Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo/obraz/terytoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo/obraz/terytoria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 sierpnia 2016

Nalewać wyłącznie do małych kieliszków (Aleksander Przybylski „Literacki almanach alkoholowy”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 4/2016)
Wszystko zaczęło się od Nabokova i dżinanasu. W chwilach radości autor wraz z dwoma bukinistami zakłada ALINĘ czyli Alkoholowo-Literacki Instytut Naukowo-Badawczy, którego zadaniem była kwalifikacja książek i trunków do analizy oraz troska o higienę psychofizyczną eksperymentatorów. 

Tak powstał „Literacki almanach alkoholowy” Aleksandra Przybylskiego, kulturoznawcy i dziennikarza z Poznania. ALINA upadła, powstała fascynująca książka. Puszczamy Wysockiego lub Toma Waitsa i zanurzamy się w odmętach almanachu. Czytać możemy przypadkowo, wybierając jeden z rozdziałów: piwa, wina… i wynalazki, wódki, koktajle, niepijalne, nieistniejące i nierozpoznane, remedia (czyli lekarstwa na „syndrom dnia poprzedniego”) oraz gry i zabawy. Każde z haseł – jak przystało na porządny almanach – podzielone jest na „Przedmiot badań”, „Pochodzenie”, „Sposób podawania” wraz z fragmentem utworu literackiego (np. dedykowanego dzieciom „drozdowskiego”, które miało smak kwaśnego soporu z ogórków, a temperaturę kałuży na gościńcu w dzień upalny – „Syzyfowe prace”) i na koniec „Skutki uboczne”. Czasem nieprzewidywalne – kto pamięta rozkoszne koktajle (przywołano tylko jeden przykład) Wieniczki z „Moskwa-Pietuszki” wie o czym piszę.

Czytelników może zaskoczyć obecność „Ani z Zielonego Wzgórza”, książki, do której przeczytania usiłowałem się – ze względów poznawczych – zmusić wielokrotnie i do dziś podziwiam parę osób za jej znajomość. Więc „Ania...” – tak, tak – to porzeczkowe wino! Przy „grogu” wolałbym może zamiast „Sturmu” Ernesta Jüngera, „Muminki” i niepokojącą aurę przyjęcia w ogrodzie, na które przychodzi Buka. W karcie win, wśród napojów nieistniejących, odnajdujemy kosmiczne trunki Lema, Adamsa i oczywiście Jakuba Wędrowycza. Zabrakło tylko „Pustynnego orakhu” Pratchetta czyli soku z kaktusa i jadu skorpionów, który tak cudownie łagodził efekty spożycia klatchiańskiej kawy. 

„Almanach…” jest jak zwierciadło narodów – Polacy czują (według Houllenbecqa) chroniczną, słowiańską niechęć do schładzania napojów, pierwsze „lokowanie produktu” znajdziemy już w „Satyriconie” Petroniusza. W konfiguracjach różnych przodują Rosjanie. W „Braciach Karamazow” (choć znam ich nieźle) zgubiłem przepis na „nalewkę Grzegorza” (zainteresowanych odsyłam do Przybylskiego). Przy tej okazji glossa do tego hasła – bracia Jelisiejewowie, to przedstawiciele słynnego rodu kupieckiego, których sklep na petersburskim Newskim Prospekcie to odpowiednik dzisiejszego Harrodsa. Każdy więc inaczej czyta Dostojewskiego i inne strzępki z niego gubi.

Leksykon trunków pisarskich jest przede wszystkim książką humorystyczną, w dawnym dobrym stylu. Nie daruję sobie cytatu omawiającego „Emmę” Jane Austen w duchu latynoskiej noweli, lecz finalizowanego prawie „Klubem Pickwicka”: Emma jednak nie interesowała się Eltonem, podobnie jak Elton nie przepadał za Harriet, która wolała pana Martina. Emmie podobał się za to pan Frank Churchill, który preferował towarzystwo niejakiej Jane, zresztą z wzajemnością. Tym bardziej dziwi, że Frank emablował Harriet, podobnie jak pan Knightley, który naprawdę kochał się w Emmie. Rozumiecie coś z tego? Okej, to napijmy się piwa. Najlepiej świerkowego, bo za nim przepada – być może wzorem swego szwagra – Emma.

