfikujące komunizm jako religijną sektę to pierwszy z fundamentów ideologii Czerwonych Khmerów. Drugim są paryskie lektury Pol Pota i jego kolegów stypendystów – Stalin, Kropotkin i podziw dla „nieskalanej czystości działań Robespierre’a”.

Zanim jednak Pol Pot decyduje o „końcu historii” i „końcu pieniądza, handlu, cywilizacji miejskiej i człowieka jako jednostki” obserwujemy dogorywanie, dekadencję i zaniechanie rządów Lon Nola i księcia Norodoma Sihanouka. Ten schyłek zadowolonych, dufnych – gdy przestaje rządzić „mafia”, a zaczyna „sekta” – przywołuje skojarzenie z ostatnim rokiem irańskiego szacha w reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Short – rzucając mistrzowsko – historię jednego człowieka na panoramę dziejów, pokazał kto zrodził, wychował i współtworzył czteroletni okres dyktatury Pol Pota. 

Najbardziej enigmatyczny, być może najokrutniejszy dyktator schyłku dwudziestego stulecia, był – nawet po upadku – bezkarnym, podejmowanym w stolicach sąsiednich państw „mężem stanu”. Oddając się lekturze „Paris Match” rozdawał karty w Kambodży jeszcze przez dwadzieścia lat. Dlaczego nigdy nie stanął przed sądem (proces wytoczony przez towarzyszy pięć miesięcy przed śmiercią był farsą)? Autor, korzystając z dokumentów, stenogramów i kilkuset godzin relacji naocznych świadków, pokazuje, że odpowiedź jest brutalna, cyniczna, ale brzmi – geopolityka.

Hobbit nie spadł z nieba (John Ronald Reuel Tolkien "Beowulf")

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2016)
Pewnego razu, dawno, dawno temu, w niewielkiej chatce Bilbo Bagginsa zjawia się Thorin II Dębowa Tarcza, dwunastu krasnoludów i czarodziej Gandalf. Razem z – cokolwiek zaskoczonym hobbitem – piętnaście postaci. Wyruszają odbić górę Erebor i pokonać smoka Smauga. Dlaczego smoka? Dlaczego piętnastu?
Wszystko zaczęło się w latach 30. ubiegłego wieku, podczas wykładów z lingwistyki staroangielskiej na Oxfordzie. Profesor John Ronald Reuel Tolkien dokonał roboczego przekładu średniowiecznego poematu „Beowulf” i opatrzył go rozbudowanym komentarzem objaśniającym konteksty językowe, literackie, historyczne i mitologiczne tekstu. Jeden z najstarszych zabytków angielskiego piśmiennictwa, liczący 3182 wersy, spisany (z podań ustnych) ok. 700 roku. Ocalała kopia rękopiśmienna datowana jest na koniec X w. Notatki z wykładów Tolkiena, przekład „Beowulfa” oraz „Sellic Spell” (prozatorską, apokryficzną – sięgającą do równoległej tradycji ludowej – wersję) zredagował i wydał w 2014 r. syn pisarza, Christopher.
Staroangielski poemat, pisany wysmakowanym językiem, być może hermetyczny dla współczesnego odbiorcy, wraz z erudycyjnym komentarzem Tolkiena, ukazuje nie tylko osmozę kultury średniowiecznej (chrześcijańskiej, celtyckiej, nordyckiej), wspólne mitologiczne toposy, ale pozwala rozpoznać wątki, artefakty (tak istotne dla każdej opowieści baśniowej) i postaci, które tworzą tkankę „Hobbita” i „Władcy pierścieni”.
W warstwie narracyjnej to opowieść o herosie (tytułowym Beowulfie), który przybywa na – pustoszony przez Grendela – dwór duńskiego króla Hrothgara, zabija potwora, jego matkę, toczy zwycięskie bitwy, zasiada na tronie Gaetów, po pięćdziesięciu latach rządów ginie w pojedynku (zwycięskim) ze smokiem. Ciekawszy jest kontekst. Tolkien analizuje postać Grendela w odniesieniu do starotestamentowych wizerunków złego, nordyckich podań, językowe i stylistyczne wpływy saksońsko-skandynawskie – a przy okazji epicko-homeryckie prawie – są aż nadto widoczne. „Beowulf” (w translacji autora „Silmarillion”) zaczyna się słowami: Wej! Słyszeliście o chwale dawnych królów, władców Duńczyków z Włóczniami, i jak książęta owi czynili czyny męstwa. Inwokacja do „Wieszczby Wolwy” ze staroislandzkiej „Eddy poetyckiej” brzmi: Słów mych słuchajcie, potomkowie święci. Lecz skąd tych piętnastu w drużynie Thorina?
Wczytajmy się w przekład i komentarze Tolkiena. Idźmy po śladach. Zaczynamy opowieścią o mężnym Scyldzie (tłumaczonym jako „tarcza”). Już wiemy skąd przydomek Thorina. Kwitnący i upadający dwór Hrothgara – Heorot, to zarazem odbicie arturiańskiego Camelotu, ale i wizja tolkienowskiego Ereboru, Gondoru, wszystkim schyłkowych królestw jego epiki. Beowulf wyprawia się na Grendela z piętnastoma towarzyszami. Unferth (doradca Hrothgara) – zazdrosny, podstępny, zostaje przetrawestowany w postać Grimy (Gadziego Języka), sprawcy upadku króla Rohanu – Theodena we „Władcy pierścieni”. Smok leżący na skarbie budzi się, gdy niewolnik („obcy”/„wykluczony”) kradnie puchar, zaczyna pustoszyć królestwo Beowulfa – figura jak z „Hobbita” – Smaug. Symbolicznym artefaktem, zniszczonym i przekutym jest miecz, w trylogii, to Narsil Aragorna.
Poemat i zebrane komentarze to wstęp do epickiego świata Śródziemia, oplecionego wokół mitologii germańskiej, nordyckiej, eddy Snorriego Sturlusona (islandzki zabytek), „Historii królów Brytanii” Geoffreya z Monmouth, fundament nurtu fantasy.
„Beowulf”, dzięki Tolkienowi, stał się jednym z najważniejszych tekstów budujących (poprzez m.in. komiksy Marvela, dziwaczną animację Zemeckisa z Malkovichem i Hopkinsem, ekranizacje Petera Jacksona) tkankę symboliczną współczesnej popkultury.

środa, 3 sierpnia 2016

Odyseja nie tylko po zdrowie

Agata Orłowska
("Projektor" - 6/2015)
Co takiego skrywa historia jednej z najbardziej tajemniczych i przerażających chorób XX wieku, że wraz z wynalezieniem na nią szczepionki trzy hollywoodzkie wytwórnie filmowe zabiegały o prawa do jej ekranizacji, a w rolę jednego z jej kilku prominentnych bohaterów chciał wcielić się sam Marlon Brando? Odpowiedzi na te i na wiele innych intrygujących pytań znajdziemy w książce „Polio. Historia pokonania choroby Heinego-Medina”, za którą David M. Oshinsky w 2006 r. wyróżniony został Nagrodą Pulitzera.

Opowieść amerykańskiego historyka, kierownika Katedry Historii im. Jacka S. Blatona na Uniwersytecie Teksańskim w Austin oraz Distinguished Scholar in Residence na Uniwersytecie Nowojorskim, jest wielopłaszczyznowa. Ukazuje w sposób możliwe najbardziej obiektywny i wyczerpujący nie tylko przebieg epidemii, jaka dotknęła Stany Zjednoczone w pierwszej połowie XX wieku, wraz z bogatym tłem społecznym, historycznym i politycznym ówczesnych czasów, ale też zdaje się być inteligentnym i błyskotliwym, acz nie nachalnym, komentarzem toczącej się szarady pomiędzy naukowcami, politykami i firmami farmaceutycznymi.