Jeśli to pomysł nie tylko na hrabalowską, nieskrępowaną, pełną życia zabawę, ale i promocję literatury. Chapeau bas.

sobota, 6 sierpnia 2016

Wyzwanie rzucone przemijaniu (Anna Arno „Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker”)

Agata Orłowska
("Projektor" - 2/2016)
W obliczu przemijania można zastygnąć, przybrać pozę wycofania, stać się cichym apologetą tego, co odeszło. Można też wyjść mu naprzeciw, z egzaltacją i dzikim apetytem rzucić się w wir życia, z nawiązką spłacać dług czasu danego na ziemi. Tę właśnie – krótką niestety – drogę wybiera Paula Modersohn-Becker, ikoniczna postać niemieckiego malarstwa XX wieku, której biografię mamy szansę poznać dzięki Annie Arno.

„Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker” to opowieść nie tylko o nietuzinkowej postaci, która szaleńczą pasją i determinacją, wbrew wielu zasadom i przeciwnościom wywalczyła swojemu nazwisku miejsce w panteonie wielkich twórców. To również nieprzypadkowe studium malarstwa od czasów antycznych po trzecią dekadę XX wieku. W książce młodej historyk sztuki, eseistki, tłumaczki, autorki utworów prozatorskich i biografii, nic nie jest opisane pobieżnie. Arno, jak na badaczkę przystało, rzetelnie, z detektywistyczną precyzją odkrywa kolejne karty z życia niemieckiej artystki. Prezentuje przy tym nie tylko bogate zaplecze merytoryczne, ale też ujmującą artystyczną wrażliwość.

Opowieść, do której preludium stanowi 50-stronicowy zbiór reprodukcji najważniejszych dzieł Pauli Modersohn-Becker, sączy się pomiędzy dwoma filarami – historią życia malarki i efektem jej pracy twórczej. Biografistka w przekonywujący sposób oddaje rolę i rangę malarstwa w życiu swojej „muzy”. Choć jej bohaterka „umiera” tuż za połową lektury, czytelnik obcując do ostatniej strony już tylko ze sztuką, przywołującą Gauguina, Cézanne'a, Dürera czy Picassa nie musi czuć się osamotniony. Z pewnością jest to zasługa specyficznej kompozycji utworu i głębokiej, sugestywnej analizy obrazów, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się skrajnie odbiegać od ulubionej estetyki.

Czym właściwie przykuwa uwagę postać niemieckiej malarki, która zmarła w wieku 31 lat, nie doczekawszy się nawet pierwszej wystawy? Przede wszystkim bezkompromisowością w ochronie powołania. Odwagą w przełamywaniu artystycznych konwencji, w dążeniu do wolności wyrażania siebie, nawet za cenę niezrozumienia i krytycznej postawy środowiska. Rozdarciem wewnętrznym pomiędzy patriarchalnym ujęciem roli kobiety, a determinacją, podporządkowującą całe życie pracy twórczej. Gotowością do podjęcia wszelkich artystycznych wyzwań, które jednak nie nadchodzą, ziszczając w najpłodniejszym okresie lęki o przedwczesnej śmierci. Paula Modersohn-Baker przyciąga uwagę także barwnymi postaciami, które żyły wokół niej, m.in. osobą Reinera Marii Rilkego, który jako jedyny w pełni doceniał jej wielkość nim było za późno.

Zatem, czy warto zanurzyć się w życiu i twórczości artystki, która jako pierwsza kobieta przedstawiała swoje ciało w akcie, bez upiększania, z wrażliwością, odwagą i pasją, przypadłą tylko największym w jej epoce? Anna Arno swoją publikacją zachęca – i choć wybór pozostaje wolny, malarka wraz z nim nie przeminie.