Podczas gdy Europa zmagała się z koszmarem I i II wojny światowej, za wielką wodą rozpoczynała się równie emocjonująca, napędzana lękiem, zwłaszcza o najmłodszych (polio inaczej ostre porażenie dziecięce), walka z wirusem, która wkrótce miała rozprzestrzenić się na inne części globu. Walka ta nie rozgrywała się jedynie na płaszczyźnie dążeń do okiełznania i pokonania niezbadanej choroby oraz mobilizacji amerykańskiego społeczeństwa w zmaganiach o przetrwanie i powrót do zdrowia. Była również emocjonującą próbą charakterów, szaleńczym wyścigiem gigantów nauki.

Oshinsky, wykorzystując najnowsze dokumenty, z niewiarygodną pieczołowitością tworzy opowieść o niepohamowanych ambicjach trzech naukowców: Jonasa Salka, Alberta Sabina i Hilarego Koprowskiego. Ambicjach, które z przyczyn, w znacznym stopniu osobistych, pozwoliły zażegnać widmo podstępnej choroby i pomogły zrewolucjonizować zasady testowania i dopuszczania do sprzedaży nowych leków na całym świecie. Ambicjach i koniecznościach, które z powodu osobistych dramatów, ustanowiły zasady współczesnej higieny, a także uruchomiły potężny mechanizm społecznej filantropii i kuriozalnych akcji charytatywnych.

By dać się porwać tej niezwykle bogatej, barwnej i trzymającej w napięciu wielotorowej historii, przeplatanej akcentami, które okazały się niezwykle istotne również dla mieszkańców Polski, nie trzeba być ani ofiarą choroby, ani epidemiologiem. Pozycja i bez tego absolutnie się obroni.
David M. Oshinsky, Polio. Historia pokonania choroby Heinego-Medina, s. 552, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Fascynują do dziś (Emilia Padoł, „Damy PRL-u”)

Martyna Musiał
("Projektor" - 2/2015)
Czasy PRL-u nie kojarzą się z wyższymi sferami. Ustrój był zdominowany przez robotników i inteligencję pracującą, a przejawy wyrafinowania czy wytworności zdawały się nieprzystające do realiów. W kręgach kultury – kina i teatru, zdarzały się jednak osoby, które swoim sposobem bycia odpowiadały na tęsknotę ludzi za innym światem.

Emilia Padoł, dziennikarka i doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ, w książce „Damy PRL-u”, nakreśla sylwetki dwunastu polskich aktorek, których kariera zaczęła się lub rozwijała w czasach Polski Ludowej: Kaliny Jędrusik, Beaty Tyszkiewicz, Barbary Brylskiej, Niny Andrycz, Poli Raksy, Anny Dymnej, Elżbiety Czyżewskiej, Małgorzaty Braunek, Teresy Tuszyńskiej, Barbary Kwiatkowskiej, Ewy Krzyżewskiej i Grażyny Szapołowskiej.

Wybór tych nazwisk oczywiście nie jest przypadkowy. Kobiety te osiągnęły wielki sukces, stając się prawdziwymi gwiazdami, idolkami tłumów, również poza granicami kraju. Większość z nich do dziś jest znana i kojarzona ze swoimi kultowymi rolami.

Każda opisana w książce bohaterka była wyjątkowa. Wszystkie cechowała nieprzeciętna uroda, talent, wdzięk i nie do końca określony czar, który pozwolił autorce nazwać je damami. Uosabiając kobiecy ideał piękna, stały się niekwestionowanymi ikonami ekranu i sceny. Łączyły je uroda, talent i klasa, jednak znacząco się od siebie różniły. Reprezentowały różne typy kobiecości – seksapil (np. Jędrusik), dziewczęcość (Kwiatkowska-Lass), nowoczesność (Braunek), a także wyrafinowanie przypominające czasy przed wojną (Andrycz). 

Biografie aktorek skupiają się w większej mierze na ich życiu prywatnym – dzieciństwie, młodości, wielkich miłościach i romansach. Życiorysy byłyby jednak niepełne bez informacji dotyczących ich pracy i kariery. Wszystkie portretowane artystki były wybitnie uzdolnione, a sukces, który odniosły zasłużony. Zachwycano się ich charakterem i inteligencją, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ich uroda była doceniana bardziej niż talent.