środa, 3 sierpnia 2016

Casus Spielberga (Noël Carroll, „Filozofia sztuki masowej”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 5/2015)
Nakręcił „Szczęki”, „Poszukiwaczy zaginionej arki”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, był najbardziej kasowym reżyserem w dziejach kina, ale wciąż marzył o filmach artystycznych, docenianych przez wyrafinowaną krytykę. Nie udało się z „Kolorem purpury” i „Imperium słońca”. Dopiero „Lista Schindlera” pozwoliła spać spokojnie Stevenowi Spielbergowi. Jego przypadek bardzo przypomina sytuację sztuki masowej w Polsce.

Od lat podejście do niej ma charakter cokolwiek manichejski. Rozpatrywana jest tylko w kategoriach dobra lub zła i najczęściej umieszczana po Ciemnej Stronie Mocy. Książka amerykańskiego estetyka i teoretyka filmu, profesora City University of New York – Noëla Carrolla „Filozofia sztuki masowej” (1998) pokazuje, że rozpatrywać ją można poza dobrem i złem. Nie pozwalając, aby nad oceną estetyczną przeważał tylko osąd moralny (choć jest on istotny w dyskursie). Polski przekład jest – nie tyle może – przewartościowaniem wszelkich wartości, ale demistyfikacją paru mitów.

Carroll udowadnia przede wszystkim, dość znany slogan, że cała filozofia jest tylko przypisem do Platona. Jeśli sztukę masową – tymczasowo nazwiemy Imperium Zła – to wszyscy jej przeciwnicy, posługują się argumentami platońskimi, iż sztuka jest szkodliwa o ile wzbudza m.in. niezdrowe emocje i psuje młodzież.

Autor pokazuje nam (tymczasowo tak przyjmijmy) najpierw galerię Rycerzy Dobra, argumentujących przeciw: sztuce konsumowanej przez masową publiczność (Dwight MacDonald), kultywującej bierność (Clement Greenberg) i rozrywkę (R.G. Collingwood), wreszcie manipulację (Theodoe Adorno).

Rycerze Ciemnej Strony Mocy – Walter Benjamin i Marshall McLuhan – sztukę masową traktują jako reprezentację zmian cywilizacyjnych i społecznych, uruchomienie nowych obszarów świadomości – przełamanie monopolu druku przez filmy, seriale, komiksy itd. przenoszące naszą percepcję w całkiem inne obszary. W toku rozważań Carroll pokazuje jak mocno wdrukowany jest w naszej kulturze hierarchiczny, wręcz klasowy, schemat odbioru sztuki – wysoka dla elit, masowa dla, że użyję tu orwellowskiego terminu, „proli”. 

W obszarze etycznym, przeciwnicy sztuki masowej, wpadają w wir nieporozumień – używają argumentu (nadmiernej) identyfikacji (zwłaszcza młodego odbiorcy) z bohaterem. Komiksowy Dinozaur Barney jest przez nich lubiany, Wolverine – niekoniecznie.

Pisałem, że uciekamy od kwantyfikacji moralnych? Nic bardziej mylnego. Autor proponuje nam docenić sztukę masową jako tę, która pozwala zreorganizować nasze poglądy (chociażby serial „Korzenie”) czy zrozumieć i docenić system wartości („Na Zachodzie bez zmian”). Otwartość dyskursu Carrolla pozwala czytelnikowi wybrać, po której stanie stronie – Zakonu Jedi czy Zakonu Sithów.
Noël Carroll, „Filozofia sztuki masowej”, s. 410, słowo/ obraz/ terytoria, Gdańsk 2011.