Autorka dużo uwagi poświęca cielesności swoich bohaterek. Zwraca uwagę fakt, że pogrupowała je według fizycznych atrybutów, z którymi były kojarzone – biustu, nóg, oczu, ust czy pupy. Padoł tłumaczy, że chciała dzięki temu zabiegowi zwrócić aktorkom ich ciała i potraktować je jako pretekst do nakreślenia portretu wewnętrznego. Pomysł wydaje się ryzykowny, ale może się spodobać osobom, które nie podejdą do zaproponowanego podziału do końca serio.

Książka „Damy PRL-u” jest z pewnością wartą uwagi lekturą. Udowadnia, że nie trzeba mieć błękitnej krwi, żeby zostać królową ekranu i władać wyobraźnią widzów. Pokazuje, że kobiecość może przybierać różne formy, a każda z nich jest wspaniała. Uświadamia, że za postacią kreowaną na scenie czy w filmie stoi prawdziwa osoba, mająca życie odmienne od odgrywanej roli, ale nie mniej ciekawe.

Emilia Padoł, „Damy PRL-u”, s. 352, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Subiektywny przegląd Kisiela (Stefan Kisielewski, „Felietony. T. 4”)

Aleksandra Sutowicz
("Projektor" - 4/2014)
Prowokuje, bawi, zadaje pytania i każe sobie na nie odpowiedzieć – taki jest Stefan Kisielewski w swoich felietonach, pisanych w latach 1958-1988, a zatrzymanych przez cenzurę.

Zbiór kilkudziesięciu tekstów pisanych do „Tygodnika Powszechnego” przynosi obraz człowieka, który próbuje tłumaczyć sobie nową rzeczywistość, w której przyszło mu żyć, oswoić z nowym ładem w Polsce, przystosować go do siebie i siebie do niego. Stefan Kisielewski funkcjonuje w zmodernizowanym świecie, stara się do niego przystosować, ale też obserwuje, komentuje. Autor stawia sobie cel: przywrócić Polsce, Polakom normalność, stąd jego nawoływania do walki, buntu, nowych rozwiązań ekonomicznych. To również portret człowieka zdziwionego. Kisielewskiego, Polska wciąż czymś zaskakuje, widzi jej brzydotę, kiczowatość, szarość, ale szybko oswaja taki stan rzeczy.

Mamy też do czynienia z obrazem człowieka tęskniącego. Łatwo się domyślić, za czym i do czego. Mimo licznych podróży po Europie Zachodniej, autor do Polski wraca, czasem z większą lub mniejszą niechęcią, ale jego powroty, to nieustanne zdziwienie i konfrontacja, tego tutaj z tym, co za „Murem”. Przemawia przez niego patriotyzm, mimo zarzutów o kosmopolityzm („Kwasy i humory”). Pisze o stosunkach między Kościołem, a władzą, literaturą krajową, a emigracyjną i przekazuje czterdzieści cztery przykazania w „Truizmy Doraźne [44]”.

Felietony, Stefana Kisielewskiego to przede wszystkim kompendium wiedzy o Polsce i Polakach. Oczywiście, jest to materiał bardzo subiektywny. „Kisiel” wkleja polskość nawet będąc za granicą: w Berlinie, Frankfurcie czy Paryżu. Jednak dziś, gdy w mediach pojawiają się nagłówki o „polskich obozach koncentracyjnych”, a za naszą zachodnią granicą popularność zdobywają neonazistowskie hasła, trudno jest zgodzić się z autorem, który pisze, że społeczeństwo niemieckie wreszcie uporało się z III Rzeszą i konsekwencjami ciążącymi na najeźdźcy. Niezmiennie kreuje też znany stereotyp Niemca solidnego, uporządkowanego. W artykułach pisanych w latach 80. widać, że autora jeszcze dyskretnie, ale już coraz śmielej wypowiada się na temat sytuacji w Polsce, mówi o potrzebie reform i katastrofie unoszącej się nad krajem. 

„Kisiel” lubi też bawić się z czytelnikiem, rzuca jakieś hasło, rozwija je, żeby na koniec się do niego zdystansować. Jednak mimo to, objawia się jako „dobry wujek”. Trochę ponarzeka, skarci, czasem krzyknie, ale też uśmiechnie się do czytelnika, pogłaszcze i rzuci dobrą radę.

To niezwykle ważny zbiór w dziejach publicystyki lat 1958-1988. Jego teksty wcale nietrudno jest przetłumaczyć na współczesność. Kisielewski pisze o początkach kariery Korwin-Mikkego (nota bene bardzo poważnie i pochlebnie), a dziś ten polityk o przeżywa renesans popularności. Felietony, to obowiązkowa pozycja dla teoretyka literatury, pasjonata Polski komunistycznej, historyka, socjologia. I tylko grubość może przerazić, ale nadzienie broni się samo.
Stefan Kisielewski, „Felietony. T. 4”, s. 648, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

niedziela, 31 lipca 2016

A Wielki A’Tuin dostojnie płynie (Terry Pratchett, Stephen Briggs, „Żółw przypomniany”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2014)
Jest wielki jak światy. Cierpliwy jak cegła. Wielki A’Tuin jest jedyną istotą we wszechświecie, która doskonale wie, dokąd zmierza. Na jego skorupie stoją Berillia, Tubul, Wielki T’Phon i Jerakeen, cztery gigantyczne słonie, na których barkach spoczywa krąg świata.

Jak wiadomo ludzie dzielą się na tych, którzy Pratchetta czytali i na tych, którzy Pratchetta przeczytają. „Żółw przypomniany. Przewodnik po świecie Dysku uaktualniony aż do „Niucha”, to książka skrojona w sam raz dla tych drugich. Jak powszechnie wiadomo, świat Dysku jest płaską planetą, a istnieje na samej granicy realności. Uniwersum Dysku jest znane wśród czytelników SF i fantasy na równi ze światem Arrakis czy Mordoru.

Problem z autorem „Koloru magii” leży w braku klasyfikacji. To jest niby fantasy, ale raczej w formie parodii. Przed tym określeniem Pratchett się broni (w wywiadzie zamieszczonym na końcu przewodnika), raczej bez skutku. Stworzył wariację gatunkową, skrzywioną wersję realnego świata, wymyślił specyficzną narrację z olbrzymią ilością piętrowych przypisów. Dysk przekonuje nie tylko wielbicieli specyficznego humoru Swifta, ale w ogóle angielskiej satyry XIX w. Pisarz uwielbia zbierać wiktoriańskie leksykony i „Żółw przypomniany” bardzo je przypomina. Również dzięki bardzo angielskiemu, swoistemu szaleństwu Stephena Briggsa, który w amatorskim teatrze wystawia adaptacje prozy Pratchetta, nagrywa audiobooki, produkuje gadżety w formie Octavo czy bagażu z myślącej gruszy.

Przewodnik, którego kolejne (uaktualnione) wydanie przetłumaczył Piotr W. Cholewa, to książka – w sposób nieodparty – przywołująca arcydzieło saskiego humoru, sarmacką encyklopedię Benedykta Chmielowskiego „Nowe Ateny”. Obie kreują wyrafinowanie absurdalny świat, pełen zaskakujących haseł i wiadomości zasłyszanych. Pratchett – znając dziedzictwo wielu kultur i religii, wraz z religią sztuki masowej – tworzy w szerszym kontekście, bawi się kreacją własnego kosmosu.

Wielbiciele „Blasku fantastycznego”, postaci Zadziwiającego Maurycego i Rincewinda śledzą aluzje i nawiązania w cyklu pratchettowskim. Obok tak czytelnych jak Leonard z Quirmu, największy techniczny geniusz Dysku wszech czasów lub złośliwy Hoki, są te bardziej ukryte – jak zawodowi oszuści, którzy nie grają nigdy z człowiekiem o imieniu Doc (przydomek słynnego rewolwerowca i hazardzisty) albo i trudne do rozszyfrowania.

O tym świecie, który jest płaską planetą – jakby geologiczną pizzą, ale bez anchois jest tak książka. I o zasadach gry karcianej „Okalecz pana Cebulę”. I o wielu innych sprawach. Między innymi.

Terry Pratchett, Stephen Briggs, „Żółw przypomniany”, s. 536, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.