Kultura 2.0 – jedyną stałą jest zmiana (Mirosław Filiciak, Alek Tarkowski, „Dwa zero. Alfabet nowej kultury i inne teksty”)

Martyna Musiał
("Projektor" - 4/2015)
Nowoczesne technologie wpływają na wszystkie dziedziny naszego życia. Naukowcy w ostatnich latach zauważyli nawet zmiany w funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, spowodowane korzystaniem ze współczesnych wynalazków. Ewolucja nie ominęła również kultury, chociaż modyfikacje – mimo szybkości, z jaką zachodzą – nie są w pełni uświadomione przez sporą część jej uczestników.

„Dwa zero. Alfabet nowej kultury i inne teksty” Mirosława Filiciaka i Alka Tarkowskiego to dokumentacja zmian zachodzących we współczesnym świecie. Teksty obu medioznawców ukazujące się między 2009 a 2013 rokiem w internetowym magazynie dwutygodnik.com, teraz zostały wydane w formie książki. Autorzy poruszają szereg kwestii istotnych dla rozwoju kultury, jej twórców i odbiorców. 

Badacze zauważają, że komputer stał się podstawowym narzędziem dostępu do kultury, która – w wersji cyfrowej – jest egalitarna. Za sprawą Internetu nawet dzieła sztuki wysokiej są dostępne masowo. W pewnym stopniu pozbawia ją to efemeryczności i wrażenia wyjątkowości. Zwolennicy przemian argumentują jednak, że kultura jest dobrem wspólnym i jako taka powinna być osiągalna dla każdego. Stąd masowe rozpowszechnianie kopii i mnożenie się pirackich serwisów wymiany plików, z którymi próbują walczyć instytucje posługujące się klasycznymi metodami dystrybucji.

Autorzy zwracają również uwagę na interaktywność Sieci. Ułatwiony jest nie tylko kontakt z kulturą, ale także jej tworzenie. Produkcje komercyjne są zmieszane z amatorskimi. Nowa kultura zakłada otwartość dzieła i możliwość jego remiksu. Przerobienie istniejących prac nie sprawia problemu, dzięki czemu kwitnie twórczość fanowska. Zabawa miesza się z powagą.

Cyfryzacja w dużym stopniu oddziałuje na sposób myślenia o świecie, media wpływają na nas bardziej, niż jesteśmy w stanie przyznać. Komputeryzacja powoduje, że coraz rzadziej odbieramy rzeczywistość linearnie, a korzystanie z kultury przypomina posługiwanie się bazą danych – nieuporządkowaną kolekcją treści, z których odbiorca dowolnie wybiera przez kliknięcie w link, tworząc nowe narracje.

Ciekawe, wydają się również rozważania na temat wzajemnego wpływu mediów czy zacieranie granic między prywatnym a publicznym, na co ogromny wpływ miało powstanie blogów, a później serwisów społecznościowych. 

To tylko kilka przykładów tematów poruszanych przez autorów. I mimo wieszczenia upadku kultury czy śmierci Internetu, nie zanosi się na koniec żadnej z tych rzeczy, a raczej na postępujące zmiany. Być może będzie więc więcej okazji do stworzenia kolejnych interesujących tekstów i dzieł sztuki 2.0.
Mirosław Filiciak, Alek Tarkowski, „Dwa zero. Alfabet nowej kultury i inne teksty”, s. 187, słowo/obraz terytoria, dwutygodnik.com, Gdańsk-Warszawa 2014.

Dobry, zły i modernizm (Leon Krier, „Architektura wspólnoty”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" - 2/2015)
Wyobraźmy sobie okrągły, piaszczysty plac, przypominający antyczną arenę. Stoją na niej – Clint Eastwood jako tradycja, Lee Van Cleef jako modernizm i Eli Wallach jako ich poplątanie. Pojedynek rozgrywa się w scenerii monumentalnego cmentarza Sad Hill, który symbolizować może upadek współczesnej architektury.

Leon Krier, architekt, teoretyk i urbanista, wykładowca Princetown jest jak westerny Sergio Leone – operujący przesadnym kontrastem, kontrowersyjny, prześmiewczy, operowy. Współczesna urbanistyka to dla niego arena walki, a dzisiejsze miasta i koncepcje architektoniczne, to cmentarze, zaprzeczenie harmonii natury, miejsca, gdzie dobro (tradycyjny, rozważny, piękny klasycyzm, gotyk) zmaga się ze złym (szalony modernizm). Wygrywa na tym – pozornie – brzydki (pokraczna rzeczywistość naszych miast). 

Zacznijmy od tytułu. Niby prosty, lecz przewrotny. Rozumiemy, że chodziło autorowi o traktat idei, ukazanie architektury tworzonej dla dobra wspólnego. Z całej „wspólnoty” pozostało tylko wyraźne stwierdzenie, iż architekci zapomnieli, że projektują nie dla własnej przyjemności, lecz – bardzo często – dla ogółu. Krier w szeregu eseistycznych rozdziałów – książka jest czymś w rodzaju cyklu not z rocznego wykładu na uczelni – udowadnia jak urbanistyka przestała być elementem tej wspólnoty. Dziwaczność niektórych projektów i ich wyabstrahowanie doprowadziły do sytuacji, w której obywatele przestali mówić, a nawet myśleć o charakterze budowli. Większość zdań o „współczesnych koszmarkach” opatrywana jest zastrzeżeniem „ale ja nie znam się, nie jestem przecież architektem”.

Czy Krier jest konserwatystą? Przypominanie o tradycji, funkcjonalno-klasycznej budowie miast, rozsądnym planowaniu ulic i placów zdają się to potwierdzać. Niechęć do modernizmu, który wprowadził powszechną tyranię szkła – również. Sarkastyczny ton w wypowiedziach o współczesnych metropoliach, prześcigających się we wznoszeniu drapaczy chmur, prowokują autora do pytań o komfort mieszkania kilkaset metrów nad ziemią. Tak rozpatrując książkę Kriera moglibyśmy stwierdzić – tak to konserwatysta. Lecz teoretyk (i zarazem praktyk) pokazuje nam mechanizm. W opisach dzieciństwa w Luksemburgu nie używa wprawdzie terminu „ukąszenie heglowskie”, ale do tego zmierza. Gdy jako mały chłopiec, żyjący wśród poukładanej, niskiej, mieszczańskiej zabudowy marzył o miastach Miesa Van der Rohe i Le Corbusiera. I potem, gdy na jego oczach Luksemburg zaczął być masakrowany przez szkło, beton, biurowce, modernizm. To wyznanie uleczonego.

Książka Kriera, opatrzona żartobliwymi i bardzo przejrzystymi rysunkami Dhiru Thadani, jest przede wszystkim wezwaniem do zachowania racjonalnego ładu. I rozumnej odpowiedzialności: Niezależnie od tego, czy chodzi o miejsce kultu, budkę telefoniczną czy mur ogrodowy, dzieło architektoniczne jest wyrazem podstawowych wartości wyznawanych przez budowniczych i projektantów. Jest symbolem stanu naszych umysłów i szacunku dla samych siebie. Nie tylko coś wyraża, ale i oddziałuje. Sądy radykalne: plan urbanistyczny zawsze powinien być tylko narzędziem w służbie interesu publicznego, nie istnieje żadne usprawiedliwienie – poza spekulacją lub dętym prestiżem – dla budowy wieżowców użytkowych. Winda powinna pozostawać domeną inwalidów, a nad miastami mają górować tylko utylitarne kopuły, dzwonnice, łuki triumfalne. 

To piękna utopia. Choć przypomnijmy, że ostatecznie to Blondas (dobry) zastrzelił Anielskookiego (zły) i przechytrzył Tuco (brzydkiego). Powrócił ład. To nawet normalne i bardzo ludzkie, że wolimy zwiedzić katedrę w Chartres niż bazylikę w kształcie łodzi podwodnej.
Leon Krier, „Architektura wspólnoty”, s. 459, Wydawnictwo słowo/ obraz/ terytoria, Gdańsk 2011.